Parkury szkoleniowe – listopad

IMG_0415-kopia

Wyjazd na listopadowe parkury szkoleniowe do Facimiecha zaplanowaliśmy na kilka tygodni wcześniej. Jako że od początku wdrażania Stefana do pracy i naszego wspólnego powrotu do treningów założyłam, że nie będę się z niczym spieszyć, a i współpraca z Karolem oparta jest na solidnym fundamencie mojego zaufania do jego oceny sytuacji, to bez zawahania przyjęłam plan, że na parkurach Stefan wystartuje z Trenerem, a nie ze mną. Nie da się ukryć, że trochę się już stęskniłam za startami, ale bardzo chciałabym dać Stefanowi dobrą bazę do dalszego rozwoju. Taką, która będzie zbudowana nie na mojej niecierpliwości, tylko na zdrowym rozsądku i pozwoli jemu, ale też i nam obojgu razem – dobrze się rozwijać. A w tym wypadku zdrowy rozsądek jednoznacznie podpowiadał, że pomysł pierwszego wyjazdu i pierwszych startów z Trenerem a nie ze mną jest więcej niż trafiony. Wstępnie zaplanowaliśmy, że Stefan pojedzie 80cm w sobotę, a w niedzielę w 80cm i 90cm, o ile w sobotę wszystko pójdzie gładko.

Na miejsce zajechaliśmy w piątek późnym popołudniem, w efekcie na halę trafiliśmy na godzinę przed jej zamknięciem dla uczestników parkurów, więc zagęszczenie koni było spore. Dla Stefana już podróż i nowe miejsce były mocno pobudzające i stresujące, a towarzystwo kilkudziesięciu koni na hali było w tej sytuacji wisienką na torcie, tudzież języczkiem u wagi. Bo to, że szala jednoznacznie przeważyła na stronę histerii, Stefan pokazał błyskawicznie, prezentując serię swoich może nie najbardziej widowiskowych, ale jednak dosyć radykalnych akrobacji, kiedy stępowałam go w ręku. Nie da się ukryć, że zrobił odpowiednie wrażenie, żeby nie powiedzieć wejście smoka –  już na wstępie. Szczęśliwie pod siodłem był pod kontrolą i nie licząc kilku pomniejszych sztuczek, zachowywał się względnie cywilizowanie, aczkolwiek wynikało to nie tyle z jego opanowania emocji czy podporządkowania, co wysokiego poziomu kontroli, którą miał nad nim Trener, co stanowiło zresztą najlepszy dowód na to, że decyzja, żeby to on przeprowadził Stefana przez te parkury była zdecydowanie właściwa. Skakał dobrze, może bez fajerwerków, ale jak na swój stan umysłu był naprawdę niezły, a o ostatnich pięciu minutach jazdy można było powiedzieć, że w końcu odpuścił.

Blondyn szczęśliwie noc spędził spokojnie. Podczas naszych ostatnich, a zarazem jedynych naszych wspólnych zawodów – w marcu, niedługo po tym jak go kupiłam, Allubet strasznie stresował się podczas pobytu w stajni, tłukł się w boksie, robił dziury i podkopy. Tym razem nazajutrz zastałam w stanie całkiem normalnym zarówno jego samego, jak i boks. Przed przejazdami przezornie występowałam go w ręku na zewnątrz, gdzie zachowywał się raczej kulturalnie, a i na rozprężalni, chociaż błyskał białkiem na prawo i lewo, nie licząc kilku bryknięć, nie zdarzyły mu się bardziej widowiskowe eksplozje. Niemniej trzeba przyznać, że po występach z poprzedniego dnia większość towarzyszy z rozprężalni skwapliwie szanowała jego osobistą przestrzeń i zachowywała bezpieczny dystans, co dawało mu względny komfort rozprężania. Pierwszy przejazd w konkursie 80cm, wyglądał wprawdzie nieźle, niemniej Stefan prowadził się ciężko, nie dawał się skrócić i nie uznawał za stosowne koncentrować się na sygnałach jeźdźca, albo na stojących przed nim przeszkodach. Co skądinąd nie było dużym zaskoczeniem, bo faktyczne myślenie i koncentracja pojawiają się u niego gdzieś w okolicy metra. Z tego braku skracania się i prowadzenia zarobił gdzieś zrzutkę. Zamiast więc powtarzać przejazd na tej wysokości, chłopaki przepisali się do kolejnego konkursu czyli 90cm.

Ten przejazd wydawał się wprawdzie „z ziemi” lepszy, niemniej wrażenia z siodła pozostały podobne, więc w niedzielę smok trafił na listy startowe 90cm i L. Można powiedzieć, że w niedzielę w końcu trochę odpuścił, chociaż poziom energii zachował wciąż wysoki, co akurat cieszy, bo świadczy o tym, że Stefan jest w dobrej formie, a wyjazd, nowe miejsce i dwa dni startów nie są dla niego zbyt dużym obciążeniem kondycyjnym, a i psychicznie nie spalają go na tyle, żeby pozbawić go sił. Na rozprężalni zachowywał się kulturalnie i widać po nim było, że otoczenie, zamieszanie i inne konie wciąż robią na nim wrażenie, ale jakby nieco mniejsze niż dzień czy dwa dni wcześniej. Pierwszy konkurs przejechał nieźle, znów łapiąc zrzutkę, bo nie dał się skrócić i tak naprawdę dopiero w L zaczął faktycznie myśleć i słuchać, co było widać też i z ziemi. Wskoczył na lepszy poziom galopu, ale przy tym dawał się płynniej prowadzić, wciąż trudno mu było się skrócić do kolejnej przeszkody, niemniej robił to lepiej niż w niższych konkursach, a przede wszystkim w końcu się skoncentrował na zadaniu. Potrzebował w tym przejeździe sporo pomocy jeźdźca, ale równocześnie tym razem zaczął ją wreszcie względnie przyjmować.

