Mama w siodle

DSC00107

DSC00073Ten wpis miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być o tym, jak kierując się zdrowym rozsądkiem grzecznie czekam podręcznikowe sześć tygodni od porodu, żeby wsiąść na konia. Miał być też o tym, jak powoli i z trudem dochodzę do siebie, jak bycie mamą przewróciło mój świat do góry nogami i jak zwątpiłam w to, czy zdołam pogodzić macierzyństwo z jazdą konną. Ale nie będzie. Zacznijmy jednak od początku!

Przez ostatnie tygodnie na blogu niewiele się działo, za co przepraszam, kajam się i już się tłumaczę. Jak możecie się domyślać, od spraw jeździecko-blogowych odciągnął mnie mocno już wyczekiwany poród, a misja dostarczania na świat przyszłej mistrzyni olimpijskiej w skokach albo ujeżdżeniu pochłonęła mnie bez reszty. Obie jesteśmy już w domu, a ja powoli zaczynam ogarniać swoją nową rolę i nową rzeczywistość. Czuję się bardzo dobrze i wydaje mi się, że jestem już całkiem sprawna, mimo że pierworodna ostatecznie rodziła się przez cesarkę, przed którą wszyscy święci przestrzegają, jakoby dochodziło się po niej do siebie całe wieki. Mnie po kilku dniach od powrotu do domu i zdjęciu szwów zaczęło poważnie nosić i rozpoczęłam wielkie odliczanie sześciu tygodni, bo ponoć właśnie tyle podręcznikowo organizm dochodzi do siebie po cesarskim cięciu. Plan ustalony wspólnie z moim małżonkiem, który na myśl o moim powrocie do siodła dostawał lekkich palpitacji serca, był taki, że czekamy te sześć nieszczęsnych tygodni i jeśli będę czuła się dobrze, a lekarz mi w międzyczasie nie zabroni, będę mogła radośnie wskoczyć Fabianowi na grzbiet. Plan był słuszny i rozsądny. Byłam z siebie nawet trochę dumna, że wykazuję się taką zaskakującą odpowiedzialnością. Ale do czasu…

Najpierw padł pomysł, żebym za pierwszym razem wsiadła na innego konia niż Fabian. Najlepiej takiego super spokojnego i odpornego na strzały, bomby, torebki foliowe i bażanty, takiego, z którego nie spadnę podczas pierwszej od dziewięciu miesięcy jazdy i na którym nie będę się bać czy stresować. Agata zaproponowała użyczenie do tego celu jej konia – Magii, a jako że Magia jest koniem, z którego chyba nikt nigdy nie spadł, wliczając w to rzeszę umiarkowanie kumatych rekreantów, mój mąż zgodził się, żebym wsiadła na nią „nieco” wcześniej. Taki więc w piątek, czyli w trzy i pół tygodnia po porodzie znalazłam się na grzbiecie Magdy. Pierwszym moim wrażeniem było zdziwienie, nie dość, że po dziewięciu miesiącach przerwy siedziałam na koniu, to jeszcze na koniu innym niż Fabian, wyższym, chudszym i o zupełnie innej budowie. Szczerze mówiąc trochę bałam się tego, czy po tak długim czasie moje ciało wciąż będzie pamiętać, co to w ogóle znaczy jeździć konno, ale na szczęście tego się nie zapomina, a przynajmniej nie w dziewięć miesięcy. Wspaniale było znów znaleźć się w siodle i czuć się, jakby siedziało się w nim wczoraj, a nie prawie rok temu. Magia była idealnym koniem na pierwszą jazdę po dłuższej przerwie, takim, z którym czułam się pewnie i spokojnie, nie bałam się, chociaż byłam pewna, że będę bać się jak diabli. To był najlepszy powrót do siodła, jaki mogłam sobie wymarzyć, a jazda na Magdzie była dopiero rozgrzewką przed jazdą na Fabianie!

Wobec mojej euforii po piątkowej jeździe, nawet mój mocno sceptyczny mąż zmiękł i z umiarkowaną radością, ale jednak przystał na to, żebym w sobotę wsiadła na Fabiana (z jednym zastrzeżeniem – „żadnego skakania i żadnego galopu”). Ja oczywiście z radością przystałabym nawet na propozycję trzech kółek w stępie na Siwym, chociaż przyznaję się bez bicia, że mimo wszystko trochę się tej pierwszej jazdy na nim obawiałam. Bałam się, że sobie z nim nie poradzę, że on wyczuje moją niepewność i będzie ją wykorzystywał, że będzie brykał, że z niego spadnę, że po tych dziewięciu miesiącach nie będę już potrafiła na nim jeździć, szczególnie, że przecież przez ten czas pracował z nim ktoś inny. Jako że Fifi od wtorku nie trenował pod siodłem z Alą, a od właścicielki stajni przy każdej wizycie słyszałam, że na pastwisku strasznie rozrabia, gnębi połowę stada i energia go roznosi, uznałam, że bezpieczniej będzie drania najpierw przelonżować.

