Michałowice grudzień

0U8A7387-kopia

W grudniu startowaliśmy w Michałowicach na ostatnich zawodach w tym roku zamykających nasz sezon. Początkowo mieliśmy jechać open w HPPP, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na regionalne eLki ze względu na możliwość przejechania większej ilości parkurów.  Tym razem startowałam z Grubym we wszystkie dni sama. Wydawało się, że po listopadowych doświadczeniach i przepracowaniu wszystkich wydarzeń tych zawodów, obędzie się bez komplikacji z poprzednich startów. Cóż, nie mogę powiedzieć, żeby to się powiodło, niemniej były to dużo lepsze zawody niż w listopadzie.

IMG_1461-kopia
Starty zaczęliśmy w czwartek, po środowym zapoznaniu z halą, na którym Stefan był na tyle spokojny, że nawet świąteczne lampki i renifery nie spowodowały u niego przesadnego paraliżu, spodziewałam się, że będzie względnie opanowany. Na rozprężalni trafiliśmy na moment sporego zamieszania i spięliśmy się oboje. Stefan brykał i zapalał się, a ja stresowałam się wszystkim wokół, ze szczególnym naciskiem na potencjalne wjechaniem w kogoś albo skasowanie komuś kolana przez wariactwa Grubego. Znowu rozprężaliśmy się nerwowo i na szybko, a to zawsze powoduje u mnie pomnożenie nerwów, znowu przed samym wjazdem na parkur kłóciliśmy się ze sobą ze Stefanem, a to powoduje znowu u niego pomnożenie nerwów. Na parkur wjechałam sztywna i po raz kolejny przekroczyłam celowniki bez udziału mózgu. Byłam kompletnie zabetonowana i trzymałam, zamiast pozwolić Stefanowi galopować. W efekcie on się usztywnił i nadymał, co u mnie wywołuje zawsze poczucie braku kontroli i sterowności, więc trzymałam jeszcze bardziej. Stefanowi cierpliwości starczyło do trzeciej przeszkody. Przed czwórką postanowił wystraszyć się znaku Kjk Szary, który stoi na parkurze na każdych zawodach. Zawinął się w miejscu, odskoczył, przed nosem wyrosła nam przeszkoda, którą mieliśmy minąć, więc odskoczył raz jeszcze, a ja – jak w kreskówce – zostałam w miejscu.

IMG_3888-kopia

Tak naprawdę Stefan nie zrobił nic strasznego, nic bardziej epickiego niż robi średnio raz w tygodniu, ale że ja byłam sztywna i pozbawiona mózgu, który pozwoliłby mi odpowiednio wcześnie zareagować, to wylądowałam na piasku. Stefan uznał jednak, że moja nieobecność to jeszcze nie powód, by kończyć parkur, a że co jak co, ale show to on lubi robić, to postanowił jeszcze sobie poskakać. I poskakał. Najpierw najechał linię 5-6, skacząc na czysto obie przeszkody, a potem powtórzył jeszcze skok przez piątkę i na koniec przegalopował jeszcze trzy kółka wokół placu zanim uznał, że już wystarczy i zaparkował się przy mnie. I chociaż całe to przedstawienie trwało chwilę, a ja miałam czas na ochłonięcie i zebranie się do kupy, tak się nie stało i przejazd treningowy nie był lepszy niż podstawowy, chociaż tym razem dotarliśmy do końca. Trzymałam, trzymałam i jeszcze raz trzymałam. A Stefan w całej swojej fantastycznej jezdności i plastyczności, dźwignął te abstrakcyjne zadania, które przed nim postawiłam. Znowu skończyłam pierwszy dzień startów głęboką frustracją i poczuciem, że moja głowa nie pozwala ani mnie, ani przede wszystkim Stefanowi iść do przodu.

