W końcu skaczemy!

DSC_1899

Ostatnie tygodnie mijają nam z Dużym pod znakiem spokojnej, codziennej pracy. Taryfa ulgowa i okres zapoznawania się dawno minęły i już jakiś czas temu nadeszła pora, by zacząć mierzyć się z kolejnymi naszymi problemami. Oczywiście na czele listy naszych treningowych kłopotów i trudności znalazło się zatrzymywanie. To jest problem, który Duży miał już na swoim koncie, kiedy się poznaliśmy, ale też problem, który od początku naszej znajomosci eskalował i narastał. Z początku im więcej skakaliśmy, tym częściej Elbrus się zatrzymywał, a że jest w tym temacie prawdziwym ekspertem, bo potrafi do ostatniego ułamka sekundy zachować pozory atakowania przeszkody, to miałam wrażenie, że kompletnie nie mam na to wpływu. Im częściej Duży odmawiał, tym bardziej ja się tym stresowałam, a im bardziej ja byłam spięta, tym bardziej on bał się zmierzenia z przeszkoda i częściej się zatrzymywał. Kolejne tygodnie naszej pracy mijały, a problem narastał i pęczniał. Do tego stopnia, że zaczęłam mieć wątpliwości, czy Duży w ogóle jest koniem dla mnie i czy nie jest jednak szaleństwem kupować – z myślą o mocno amatorskich, ale jednak skokach – konia z takim problemem. Szczególnie z moimi umiejętnościami i doświadczeniem. Jednym słowem wpadaliśmy w błędne koło stresu i błędów. W całej tej dosyć nerwowej atmosferze starczyło mi jednak rozumu, by nie próbować z tym problemem walczyć na własną rękę. Dostatecznie dużo problemów próbowałam rozwiązywać z Fabianem samodzielnie, pozwalając im trwać w nieskończoność, nawarstwiać się i ewoluować. Z tym koniem poszłam po rozum do głowy i założyłam na wstępie, że nie będę próbowała skakać z Dużym sama, coby nie pogłębiać problemu zatrzymywania się czy kolejnych naszych małych i dużych kłopotów i bolączek. Skaczemy więc z Dużym tylko pod okiem Grzegorza, na spokojnie, w oparciu o jego doświadczenie, pomysł i wyczucie, a nie moje, często przecież fałszywe – wrażenia z siodła, ale też ambicje, upodobania czy nerwy. Małymi krokami, dzięki wsparciu Grzegorza udaje nam się rozpracowywać kolejne problemy, zamiast pozwalać im narastać i powodować kolejne błędy i blokady. I w taki właśnie sposób – stopniowo, spokojnie, małymi krokami – udało się przepracować kwestię zatrzymywania się.
DSC_0320

Taki obrazek jeszcze pare miesięcy temu był u nas bardzo częsty.

Duży raczej nigdy nie będzie koniem, któremu można w pełni zaufać, który przewiezie bezpiecznie przez parkur, odwali swoją robotę i przymknie oko na błędy jeźdźca. To jest koń, który – w skokach szczególnie – potrzebuje wsparcia, pewności i spokoju ze strony jeźdźca, a wtedy potrafi dać z siebie naprawdę wszystko. Ostatnie miesiące naszych skokowych treningów, które pozwoliły nam w dużej mierze zniwelować i rozwiązać problem zatrzymywania się, spędziliśmy pracując nie nad samym problemem odmawiania skoków, a nad tym, żebym ja pozbyła się błędów, które te odmowy powodują i umożliwiają. Im lepiej udawało mi się zapanować nad pomocami, nad swoim pewnym i spokojnym dosiadem podczas najazdu, im szybsza i precyzyjniejsza byłam w reakcjach, a przede wszystkim im lepiej panowałam nad swoimi nerwami, tym rzadziej Duży się zatrzymywał. Paradoksalnie problem zatrzymywania jako taki w ogóle nie był przedmiotem naszej pracy. Początkowo temat mocno eskalował i mieliśmy z Dużym kilka naprawdę beznadziejnych treningów, takich kiedy odmowy się nawarstwiały i wpadaliśmy w spiralę nerwów. Ale zatrzymywanie jako takie zupełnie nie było problemem, który staraliśmy się rozwiązać. Nawet jeśli Duży odmawiał notorycznie, to i tak szlifowaliśmy, względnie spokojnie i stanowczo, na tyle na ile pozwalała moja głowa. Bez koncentrowania się na samej odmowie, wganiania w przeszkodę i robienia cudów-wianków, coby konia tylko przepchnąć na drugą stronę przeszkody. Pracowaliśmy trochę tak, jakby tego problemu nie było, koncentrując się na moich błędach, które do tych odmów prowadziły i które je umożliwiały, a nie na samych zatrzymaniach.

