Zmiany, zmiany, zmiany!

DSC00127

DSC00133Razem z Siwym wróciliśmy w niedzielę pod trenerskie skrzydła Ali. Jeszcze przed moją ciążową przerwą Ala wspomagała nas swoim instruktorskim okiem i radą, a przez dziewięć miesięcy mojej jeździeckiej nieobecności zastępowała mnie w siodle. Wszyscy troje znamy się więc już jak przysłowiowe łyse konie i wydawać by się mogło, że nic nas w tej nowej-starej współpracy nie zaskoczy. A jednak!

Ale zacznijmy od początku, zgodnie z tym, o czym pisałam ostatnio a propos samodzielnej pracy i pracy z trenerem, po kilku miesiącach naszej samowolki z Siwym zdecydowałam, że optymalnie dla nas byłoby, gdybyśmy raz w tygodniu jeździli pod okiem instruktora i dzięki temu zachowali ogólny kierunek naszej pracy i rozwoju, poprawiali błędy i mieli okazję do przepracowania trudniejszych elementów, a przez pozostałe treningi jeździli sami, realizując wskazówki i zadania instruktora, ale i ciesząc się pewnym marginesem niezależności i jeździeckie swobody. Wybór Ali na trenera, pod którego opieką będziemy się dalej rozwijać, był naturalny i prosty – w końcu pracowaliśmy już razem, Ala zna i mnie i Siwego, sama jest fantastycznym jeźdźcem, a przy tym potrafi swoją wiedzę przekazywać dalej, co nie zawsze idzie w parze. Mimo że wszyscy dosyć dobrze się już znamy, byłam trochę całą sytuacją onieśmielona. Przez ostatnie kilka miesięcy mojej pracy z Fabianem nikt się nie przyglądał, więc już sam fakt, że ktoś będzie oceniał nasze poczynania i mój styl jazdy roboczo nazywany „na worek ziemniaków” trochę mnie stresował. Dodatkowo chciałam oczywiście jak najlepiej wypaść przed Alą i pokazać, że udało mi się nie zepsuć tego, co wypracowała z Fabianem przez dziewięć miesięcy zastępowania mnie w pracy z Siwym. Stres to oczywiście nie jest najlepszy towarzysz w siodle, ale na szczęście szybko o nim zapomniałam. Wir uwag i komentarzy pochłonął mnie bez reszty, a zamiast zastanawiać się, co sobie myślą o nas obserwatorzy, skupiałam się na swoich biodrach, kolanach, łydkach i rękach. Na nerwy nie było już więc ani miejsca w mojej głowie ani czasu.

Pierwszą wielką zmianą było przesiodłanie Siwego. Moje siodło faktycznie od jakiegoś czasu kiepsko leży na Siwym. Prawdę mówią od początku daleko mu było do ideału, a z biegiem czasu niestety pasuje coraz gorzej i do mnie, i do Fabiana. Kupując je zakładałam, że jest to rozwiązanie czasowe, na początek, ale jak to zwykle bywa zawsze pojawiały się ważniejsze wydatki, a siodło, choć kiepskie, na stałe zadomowiło się w mojej pace. Ala przesadziła mnie na nasz trening w jedno z rekreacyjnych siodeł z naszej stajni – wysłużonego DawMaga z nieco przykrótką dla mnie tybinką, ale dobrze leżącego na Fabianowym grzbiecie. Zmiana siodła to był dopiero pierwszy krok, kolejnym było przesadzenie mnie w tym siodle i poprawne ułożenie mojego ciała – wysunięcie bioder do przodu, ustawienie kolan i łydek oraz przesunięcie dłoni tak, by moje ręce tworzyły prostą linię sięgającą od łokcia, przez wodze do wędzidła. Zmiana siodła i ułożenia mojego ciała sprawiły, że przez dobrą chwilę czułam się jak sztywny manekin kompletnie niepasujący do miejsca, w którym się znajduje, ale z każdym krokiem miałam wrażenie, że coraz lepiej zgrywam się z Fabianem, a język, którym przemawiam do niego dzięki nowemu ustawieniu ciała, jest dla niego dużo bardziej zrozumiały niż ten, którym mówiłam dotychczas. Wciąż oczywiście muszę się pilnować. To że głowa wie, jak powinnam siedzieć w siodle nie znaczy, że ciało o tym pamięta. Minie jeszcze wiele jazd zanim ta nowa nowa pozycja stanie się dla mnie naturalna i nie będę musiała w kółko powtarzać sobie w głowie pamiętaj o rękach, ręce równo, biodra do przodu, kolana bliżej siodła, nogi ciągnij w dół, jeszcze bardziej w dół, nie, nie pięty, całe nogi, pięty ułożą się same, patrz w kierunku jazdy, pamiętaj, że oczy masz na klatce piersiowej, nie podbieraj piętą, ręce równo, biodra… 