Idealnie nie było, chociaż wszystkie jego występy na parkurze były kulturalne i pozbawione niepotrzebnych akrobacji, to wpadły Stefanowi pojedyncze zrzutki, a same przejazdy pokazały, że mamy nad czym spokojnie pracować w domu. W ogólnym rozrachunku jestem strasznie zadowolona i szczęśliwa. Raz, że Allubet wprawdzie przy dużym wsparciu Trenera przeszedł przez te parkury bez irracjonalnych zachowań, paniki i histerii. Dwa, że nowe miejsce, hala, parkur, rozprężalnia, inne konie, ludzie i dźwięki go nie wgniotły w podłogę, nie zrobił się malutki, nie zamknął się w sobie, nie zamroziło go, nie odbijał się od ściany do ściany, a tego po jego pierwszym wyjeździe trochę się spodziewałam. Trzy, że dobrze, może nie widowiskowo i fantastycznie, ale po prostu dobrze przejechał tę pierwszą eLkę, pokazując, że nie jest to dla niego żadną trudnością czy wyzwaniem. Ot, zadanie jak każde inne.

Nie da się ukryć, że sama chciałabym już wrócić do startów, ale bardzo się cieszę, że Stefan ma możliwość przejść przez pierwsze wyjazdy i parkury z Trenerem, a nie ze mną. Obserwując go podczas tych ostatnich startów z ziemi, myślę, że jest to wartość w ogólnym rozrachunku bezcenna. Stefan jest na ten moment koniem, który skacze zawsze i wszystko. Od powrotu do pracy nie odmówił żadnego skoku bez względu na to, co przed nim stało i jak kiepsko został przeze mnie do tej przeszkody podprowadzony. Jest koniem bardzo zadaniowym. Może stęknąć, może przydrobić, ale skoczy zawsze, bo zwyczajnie nie przychodzi mu do głowy, że można inaczej. Na zawodach czy parkurach z jego gorącą głową, brakiem koncentracji, zapalaniem się po skoku i stresem na rozprężalni lepsze wsparcie jeźdźca jest mu potrzebne o wiele bardziej niż w domu. W Facimiechu tej pomocy od jeźdźca faktycznie potrzebował, bo jazda typowo parkurowa, szczególnie w mocno emocjonującym go środowisku jest dla niego wciąż nowością. Gdzieś ekscytuje się po skoku, nie myśląc o kolejnej przeszkodzie, gdzieś nie mierzy, gdzieś się zagapia, a to nie jest jeszcze koń, który zostawiony sam sobie domierzy i wybrnie z sytuacji bez względu na okoliczności. W takich sytuacjach wsparcie jeźdźca jest bardzo ważne, a dobrze wiem, że ja, będąc w siodle, nie zawsze umiałabym mu je dać. Widząc, jak się ten koń rozwija i jak wiele może mnie nauczyć, bardzo chciałabym dać mu dobry, pewny fundament startowy. Zepsuć konia, zasiać w nim niepewność na parkurze, przyzwolić na szaleństwa na rozprężalni  jest bardzo łatwo, a potem to odpracować jest bardzo trudno. Bardzo nie chciałabym przelać na niego swojej startowej paniki, swojej niepewności w tłumie konie i swoich nerwów. Chciałabym, żeby czuł się w tych miejscach względnie pewnie sam z siebie, zanim zaczniemy w nich bywać razem. Dla mnie samej starty są dużym wyzwaniem na poziomie kontroli emocji i stresu. Z pewnym partnerem i mnie będzie łatwiej. Jakie będą dalsze plany? Zobaczymy, narazie w grudniu czekają nas kolejne parkury szkoleniowe w tym samym składzie, a co dalej, to się okaże. Narazie cieszę się efektami wyjazdu do Facimiecha, a te są naprawdę świetne, bo to doświadczenie przełożyło się i na naszą wspólną pracę w domu, ale o tym już w kolejnym tekście.

1 Comment

  1. Pola says: Odpowiedz

    Komentarz może nie na temat, ale mam pytanie, a chciałbym żebyś mi odpowiedziała. Napisałaś kiedyś opinie brązowych sztybletów i czapsów od pascuello. Dopisałaś też, że trochę kolor się z nich ściera. Czy po czasie te odbarwienia robią się większe i też w innych miejscach? Ile wytrzymały ci te buty? Zastanawiam się nad ich zakupem, ale chcę mieć pewność co do jakości, bo nie mam tyle pieniędzy, by wyrzucać je w błoto.

Odpowiedz na „PolaAnuluj pisanie odpowiedzi