Zawody

Michałowice Listopad

Sezon halowy zaczęłam startami z Anjo i Stefanem w Michałowicach. Zapowiadało się naprawdę dobrze. Starty z Andrzejem zawsze sprawiały mi dużo frajdy i chociaż Anjo w związku z kilkoma tygodniami lżejszej pracy przejawiał poważne nadmiary energii połączone z czasowym deficytem szarych komórek, to podchodziłam do tematu mocno entuzjastycznie. Stefan miał zacząć w czwartek startem w L i P z Trenerem, więc też byłam raczej spokojna o to, że nie zostaję sama z jego ewentualnym paraliżem w związku ze startami na hali i w najgorszym wypadku kolejne dni Stefan wystartuje też z Trenerem. Zaczynaliśmy w czwartek ode mnie i Anjo. Andrzej w ostatnim czasie zaczął dosyć mocno stresować się innymi końmi, panikować widząc konia jadącego z naprzeciwka i ogólnie wpadać w histerię w większym tłumie. Rozprężaliśmy się więc na zewnętrznym placu, gdzie było nieco mniej koni niż na właściwej rozprężalni, ale Anjo i tak mocno się spiął. Na tyle, że po jednym z pierwszych rozgrzewkowych skoków przez stacjonatkę, odpalił serię baranów i kiedy wydawało mi się, że opanowałam sytuację, poprawił jeszcze zostawiając mnie pod bandą, a sam w trybie „ile fabryka dała” przegalopował przez plac, następnie przez ścieżkę prowadzącą w kierunku stajni, by zwieńczyć swoją wycieczkę skokiem przez trawnik z niedużej skarpy pod stajnią. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że ostatni element tej wycieczki składał się z lądowania z niewielkiej wprawdzie, ale jednak – wysokości wprost na kostce brukowej. Ze startu tego dnia został więc wycofany z obawy przed ewentualną kontuzją, której mógł się nabawić podczas tej skądinąd widowiskowej ucieczki.

IMG_5822-kopia

Stefan tego dnia startował z Trenerem, najpierw w L potem w P. L skończył na drugim miejscu w całkiem pokaźnej stawce koni i generalnie pojechał naprawdę świetnie, spokojnie i pewnie. Dostał kilka trudnych zadań, bo chociaż jest to koń bardzo zwrotny, to przy jego gabarytach wyjeżdżanie skrótów i manewrowanie na ciasnej hali pomiędzy przeszkodami jest wyzwaniem, ale spisał się naprawdę dobrze. Zrealizował wszystkie zadania, nigdzie się nie zawahał, nigdzie nie popatrzył i nigdzie nie przytkał. Spodziewaliśmy się, że hala spowoduje u niego klaustrofobię i przerażenie, że będzie się odbijał od ściany do ściany, a tymczasem było całkiem odwrotnie, był skupiony, pewny i skoncentrowany. W P przytrafiły mu się dwie zrzutki, obie były efektem naprawdę ciasnego skrótu, ale właściwie nie wybiły go z rytmu i mimo tych błędów to wciąż był naprawdę dobry przejazd. Bilans pierwszego dnia startów był więc dla obu chłopaków bardzo różny – Stefan zaliczył dwa bardzo dobre przejazdy, a tymczasem Anjo po spektakularnej ucieczce z rozprężalni nie startował wcale. Nie ukrywam, że sytuacja z Andrzejem, niepewność o jego stan po tej radosnej galopadzie przez pół Michałowic i fakt, że koniec końców nie jest to mój koń, a pozostawał w tym czasie pod moją opieką i to mój upadek umożliwił mu ten skok na beton, sprawiały, że byłam raczej kłębkiem nerwów, mimo świetnych startów Stefana pod Trenerem.

IMG_5984-kopia

Następnego dnia – ku mojej wielkiej uldze – Anjo okazał się czysty i postanowiliśmy, że wystartuje. Wydawać by się mogło, że przyczyna mojego stresu zniknęła, a przed nami kolejne dwa dni normalnych, spokojnych startów. Cóż, okazało się inaczej. Znów zaczynałam od Andrzeja. Na rozprężalni podobnie jak poprzedniego dnia Anjo był mocno zestresowany ilością koni. Było ciasno i tłoczno, Andrzej jak nigdy nadymał się i ciężko było go rozjeżdżać do przeszkód, był spięty i zupełnie inny niż zwykle, ale zrzucałam to na karb tłoku i jego ostatniej histerii na widok koni. Parkur zaczęliśmy spokojnie, ale czułam, że to nie jest ten koń co zawsze. Nie galopował tak jak zawsze, nie reagował tak jak zawsze na pomoce. Do czwartej przeszkody zrobiło nam się w dystansie daleko, Trener krzyknął, że mam galopować mocniej, dodałam, ale zamiast tradycyjnej odpowiedzi od tego konia, który na bardziej stanowcze cmoknięcie włącza trzecią kosmiczną, uzyskałam jakieś takie lekkie poszerzenie. Zrobiło się daleko, ale wydawało mi się, że z kim jak z kim, ale z tym koniem, na metrowej stacjonacie, możemy odbić się z daleka zamiast tupać pod przeszkodą. I normalnie pewnie tak by było, normalnie bym cmoknęła, a Anjo zdjąłby się wcześniej i drąga przy tym nie dotknął, bo metr to dla niego absolutnie żadne wyzwanie, a ten koń dobrze czuje się w odbiciach z daleka i jest generalnie bardzo plastyczny. Ale nie tego dnia. Cmoknęłam, zapięłam ostrogę i wyszłam do skoku, pakując tym samym Andrzeja, który miał w planie jeszcze dobić tam jedną maleńką foulę, w sam środek stacjonaty.