Z moim nowym ustawieniem wzięliśmy się z Fifim do roboty. Przez sporą część jazdy koncentrowaliśmy się na tym, by Siwy zaczął odchodzić od łydki, na tym, by dobrze się zginał i rozluźniał grzbiet, ćwiczyliśmy więc przejazdy przez drągi w stępie i kłusie, wolty, przejścia, galop na wolcie, a to wszystko przy użyciu pomocy odkrytych, dzięki mojemu nowemu ułożeniu w siodle. Żadne z ćwiczeń nie było dla nas nowe, a jednak miałam wrażenie, że pierwszy raz wykonujemy je z grubsza tak, jak należy. Były momenty, kiedy Siwy na prawdę się rozluźniał i czułam, jak robi się wygodniejszy i wyższy. Teraz przede mną praca nad tym, by te momenty przestały być urywkami treningów a zamieniły się w całe treningi solidnej, poprawnej jazdy. Najważniejszym wyzwaniem dla mnie będzie oczywiście kontrola własnego ciała, pilnowanie własnego dosiadu, łydek, miednicy, klatki piersiowej i rąk, ale też nauczenie się używania zewnętrznych pomocy i zaufania im. Pozbycie się nerwowych i chaotycznych odruchów, a zastąpienie ich spokojem, konsekwencją i pewnością. Równie trudnym wyzwaniem będzie nauczenie się szybkich reakcji na zachowania Siwego. Podczas naszego niedzielnego treningu były momenty, kiedy zarówno ja, jak i Fabian pracowaliśmy poprawnie, ale bardzo często brakowało mi refleksu i szybkiej reakcji, kiedy Fifi wypadał z ustawienia i zamiast szybkiej korekty i powrotu na właściwe tory, ja musiałam zbierać nas do kupy od nowa.

Po tej dłuższej rozgrzewce, przeszliśmy do skoków, a mnie już głowa parowała od nowozdobytej wiedzy. Ala ustawiła nam dwie małe stacjonaty do najazdów po ósemce.

O takie!

Skakaliśmy najpierw z kłusa, a potem z galopu. Starałam się pamiętać o wszystkich wcześniejszych uwagach i nie dać się ponieść emocjom. Nie było łatwo, na zdjęciach, które robił mi Michał widzę, że przy niektórych najazdach wracałam do starych nawyków, a same skoki były w efekcie mocno chaotyczne. Atakowanie przeszkód z kłusa było oczywiście bułką z masłem w porównaniu z najazdami z galopu. Po pierwsze dlatego, że w tym chodzie Fabian częściej wypada mi łopatką, traci rytm, zaczyna pędzić, a ja zwykle reaguje wtedy chaotycznie i daje się ponieść emocjom. Po drugie dlatego, że pomiędzy przeszkodami do przejechania mieliśmy felerny łuk, na którym Fabian podczas naszej znajomości jakieś sto pięćdziesiąt razy wywiózł mnie w stronę stajni. Jak można się domyślać Siwemu udało się wywieźć mnie po raz sto pięćdziesiąty pierwszy. I dobrze! Bo najeżdżając na przeszkody kolejny raz zrozumiałam w końcu swój błąd, zrozumiałam, że im bardziej chaotycznie i nerwowo próbuję Fabiana wykręcić w prawo, tym mniejsze mam szanse na utrzymanie kontroli, a tylko spokój i konsekwentne zamykanie zewnętrznych pomocy pozwoli na bezproblemowe przejechanie zakrętu torem, który ja wyznaczę i tempem, o którym ja zadecyduje. Takie proste, a takie trudne. Skoki były największym wyzwaniem naszego niedzielnego treningu, mimo niewielkich rozmiarów przeszkód, które ustawiła nam Ala. Skacząc najłatwiej zapomnieć o poszczególnych elementach – miednicy, środku ciężkości, nogach i rękach, a najtrudniej zachować spokój i równowagę. Szczególnie gdy przeszkody najeżdża się jedna po drugiej i bez względu na to, czy poprzedni skok jest udany czy spartaczony trzeba się pozbierać się do kupy i jechać na kolejną przeszkodę, równie spokojnie i precyzyjnie, co na poprzednią. Mam nadzieję, że po ostatnich skokach – tych udanych i tych nieudanych, które uświadomiły mi moje błędy, będzie szło nam tylko lepiej.

Po niedzielnym treningu mam wrażenie, że coś się we mnie zmieniło, coś kliknęło w mojej głowie. Przed nami sporo pracy, zarówno nade mną, jak i nad Siwym, ale jestem pewna, że w końcu jesteśmy na właściwej ścieżce, a z każdym treningiem będziemy się lepiej dogadywać. Z Alą widzimy się w kolejny weekend, a do tego czasu będziemy z Fabianem szlifować przejścia, pracę na drągach i rozmawiać w naszym nowym, wspólnym języku. Wierzę, że z każdym treningiem momenty, kiedy wszystkie elementy do siebie pasują będą coraz dłuższe, a nieporozumień będzie coraz mniej. Dobrze być w końcu w tym miejscu, w którym jesteśmy teraz – na właściwej ścieżce, patrząc we właściwym kierunku!

Relaks i radość po ostatnim skoku!

 

 

Dodaj komentarz