Powrót do pracy

DSC_0845-kopia

W połowie lipca Stefan rozpoczął proces wdrażania do pracy pod siodłem. Przed pierwszym od kilku miesięcy krokiem z jeźdźcem na grzbiecie był już solidnie przygotowany do większego obciążenia naszymi codziennymi biegami w ręku. Pracę pod siodłem miał więc zaczynać od 8 minut kłusa i co dwa dni mieliśmy dodawać minutę. Na kilka tygodni przed pierwszym wsiadaniem podjęłam decyzję, by Stefana wdrażał do pracy ktoś inny niż ja. Jeszcze kilka miesięcy temu taka decyzja byłaby dla mnie trudna. Lubię wszystko robić sama, mieć nad wszystkim kontrolę i dawać radę. Ale kontuzja Stefana nauczyła mnie prosić o pomoc, jeśli jest taka potrzeba, a przede wszystkim kierować się zdrowym rozsądkiem, a nie własną potrzebą samodzielności. Zdecydowałam, że na Stefana z początku będzie wsiadał ktoś inny z kilku powodów. Po pierwsze ze względu na bezpieczeństwo – swoje i jego. Moje, bo ewentualny upadek mógłby mnie uszkodzić, Stefana – bo mój ewentualny upadek pozwoliłby mu odpalić wrotki, a to z całą pewnością doprowadziłoby do ponownego zerwania ścięgna. Po drugie po to, by nie przenosić swoich nerwów, stresu i lęku o ścięgno na Blondyna, by dać mu szansę powrotu do pracy z kimś, kto podejdzie do tego tematu na luzie i w efekcie da mu dużo lepsze oparcie, niż ja byłabym w stanie. Po trzecie, by Stefan wdrażał się do pracy z kimś, kto zwyczajnie jeździ lepiej niż ja i dał mu solidne podstawy do naszych dalszych treningów. Misji rehabilitacji Stefana pod siodłem i wdrażania do treningu podjął się Karol Gardulski z Gardulscy Equestrian, a ja po pierwszych dwóch minutach pierwszej jazdy chłopaków wiedziałam, że to była dobra decyzja. Pierwsze dni, a nawet tygodnie pracy pod siodłem Stefana były więcej niż wybuchowe. Stefan każdego dnia testował nowe sposoby na wysadzenie Karola z siodła – odpalał wrotki, zatrzymywał się, brykał, wyskakiwał z czterech, dębował i przeplatał to wszystko piruetami i nagłym zwrotami. Był przy tym niesamowicie wrażliwy na wszystko, co działo się wokół niego i totalnie nieprzewidywalny. Jednego byłam pewna już pierwszego dnia – decyzja o tym, że to nie ja siedzę na jego grzbiecie była prawdopodobnie najlepszą decyzją całej jego rehabilitacji.

Początki były bardzo trudne, ale szczęśliwie Karol okazał się właściwą osobą na właściwym miejscu – nie tylko nie udało się Stefanowi wysadzić go z siodła, ale zachowywał przy tym totalny spokój i mimo pomysłów Blondyna zwyczajnie robił swoje. Przelewał na Stefana swój spokój, nie dając się ponieść emocjom przy najbardziej karkołomnych akrobacjach, a przy tym stanowczo wymagał dalszej pracy. Zupełnie przy okazji Stefan w chwilach, kiedy faktycznie pracował, a nie ćwiczył lewitację, potrafił pracować bardzo fajnie, ale mimo to jego gorąca głowa nie stygła, a ilość akrobacji przypadających na jeden trening nie malała. Przez jakiś czas wydawało mi się, że ta sytuacja będzie trwała w nieskończoność. Pierwotnie zakładałam, że po 2-3 tygodniach Stefan się uspokoi i ja też zacznę wsiadać, a tymczasem sytuacja ciągnęła się kolejne tygodnie, a zapał mojego konia do brykania i spontanicznego ćwiczenia caprioli nie słabł, a co więcej był przy tym tak kompletnie nieprzewidywalny, że ciężko mi było sobie wyobrazić siebie na miejscu Karola.

