Zmiana

DSC_49-kopia

Od kilku tygodni wracamy ze Stefanem do normalnego rytmu treningów. Najpierw wdrażał go do pracy Karol, który wsiadał na niego od początku rehabilitacji, a od końca sierpnia, kiedy Karol wyjechał na tygodniowy urlop i chcąc nie chcąc musiałam zacząć jeździć sama, przeszliśmy już w normalny tryb pracy . Wraz z powrotem do treningów zaczęliśmy naszą wspólną przygodę na nowo. Oboje mocno dojrzeliśmy przez ostatnie miesiące, dużo się wydarzyło, sporo się o sobie nauczyliśmy i czuję, że otwieramy zupełnie nowy etap. Czas sprzed kontuzji wydaje mi się na tyle odległy, że jest raczej punktem odniesienia dla naszej aktualnej pracy niż jej fundamentem. Ten zupełnie nowy etap zaczynamy od jeszcze jednej kluczowej zmiany – zmiany Trenera. Zaczęliśmy regularną pracę pod okiem Karola Gardulskiego, który przez ostatnie tygodnie wdrażał Stefana do pracy pod siodłem i z którego pomocą oboje wracamy teraz do treningów i do formy. Powodów tej decyzji było kilka, ale nie ma sensu ich roztrząsać. Ot, czasem coś się kończy, a coś zaczyna. Kończy się dla mnie pewien etap, w którym naprawdę dużo się nauczyłam i współpraca, z której bardzo wiele wyniosłam, a zaczyna zupełnie nowy rozdział, pod okiem nowego Trenera. Czasem po prostu się wie, że decyzja jest właściwa. Po trzech tygodniach od jej podjęcia wiem też, że dzięki niej ze Stefanem jesteśmy w takim punkcie naszej współpracy, na który warto było czekać pół roku naszej rehabilitacji.

Zwykle nie lubię zmian, lubię to, co znane, bezpieczne i oswojone, w tę zmianę wkraczam jednak ze spokojem i pewnością. Przez długie tygodnie miałam okazję obserwować współpracę Karola ze Stefanem, zaczynając od gwałtownych i burzliwych początków, kiedy Blondyn intensywnie ćwiczył akrobatykę, a na pierwszych skokach kończąc. Zaczynam więc nowy etap, ale nie jest on taki całkiem obcy i nieznany. Niemniej po trzech latach pracy w innym składzie jest to dla mnie jakaś forma rewolucji, która niesie za sobą wiele zmian. Przede wszystkim – całkiem przyziemnie –  zmianę tygodniowego rozkładu pracy. Na ten moment jeździmy pod okiem Trenera w miarę możliwości, czyli w zależności od jego kalendarza wyjazdów i zawodów, cztery do pięciu razy w tygodniu w wersji maksimum. Jeden dzień Stefan ma wolny, a w pozostałe jeżdżę sama – czasem jest to jeden dzień w tygodniu, a czasem trzy albo cztery. Skaczemy oczywiście tylko z Karolem, ilość dni „skokowych” jest różna i uzależniona w dużej mierze od planu danego tygodnia, ale też od możliwości Stefana. W dni nieskokowe sporo pracujemy na drążkach, przeplatając te ćwiczenia szeroko pojętą gimnastyką. Ta praca ma w perspektywie naszą jak najlepszą współpracę, rozwój, ale też i powrót do planów startowych, jest więc nastawiona na poprawę komunikacji, dobry galop, odpowiednie uelastycznienie i wzmocnienie Stefana, ale też korektę moich błędów, które dotkliwie i jednoznacznie ujawniają się w pracy na przeszkodach. Podczas moich samodzielnych jazd staram się przede wszystkim przetwarzać informacje z ostatnich treningów i na spokojnie próbować przekuć je w nawyki. Te jazdy są dla mnie momentem na przetrawienie i ugruntowanie zmian i korekt, które wprowadzamy podczas treningów. Staram się skupiać wtedy raczej na sobie i swoich błędach bardziej niż na Stefanie, nie popadać przy tym w rutynę i nie unikać rzeczy czy sytuacji trudnych, ale przy tym nie walczyć z niczym na siłę i nie zepsuć tego, co jak narazie udaje się przepracować podczas treningów.

