Kantar Eskadron Control i mała przygoda

12-kopia

Jakieś 2-3 tygodnie temu mieliśmy ze Stefanem małą przygodę. Ale od początku – kantar z łańcuszkiem Eskadron Control towarzyszy nam właściwie od samej kontuzji i do niedawna był naszym codziennym akcesorium spacerowym. Przez 3 miesiące praktycznie codziennego używania i naprawdę intensywnych testów wytrzymałościowych wdrażanych przez Stefana nigdy mnie nie zawiódł. Stefan fikał, skakał, galopował i lewitował, a kantar ani drgnął. Do czasu. Podczas felernego spaceru, Blondyn był wprawdzie względnie spokojny, ale konie na padokach akurat się spłoszyły, więc i on, jako że był wówczas mocno podatny na takie zaraźliwe lęki w rodzaju „nie wiem, o co chodzi, ale pro forma też się wystraszę”, odskoczył. Nie była to sytuacja, którą określiłabym jako szczególnie ekstremalną, a reakcję Stefana jako wyjątkowo energiczną. Ot, wystraszył się i wyskoczył w bok, ja zareagowałam – szarpnęłam krótko i stanowczo, ale tez niezbyt mocno, a potem szybko odpuściłam, żeby Stefana poklepać uspokoić i poprawić mu łańcuszek, który wyglądał, jakby mocno się zacisnął. Kiedy podeszłam bliżej, to mi serce podeszło do gardła i błogosławiłam w myślach mój wyuczony przez długie tygodnie rekonwalescencji Stefana i opanowywania jego histerii – odruch, by w reakcji na jego płoszenie się i fikołki, szybko i jednoznacznie skorygować, ale zaraz odpuścić, nie szarpać się, nie wchodzić w przepychanki, nie ciągnąć. Gdybym tym razem szarpnęła dwa razy, albo zaczęła się ze Stefanem siłować, łańcuszek zostałby mi w ręku, a mój koń stałby sobie zupełnie wolny, o ile akurat by stał, a nie galopował, gdzie by go oczy poniosły, a zapewne poniosłyby go daleko i szybko. Kiedy podeszłam do Stefana, łańcuszek wisiał na ostatniej szlufce kantara. W momencie spłoszenia się otworzyło się i wyleciało jedno z kółeczek, a moje szarpnięcie przeciągnęło łańcuszek przez większość kantara.

IMG_2302

Tu warto wyjaśnić, jak wygląda kantar Eskadron Control. Do paska nosowego doszyte są szlufki przez które przeciągnięty jest łańcuszek zakończony dwoma kółeczkami. Jedno z nich jest przełożone przez łańcuszek w efekcie można wpiąć uwiąz na kilka sposobów. Albo w tradycyjne kółko od kantara, wówczas łańcuszek wesoło podzwania, ale nie działa, albo w jedno kółeczko łańcuszka, wówczas łańcuszek się zaciska, albo w dwa kółeczka, a wtedy łańcuszek działa na kość nosową, ale się nie zaciska, albo na kółeczka od łańcuszka i kółko od kantara, co jest opcją pośrednią, bo łańcuszek wprawdzie wywiera nacisk, ale jest on minimalizowany i blokowany przez kółko od kantara. Ja zwykle, w tym felernego dnia, miałam uwiąz wpięty w oba kółeczka od łańcuszka, tak by łańcuszek wywierał nacisk na kość nosową, ale nie zaciskał się, bo to u Stefana powoduje dodatkowy stres i panikę. U niego jest szczególnie ważne, by korekta była jasna i precyzyjna, ale krótka i punktowa, a nie narastająca i rozciągnięta w czasie, odpuszczenie i luz jest tak samo ważny jak sama korekta. Świadomość tego mechanizmu i szybkie odpuszczenie tego dnia uratowało mnie przed sprintem za Stefanem do lasu.

5-kopia

 

Trzeba w tej historii dodać, że kółeczko w kantarze Stefana nie pękło, tylko się otworzyło. O tym, że w ogóle istnieje możliwość otwierania go, dowiedziałam się w momencie, kiedy w panice przepinałam uwiąz do samego kantara i chowałam łańcuszek do kieszeni. O ile sam fakt możliwości otwarcia jednego z kółeczek wydaje mi się całkiem logiczny i zasadny, bo umożliwia choćby wypranie kantara w pralce bez jej uszkadzania, to już fakt, że otwiera się je nie jak klasyczny karabińczyk czyli do środka, tylko do zewnątrz, wydaje się ze strony producenta wysoce lekkomyślny. I chociaż zamknięcie jest zabezpieczone pojedynczym ząbkiem, który utrudnia otwarcie, to na chłopski rozum, jak 500 kilo wściekłości szarpnie wiele razy, to w końcu szarpnie w odpowiednim miejscu i otworzy. A że na kantarze z łańcuszkiem zwyczajowo prowadza się 500 kilo wściekłości, bądź paniki i histerii, tudzież buzujących hormonów, a nie potulnego kucyka, to stosowanie takiego mechanizmu otwierania wydaje mi się delikatnie mówiąc nierozsądne ze strony producenta. Firma Eskadron, którą skądinąd lubię i cenię, trochę u mnie straciła punktów za rozsądne wzornictwo i usability produktów. Niemniej jednak kantar został, tyle że kółeczko trafiło do paki i czeka na inne zastosowanie, a na jego miejsce kupiłam w sklepie alpinistycznym zakręcany karabinek do wspinaczki z dużym udźwigiem. Wprawdzie aktualnie Stefan uspokoił się na tyle, że na spacery chodzimy na zwykłym kantarze, ale ten zestaw przeszedł już solidne crash testy przy pierwszych wejściach na halę w ręku i chociaż aktualnie głównie wisi w pace, to pewnie nieraz go jeszcze użyję.

IMG_2307

Dodaj komentarz