W końcu coś jednak kliknęło, Stefan nie zmienił się może w aniołka, ale jego obyczaje nieco złagodniały. Najpierw wpadł jeden dobry dzień, po kilku dniach znowu był nieco spokojniejszy, potem udało się wyłuskać dwa czy trzy takie dni z rzędu, chociaż jego gorąca głowa połączona z coraz większą siłą wciąż dawała się we znaki. Bardzo pomogło stopniowe wprowadzanie przez Karola kolejnych zadań. Szybko okazało się, że nuda jest naszym najgorszym wrogiem, a że Stefan nudzi się ekstremalnie szybko nawet jak na standardy młodego, dosyć gorącego konia, to im więcej stawiało się przed nim wyzwań, tym lepiej. Paradoksalnie pomagał tłum na hali, bo zmuszał Blondyna do koncentracji, chociaż większe zagęszczenie miało i drugą stronę medalu – Stefan będąc ogromnie wrażliwym i bardzo reaktywnym na poziom energii i zachowanie innych koni, potrafił włączać trzecią kosmiczną, bo koń po przeciwnej stronie hali wjechał na przekątną w kłusie dodanym. Niezastąpionym wsparciem w utrzymywaniu skupienia i zainteresowania Blondyna były drążki. Już jeden drąg rzucony gdzieś na hali ułatwiał komunikację z nim i łagodził obyczaje, bo dawał upragnione zadanie, które pomagało się Stefanowi skoncentrować i skupić. Stopniowe zwiększanie obciążenia też robiło swoje. Pierwsze galopy – chociaż nierówne, pozbawione równowagi i niekiedy mocno wesołe pomagały gubić nadmiar energii, a kiedy nasza weterynarz pozwoliła na faktyczne wdrażanie do pracy, Stefan pod wpływem zwiększania obciążenia i intensywności zaczął powoli odpuszczać przynajmniej część swojego wesołego repertuaru. Szybko okazało się, że większe obciążenie jest bezpieczniejsze niż ostrożne dawkowanie mu pracy. Stefan porządnie zmęczony miał dużo mniej abstrakcyjnych pomysłów, a kiedy się z nim obchodziło jak z jajkiem, to nie przeciążał wprawdzie nogi kolejnymi kółkami galopu czy ćwiczeniami na cavaletti, ale za to wplatał w treningi chodzenie na dwóch nogach, wyskakiwanie z czterech i zabawę w mechanicznego byka. A to wszystko w ostatecznym rozrachunku wydawało się gorsze dla jego nogi niż regularna, nawet intensywna, ale spokojna i kontrolowana praca. Chcąc nie chcąc Karol dosyć szybko zwiększał obciążenie, a ja z dnia na dzień widziałam, jak Stefan, chociaż wciąż gorący i silny, nieco łagodnieje i staje się bardziej rozsądny w reakcjach.

Jednym słowem pojawiło się światełko w tunelu i szansa, że jednak mój koń wróci. Zbiegło się to w czasie z planowanym przez Karola tygodniowym urlopem i tak stanęłam przed decyzją – odstawić Stefana od pracy na tydzień czy zacząć wsiadać sama? O lonżowaniu ze względu na ścięgno nie było mowy, odstawienie od pracy też wydawało się nierozsądne, bo oznaczałoby mierzenie się z jego pomysłami z podwójną siłą po powrocie Karola, pozostało mi wsiadanie. Szybko okazało się, że ten przymus samodzielnego zmierzenia się z powrotem do jazdy na Stefanie był najlepszym, co mogło mi się przytrafić. Gdyby nie fakt, że stanęłam przed faktem dokonanym – po prostu musiałam zacząć na Stefana wsiadać – podchodziłabym pewnie do tego tematu jak do jeża, analizując aktualny stan umysłu Stefana i jego równowagę psychiczną i czekając na idealny moment. Równolegle ze swoim samodzielnym wsiadaniem na Stefana, zaczęłam powoli wypuszczać go na padok, żeby ewentualny nadmiar energii mógł zostawić również tam. Wprawdzie robiłam to z pewną dozą niepokoju o to, na ile wypuszczony na wolność zachowa zdrowy rozsądek, ale szczęśliwie okazało się, że na padoku jego postawa skręca bardziej w stronę totalnego paraliżu niż dzikich akrobacji.