IMG_5827-kopia

Zawinęliśmy woltę, najechaliśmy raz jeszcze i dojechaliśmy do końca parkuru – Anjo pospinany i wycofany, a ja w trybie totalnego autopilota. Wypadek z poprzedniego dnia, to nieporozumienie skutkujące fatalnym rozbudowaniem stacjonaty i całokształt tego parkuru doprowadził mnie do stanu absolutnego paraliżu i nerwówki przed kolejnym startem. I chociaż przed przejazdem ze Stefanem starałam się możliwie opanować swoją głowę i sytuację, to prawda jest taka, że nie było co zbierać. W efekcie przejechałam jeden z gorszych moich parkurów ze Stefanem, który dzielnie choć z dwiema zrzutkami zniósł moje manewry. Trzymałam go od pierwszej do ostatniej przeszkody, targając niemiłosiernie i utrudniając mu życie na każdym odskoku, nie kontaktowałam zupełnie i zupełnie nie było mnie z nim podczas tego parkuru. Gorsze od tego dnia startów były chyba tylko zawody w Kielcach, chociaż i tu można by się pokusić o polemikę.

IMG_8342-kopia

Sobotę mieliśmy wolną od startów. Po piątkowej sytuacji z Andrzejem zdecydowaliśmy się wycofać go do końca zawodów. Raz że w piątek to ja dałam ciała na parkurze, ale on też nie był całkiem sobą, a wobec czwartkowej ucieczki z rozprężalni zwieńczonej skokiem na beton, pozostawało otwartym pytaniem, czy był inny niż zwykle, bo taki właśnie jest na hali, czy był inny niż zwykle, bo gdzieś się jednak ponaciągał. Wszystko zresztą na to wskazywało, jako że w sobotę już w kłusie wydawał się mocno sztywny. Po sieczce, którą urządziłam Stefanowi, ta wolna sobota, luźne ruszenie, zgubienie trochę nadmiaru energii Grubego i nadmiaru moich nerwów, a przy tym przegadanie tego wszystkiego na spokojnie z Trenerem, było najlepszym co mogło nam się przydarzyć. Dzień odpoczynku pomiędzy startami pomógł mi się trochę zresetować. W niedziele złapałam już więcej luzie płynności i w efekcie przejechaliśmy ze Stefanem całkiem niezły parkur. Zrobiliśmy wprawdzie zrzutkę, bo Stefan trochę rozproszył się przed ustawioną przy bandzie jedynką i w efekcie wszedł w skok trochę odwrócony w stronę bandy.  Niemniej sam parkur był całkiem niezły, z moimi błędami, ale już z względna obecnością mojego mózgu, a to w piątek był kluczowy brakujący czynnik podczas naszego przejazdu. Stefan dobrze przy tym galopował, nie kłóciliśmy się w tym przejeździe, nie było nerwówki i decyzji na ostatnia chwile. Było w porządku.

IMG_5987-kopia

Nie mogę powiedzieć, żeby to były dobre zawody, okupione były spora dawka mojego stresu i licznymi błędami. Wypadek z Andrzejem na rozprężalni rzutował na wszystkie kolejne moje starty i był to kolejny dowód na to, że większość moich problemów w parkurze zaczyna się w głowie. Niemniej było to ważne doświadczenie, z którego należy wyciągnąć na spokojnie wnioski. Co ciekawe Stefan okazał się być dużo bardziej skoncentrowany na hali niż na zewnętrznym placu i on sam był naprawdę dobry podczas tych zawodów, czego najlepszym dowodem były jego wyniki podczas pierwszego dnia startów. Jeśli miałabym jakoś podsumować te zwody, to powiedziałabym, że generalnie dały mi w kość, ale były te ważną lekcją, z której wnioski i doświadczenia będę wyciągać podczas kolejnych startów.

IMG_8363-kopia

Fot: Ola Zając

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *