Walentynki, czyli o miłości z koniem w tle.

DSC00215

DSC00212Z okazji święta zakochanych dzisiejszy wpis będzie trochę mniej o koniach, a trochę bardziej o ludziach, a w zasadzie jednej osobie, bez której Fabian nie czekałby na mnie teraz w stajni. Mój mąż od początku wspierał mnie w realizacji mojego wielkiego i kompletnie irracjonalnego marzenia, jakim było posiadanie własnego konia. Wspierał mnie chociaż zdrowy rozsądek przemawiał przeciwko temu pomysłowi, bo koń to wielki wydatek, poważne zobowiązanie i wielka zmiana również w totalnie poza jeździeckim życiu codziennym. Nie oszukujmy się, koń wkracza z butami w życie swojego właściciela i przewraca je do góry nogami. Ale ja się uparłam i Michał rozumiał jakie to dla mnie ważne, mimo że wszyscy wokół pukali się w czoło. Z dzisiejszej perspektywy doceniam, jak wielkiej odwagi wymagało od niego podjęcie tej irracjonalnej decyzji i wspieranie mnie w realizacji moich marzeń. Moich i tylko moich, bo przecież mój mąż na koniu siedział kilka razy w życiu i kompletnie go ten sport nie wciągnął. Stosunkowo łatwo jest znosić komentarze na temat swojego zdrowia psychicznego, jeśli w zamian spełnia się swoje marzenia i jest się totalnie pochłoniętym zachwytem nad swoim nowym końskim przyjacielem, trudniej, kiedy spełnia się nie swoje marzenia, a do konia woli się nie zbliżać.

A sama adopcja Siwego była przecież dopiero początkiem. Michał wspierał mnie, kiedy współpraca z Fabianem szła opornie i pomagał, jak mógł, kiedy uczyliśmy go pracy na lonży i kiedy pierwszy raz na niego wsiadałam. Towarzyszył mi bezwzględu na porę roku i pogodę, bo wiedział, że czułam się bezpieczniej, kiedy był obok. Pomagał mi nosić sprzęt, ustawiać przeszkody i łapać Fabiana, kiedy ten miał akurat ochotę bawić się ze mną w berka. Przeżywał ze mną wszystkie moje jeździeckie wzloty i upadki, a było ich bardzo wiele. Przyjeżdżał robić mi zdjęcia i nagrywać filmy, kiedy skakaliśmy z Fifim pierwszy raz okser, czy kiedy pierwszy raz jechaliśmy w teren. Był obok zawsze, kiedy przeżywałam te swoje małe wielkie sukcesy i najdrobniejsze treningowe zwycięstwa, które przeżywa każdy właściciel konia pracujący z nim samodzielnie. Był obok też wtedy, kiedy wracałam do domu ze łzami w oczach, kiedy wydawało mi się, że zwyczajnie nie umiem jeździć konno i kiedy absolutnie nic nam z Fabianem nie szło. Przez te lata wysłuchał pewnie tysiąca moich jeździeckich monologów, chociaż, jako kompletny laik, nie zawsze je rozumiał. Nigdy nie starał się odwieść mnie od mojej pasji, mimo że otwarcie mówi, że boi się, kiedy jestem w siodle i z duszą na ramieniu patrzy na każdy mój upadek. Nie protestował nawet wtedy, kiedy na kilka tygodni przed ślubem wciąż wsiadałam na Fabiana i co więcej nie pukał się w głowę i nie powtarzał „a nie mówiłem!”, kiedy na 5 dni przed ślubem zaliczyłam upadek, po którym ledwo doczłapałam do domu. Zniósł i to, że moje weselne tańce były nieco pokraczne i odbywały się przy rytmicznym akompaniamencie strzykania kręgosłupa. Szanował moje zdanie na temat wsiadania na konia w ciąży, chociaż z ulgą przyjął jego zmianę. Kiedy postanowiłam przez 9 miesięcy nie wsiadać na Fabiana, nie sugerował, że byćmoże utrzymywanie konia jest bezsensu. Co więcej teraz, kiedy z każdym dniem mam coraz słabszą kondycję, ochoczo proponuje, że będzie ze mną jeździł do stajni, żeby pomagać mi w czyszczeniu czy lonżowaniu Siwego i zachęcał mnie do każdego szkolenia, w którym wzięłam (i wezmę!) udział w czasie ciąży. Chociaż własny koń to spory wydatek i chyba żadna pozycja w naszym wspólnym budżecie nie pochłania takich pieniędzy, to nigdy nie protestował przeciwko żadnemu jeździeckiemu zakupowi.

Teraz, kiedy martwię się o to, jak uda mi się połączyć jeździectwo i macierzyństwo, wymyśla kolejne scenariusze, dzięki którym będę mogła możliwie często bywać w stajni i jeździć. Trzeba prawdziwej miłości i sporo odwagi, by wspierać drugą osobę w realizacji pasji, która pochłania tak wiele czasu i energii, a przy tym zajmuje tak wiele miejsca w sercu tej drugiej osoby. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że mój mąż zapowiedział się, że na wiosnę chętnie spróbuje swoich sił w siodle, żeby móc moją pasję przynajmniej w jakimś stopniu dzielić. Trzymam go za słowo i nie mogę się doczekać naszego pierwszego wyjazdu w teren we dwójkę…a potem we trójkę!

Z okazji Walentynek Wam wszystkim życzę takiego męża lub żony, który nie zawsze zrozumie Waszą pasję i Wasze szaleństwo, ale zawsze będzie Was na swój niejeździecki sposób wspierał.

 

 Na zdjęciach mój mąż siedzący trzeci raz na koniu i pierwszy raz na Fabianie!

 

 

Dodaj komentarz