DSC_0890

Pierwszy raz wsiadłam na Stefana jeszcze z Karolem w trybie pół na pół – najpierw on pojeździł trochę, a potem ja chwilę, a potem znowu on. To oczywiście dodało mi nieco pewności siebie i spokoju, a sama jazda była… świetna! Przez te 5 miesięcy zdążyłam zapomnieć, jak bardzo lubię tego konia. Jego lęki, histerie i psychozy totalnie rozmyły mi obraz tego, jak bardzo lubię na nim jeździć – jaki jest reaktywny, chętny, otwarty. Mnie w tym wszystkim mocno brakowało luzu, a wizja akrobacji, które jeszcze kilka dni temu Stefan uskuteczniał z Karolem na grzbiecie bardzo mnie usztywniała i siedziała mi z tyłu głowy, ale jak na pierwszą jazdę na własnym koniu po pięciu miesiącach przerwy, podczas której z miłego konika Stefan przeobraził się w diabła, o którego wyczynach krążyły stajenne legendy – było naprawdę dobrze. Następnego dnia miałam już jeździć sama, więc Karol mocno zmęczył Stefana podczas tego ostatniego treningu, a moim zadaniem było utrzymanie tego stanu do jego powrotu. Wsiadałam więc codziennie. Najpierw stępowałam go w ręku, a potem wsiadałam i odrazu brałam się za pracę, starając się nie dać Stefanowi zbyt wiele czasu i okazji do zastanawiania się nad czymkolwiek. Pierwszy dzień był dla mnie mocno stresujący, ale Blondyn okazał się wyjątkowo spokojny i łaskawy. Dla pewności poprosiłam o towarzystwo drugiego konia, bo Stefana solo otchłań pochłania intensywniej niż w towarzystwie, ale okazało się, że Blondyn był bardzo kulturalny. Przez kolejne dni starałam się możliwie urozmaicać nasze samodzielne jazdy, wplatając w nie różne wariacje na temat drążków, możliwie dużo przejść, zmian i zadań. W przypadku Stefana jazda na wprost dookoła hali to najprostsza droga do kombinacji i wydziwiania, unikałam więc nudy i monotonii. Bywały dni bardzo spokojne, bywały takie, kiedy Stefan dokazywał – brykał, zapalał się, ale, ku mojemu zaskoczeniu żadna z tych sytuacji nie wzbudziła we mnie poczucia zagrożenia. Chociaż trzeba przyznać, że byłam w swoim samodzielnym wsiadaniu mocno asekuracyjna, starałam się unikać sytuacji trudnych, nie prowokować Stefana i po prostu doczekać do powrotu Karola w jednym kawałku. Szczęśliwie Blondyn fikając zachowywał tendencję do ruchu naprzód, nie walił z zadu chowając głowę między nogi i nie próbował mnie katapultować, a mimo że odskakiwał, brykał, albo odpalał trzecią kosmiczną, to wszystko udawało się względnie szybko opanować. Fakt, że tendencja była przy tym taka, że im dalej od ostatniej jazdy z Karolem, tym częściej pojawiały się jego pomysły na szaleństwa, więc mimo braku poczucia zagrożenia, przyjęłam jego powrót z pewną dozą ulgi. Tej uldze towarzyszyło jednak poczucie, że dałam radę, a ta chwila samodzielności pozwoliła mi samej na spokojnie ustawić sobie w głowie swoją nową relację ze Stefanem, przepracować przynajmniej pewną część niepewności związanej z wsiadaniem na niego po wszystkich akrobacjach, które mi zaserwował przez ostatnie 5 miesięcy i zbudować poczucie, że jestem gotowa do powrotu do pracy z nim. To zaś poczucie było mi bardzo potrzebne do tego, by zacząć kolejny etap – naszego wspólnego powrotu do treningów, a ten trwa już na dobre i cieszę się każdym jego dniem. Za nami już sporo pracy i trochę zmian, a przed nami cała masa codziennych wyzwań małych i dużych, ale o tym wszystkim już w kolejnym tekście.

DSC_0832

 

Dodaj komentarz