Zmiana trenera to nie tylko zmiana tygodniowego planu, który w kontekście poprzednich pięciu miesięcy przeszedł prawdziwą rewolucję, ale też zmiana rytmu i sposobu pracy ze Stefanem, zmiana podejścia w rozumieniu codziennym i w szerszej perspektywie. Mam poczucie, że przez ostatnie tygodnie wszyscy troje poznajemy się i docieramy w tym nowym składzie, ale też, że w tym czasie nasza wspólna praca nabrała szerszej perspektywy. Gdzieś tam po drodze skrystalizował się plan na najbliższe tygodnie, ale też i problemy do przepracowania i sposób pracy ze Stefanem, do którego chcemy dążyć. Staramy się przestawić na wykorzystanie i dobre ukierunkowanie jego energii, a nie wygaszanie jej. To wymaga zmiany w podejściu, w mojej głowie, ale też zmiany w komunikacji i całkiem przyziemnie w codziennej pracy. Te okrągłe słowa brzmią oczywiście bajecznie łatwo i przyjemnie, a w rzeczywistości przekładają się niekiedy na balansowanie na cienkiej granicy pomiędzy kontrolą a jej brakiem, co jest dla mnie trudne, a przede wszystkim na codziennie cierpliwe szlifowanie. Każdego dnia nabieram jednak pewności siebie, ale też luzu i zaufania do Stefana. Czuję, że to podejście już po trzech tygodniach przynosi fantastyczne efekty. Prawdę mówiąc jestem zaskoczona ich skalą, bo tak dobrze nie pracowało mi się z tym koniem nigdy i myślę, że nigdy tak dobrze nie pracowało się Stefanowi ze mną. Zmiany w treningu nie obejmują tylko Blondyna, ale – a może przede wszystkim – też i mnie. Staramy się ustabilizować moje pomoce, a przy tym znaleźć luz i podążanie za energią Stefana. Oboje stopniowo odnajdujemy w sobie rozluźnienie – Stefan oswajając otaczającą go otchłań i znajdując oparcie w jeźdźcu, a ja ucząc się panować nad emocjami, korzystać z energii mojego konia i opierając się o jego mocne strony wzmocnić te słabsze. Widzę przede wszystkim ogromną zmianę w pracy na przeszkodach – energia, tempo i luz, nad którymi dopiero pracujemy, już teraz przekładają się na dużo większą siłę i dużo lepszą komunikację. Blondyn przestaje się napinać, zapalać, nie usztywnia się po skoku, dużo łatwiej się prowadzi, jest chętny, skupiony i nastawiony na zadanie.

Wrześniowe skoki, czyli pierwsze wprawki do pracy na przeszkodach po przerwie.

Stefan wciąż treningowo jest mocno świeży, dopiero wraca do formy i do faktycznego obciążenia treningowego, a to oznacza, że w pracy z nim trzeba być czujnym, elastycznym i otwartym na wysyłane przez niego sygnały. Obciążenie trzeba zwiększać sukcesywnie i z wyczuciem, mając na uwagę jego możliwości zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Z każdym kolejnym tygodniem się zmienia – koń, który miesiąc temu głównie lewitował i siał postrach na hali, dzisiaj może potrzebować zmiany diety na bardziej energetyczną, dnia wolnego po kilku intensywnych treningach albo luźnej gimnastyki zamiast intensywnej pracy. Staramy się rozsądnie dozować mu obciążenie i być w pracy z nim elastycznym. Osobna sprawa, że przez ostatnie tygodnie każdego dnia uczę się tego konia na nowo. Raz, że zmiana trenera i podejścia do pracy z tym koniem zrobiła swoje. Ale Stefan przez 5 miesięcy kontuzji i rehabilitacji bardzo się zmienił i chociaż miesiące aresztu boksowego wciąż robią swoje i zdarza mu się zachowywać irracjonalnie i widzieć otchłań w każdym kącie, to mam wrażenie, że przez ten czas bardzo dorósł i dojrzał. Wciąż bywa nabuzowany, ale nabrał skupienia i koncentracji, lepszej równowagi i lepszego czucia swojego ciała. Ostatnie tygodnie, po miesiącach rehabilitacyjnej rutyny, to dla mnie prawdziwy rollercoaster. Nie dość, że w ogóle zaczęłam znowu jeździć na Stefanie, wróciliśmy do pracy i zaczęliśmy skakać, to zmieniłam trenera i w efekcie zaczęliśmy pracować inaczej niż przed kontuzją, w innym trybie i z innymi założeniami. Wciąż uczę się naszego nowego rytmu, ale po trzech tygodniach właściwej pracy czuję, że – za sprawą decyzji o zmianie Trenera i pójściu nieco inną drogą – jesteśmy ze Stefanem we właściwym miejscu, a ja każdego dnia odkrywam mojego konia na nowo i cieszę się każdym momentem tej nowej przygody.

Dodaj komentarz