0U8A7385-kopia

Ustaliliśmy z Trenerem, że następnego dnia zmienimy Stefanowi ogłowie na anatomiczne i pojadę na dwóch wodzach, jednej wpiętej normalnie do wędzidła, a drugiej do nachrapnika, żeby zminimalizować moje targanie do tyłu, ale też, że będziemy rozprężać się dłużej i spokojniej i nie wyjedziemy z Grubym na parkur, jeśli ja pospinam się na rozprężalni. Na rozprężalni udało mi się zachować względny spokój, starałam się jechać mocno do przodu i nie wchodzić ze Stefanem w niepotrzebne dyskusje, tylko jechać. Naprawdę dobrze mi się rozprężało go na tych dwóch wodzach, byłam więc optymistycznie nastawiona do przejazdu. Starałam się od początku jechać równo i lepszym tempem niż poprzedniego dnia. Stefan dobrze skakał, gdzieś tam sobie bryknął, ale raczej radośnie niż ze złości. Na cztery przeszkody przed końcem parkuru zrobiliśmy zrzutkę, bo nie wyprostowałam Stefana przed okserem i wszedł w skok zgięty, co jest moim klasycznym błędem, który w tym sezonie poskutkował już paroma zrzutkami, które kosztowały mnie dobrą lokatę. Stefana to zezłościło, jak zawsze kiedy zrzutka, bądź wymagająca dla niego sytuacja jest skutkiem mojego prowadzenia i bryknął kilka razy, niegroźnie, niemniej w związku z tym, że jechałam na dwóch wodzach, które były różnej grubości, to ta zwykła parciana wodza wyleciała mi z rąk, a gruba, gumowana została na miejscu. Pech chciał, że zwykła parciana, którą straciłam była wpięta do wędzidła, a gumowana do nachrapnika. W efekcie zostałam na samym nachrapniku, na którym sterowności starczyło mi, żeby przejechać szereg, ale już w ostatnią przeszkodę nie trafiłam i musiałam zakręcić woltę. Treningowy przejazd pojechałam już na jednej wodzy i ten obył się bez komplikacji w rodzaju „wardrobe malfunction”. Oba przejazdy jechało mi się naprawdę dobrze i Stefan był świetny. Ustaliliśmy, że następnego dnia rozprężę się na dwóch wodzach, ale pojadę już normalnie na jednej, coby uniknąć niepotrzebnych komplikacji.

IMG_1449-kopia

Trzeciego dnia startów już na rozprężalni czułam, że poprzednie dwa dni nieco zmęczyły Stefana, bo miał dużo mniej mocy, skakał dobrze, ale czuć było, że siły w skoku ma dużo mniej niż w poprzednich dniach. Zgodnie z planem rozprężaliśmy się na dwóch wodzach, ale parkur pojechałam normalnie. I to chyba faktycznie było dobre rozwiązanie, bo jechało mi się świetnie, mimo że Stefana mogłoby być trochę więcej. Przejechaliśmy na czysto, wszystkie linie pojechaliśmy zgodnie z planem, ale czuć było, że Stefan jest zmęczony i w efekcie czas mieliśmy umiarkowanie piorunujący, ale wreszcie przejechaliśmy równo i bez dodatkowych komplikacji, a Stefan, mimo lekkiego zmęczenia, naprawdę dobrze się prowadził i wszędzie dał się poprowadzić tak, jak chciałam.

IMG_9155-kopia

W ogólnym rozrachunku to znów były bardzo nierówne zawody, od koszmarnego dnia okraszonego zapadającym w pamięć pokazem umiejetności samodzielnego pokonywania parkuru zaprezentowanym przez mojego konia, przez niepozbawiony wpadek drugi dzień, po może nie oszałamiający, ale dobry, równy ostatni dzień startów. Po raz kolejny okazało się, że największy problem mam ze swoją głową i nerwami i zwykle już na rozprężalni wiadomo, jak nam pójdzie. Po raz kolejny okazało się też że najlepszym rozwiązaniem naszych problemów ze Stefanem jest dobra jazda do przodu i zachowanie mózgu i świadomości przeze mnie. Stefan jest zupełnie innym koniem, kiedy ja nie kontaktuję i tylko go trzymam i targam, a zupełnie innym jeśli ja zachowuję chłodną głowę, decyzyjność i po prostu jadę, cokolwiek by się nie działo.

IMG_1466-kopia

Przed nami chwila odpoczynku po całym sezonie, który – swoją drogą – zasługuje chyba na obszerniejsze podsumowanie, styczeń mamy wolny od startów a od lutego wracamy na zawody, czego nie mogę się już doczekać. Mam teraz czas, żeby na spokojnie przeanalizować i poukładać sobie w głowie wszystkie dotychczasowe nasze doświadczenia startowe, z tymi ostatnimi na czele, bo chociaż były w większości raczej gorzkie i frustrujące, to liczę że pozwolą mi w kolejnym sezonie lepiej uporać się ze swoimi słabościami i iść ze Stefanem do przodu, bo to, że on może, chce i potrafi iść do przodu udowodnił w tym sezonie już dobrych parę razy.

0U8A7389-kopia

Dodaj komentarz