Już na lonży zrozumiałam, że nie mam się czego obawiać. Fabian był wyluzowany, grzeczny, skupiony i wprost nie mogłam się na niego napatrzeć! Szybko więc odpuściłam bezsensowne gonienie go na sznurku, wskoczyłam mu na grzbiet i od razu poczułam się jak w domu! Tak, jak pierwszą moją reakcją po znalezieniu się na Magii było zdziwienie, tak w przypadku Fabiana tą reakcją było poczucie, że jestem we właściwym miejscu, że tak powinnam czuć się siedząc na koniu. Już podczas pierwszego stępa poczułam, jak Fabian rozwinął się przez te dziewięć miesięcy pracy z Alą. Przez ostatnie miesiące nie miałam okazji obserwować ich przy pracy, pod koniec ciąży trudno było mi dotoczyć się do stajni, a po porodzie przez kilka tygodni byłam zajęta ogarnianiem mojej nowej rzeczywistości. Byłam więc zaskoczona tym, jak ogromny Fifi zrobił postęp, ale to temat na osobny wpis, więc nie będę zbyt wiele zdradzać, powiem tylko, że w sobotę wsiadłam na konia zrelaksowanego, skoncentrowanego na mnie i wyposażonego w kierownicę, a nie tylko gaz i hamulec. Najlepsze, że Fabian w ciągu kilku chwil sprawił, że zniknął cały mój niepokój, wszystkie wątpliwości i, nazwijmy rzeczy po imieniu – strach, który odczuwałam przed tą jazdą. W ciągu kilku chwil ja też się wyluzowałam i zwyczajnie cieszyłam tym momentem, w głowie miałam tylko ogromną radość i… wszystkie moje notatki z grudniowego szkolenia z Gerdem Heuschmannem, a raczej wszystkie rzeczy, które po tej klinice chciałabym jak najszybciej zmienić w swojej jeździe.

 Szczęścia dopełnił mój mąż udzielając mi dyspensy na jedno zagalopowanie. To trochę śmieszne i wstyd się przyznać, ale podczas tego galopu z radości zakręciła mi się w oku łezka. Przez całą ciążę gdzieś w środku ogromnie bałam się, jak będzie wyglądało moje życie po porodzie, a w głowie pobrzmiewały mi głosy wszystkich tych, którzy ostrzegali, że moje życie, jakie znałam dotychczas po prostu zniknie, że moje pasje i plany zostaną odstawione na boczny tor przynajmniej na najbliższe 18 lat. Miałam jednak nadzieję na to, że macierzyństwo okaże się zupełnie nowym etapem w moim życiu, pełnym radości, ale i trudów, takim, który zmieni moje postrzeganie świata i priorytety, ale że gdzieś w nim pozostanie skrawek miejsca na moje pasje i plany, na mnie samą. Ten galop, jak ckliwie by to nie brzmiało, był dla mnie dowodem na to, że jest w moim nowym życiu czas i przestrzeń na realizację moich pomysłów i marzeń.

 Jestem oczywiście realistką i wiem, że powrót do jeździectwa z całą pewnością nie będzie łatwy i nie zawsze będzie tak różowo, jak wczoraj. Opiekę nad takim maleńkim robaczkiem, jak ten, który spogląda na mnie teraz z kołyski, ciężko jest połączyć z czymkolwiek innym, a już w szczególności z zajęciem, które wymaga czasu, zaangażowania i pustej, otwartej głowy. Sporym wyzwaniem będzie przede wszystkim logistyka, w końcu w czasie, kiedy ja będę radośnie szlifować swoje umiejętności jeździeckie w siodle, ktoś na ziemi będzie musiał doglądać małej wylegującej się w wózku, ktoś, kto nie będzie bał się zaopiekować Lilką i do kogo będę miała tyle zaufania, by mu tę opiekę powierzyć. Do tego dochodzi kwestia ewentualnego karmienia albo przewijania pierworodnej w dosyć ekstremalnych stajennych warunkach. Ale pomimo tych trudności jestem pewna, że bycie rodzicem nie musi oznaczać rezygnacji z bycia człowiekiem, którym byłam zanim zaszłam w ciążę, a realizacja własnych pasji i marzeń nie sprawi, że będę gorszą mamą. Wręcz przeciwnie, wierzę, że sprawi, że będę lepszą mamą – bardziej zrelaksowaną i szczęśliwszą. Zresztą miałam długie dziewięć miesięcy na przemyślenie tego, w jaki sposób poradzić sobie ze wszystkimi trudnościami i komplikacjami, z którymi spotkam się wracając do jeździectwa po porodzie i wierzę, że przy dobrej organizacji nie będzie to niemożliwe. Mogę na szczęście liczyć na pomoc mojego męża, a do tego nie jestem jedyną mamą w naszej stajni, więc wspólnymi siłami z pewnością jakoś ogarniemy tę trudną logistykę.

 Lilka będzie dla mnie zawsze na pierwszym miejscu. Tę kosmiczną falę miłości od pierwszego wejrzenia, która działa jak najlepszy lek przeciwbólowy i zapewnia emocjonalny rollercoaster lepszy niż najlepsze narkotyki, mogą zrozumieć tylko rodzice. Dałabym się za nią pokroić w plasterki, skoczyłabym w ogień, albo w przepaść. Gdybym miała urodzić ją raz jeszcze i raz jeszcze przeżywać męki 18 godzin porodu i cesarskiego cięcia, zrobiłabym to bez mrugnięcia okiem. Zrobiłabym to i dziesięć razy, gdyby trzeba było. Nic i nikt nie będzie od niej ważniejszy, ale to nie znaczy, że nie mogę tej swojej kosmicznej, rodzicielskiej miłości łączyć z realizacją swojej pasji. Wierzę, że przy dobrej organizacji będę wciąż będę mogła jeździć konno i być najlepszą mamą. Najlepszą, jaką potrafię być.

I na deser filmik:

Dodaj komentarz