DSC_1900

Ten sposób  przepracowywania problemu, nie był oczywiście moim autorskim pomysłem, tylko Grzegorza, bo ja wobec Elbrusowego zatrzymywania przejawiałam tylko i wyłącznie panikę i frustrację, oraz siałam szeroki pojęty chaos. A też i jego realizacja w ogóle nie wchodziłaby w grę bez jego trenerskiego wsparcia z ziemi.  W dużej mierze przez moją własną gorącą głowę i tendencję do wpadania w panikę i rozsypywania się przy każdej porażce. Przy całym swoim nastawieniu na pracę, na rozwiązywanie kolejnych problemów, a nie uciekanie przed nimi, na stawianie czoła własnym błędom, a nie zrzucanie ich na konia, mam taką cechę, która jest dla mnie wielką trudnością w jeździectwie. Łatwo wpadam w spiralę nerwów, jeśli coś mi nie wyjdzie, gdzieś zawalę. Dopytuję, co zrobiłam źle, analizuje i przetwarzam. To oczywiście dobrze, ale równocześnie łatwo zaczynam wpadać w panikę, roztrząsać, zamiast spokojnie przełknąć tę gorzką pigułkę i jeździć dalej. Mnie już zrzutki kosztują dużo nerwów, a co dopiero odmowy (i to bardziej lub mniej z mojej winy!). Co gorsza ten problem siedzi we mnie tak głęboko, że czasem nawet wydaje mi się, że odetchnęłam, że się nie spinam, że po prostu jadę dalej, a jednak to napięcie zostaje wciąż we mnie, jeśli nie w głowie, to w ciele. Nieuświadomione, ale obecne na tyle, żeby dla Dużego być sygnałem wywołującym jego niepewność. Ostatnie tygodnie to wiec w dużej mierze praca nad moją głową, nad panowaniem nad emocjami i radzeniem sobie z tym, że nie wystarczy wiedzieć, jaki błąd się popełnia, by umieć wyplenić zły nawyk. Nad radzeniem sobie z nerwami i usztywnieniem, które te nerwy wywołują. Czasem ta praca była spokojna i równa, a czasem była stresująca i opierała się na przekraczaniu mojej własnej granicy, na dociskaniu mnie z moim stresem i emocjami do maksimum. Po takich treningach wracałam do domu wyjątkowo sfrustrowana i zła na sama siebie, ale gdzieś tam w szerszej perspektywie to właśnie one pozwoliły mi w miarę zapanować nad swoją głową i przezwyciężyć emocje biorące nade mną górę.

DSC_1888

Kolejnym filarem naszej pracy, obok ogarniania mojej głowy i nerwów była praca nad moimi pomocami, sylwetką i dosiadem podczas najazdu. Tu do zrobienia jest wciąż od groma, ale udało nam się dotrzeć przynajmniej do etapu mojej dużo większej świadomości podczas skoków. Do samej korekty złych nawyków, spokojnego i precyzyjnego działania pomocami jeszcze bardzo daleko, ale im dłużej pracujemy, tym większą mam świadomość swoich błędów, a to zawsze pierwszy krok do poprawy. W dużej mierze udało mi się zapanować nad moim wcześniejszym wychodzeniem do przeszkody i nerwowymi najazdami na przeszkodę. Tym najazdom wciąż wiele brakuje do ideału, ale staram się panować nad emocjami, spokojnie dojeżdżać i czekać na skok, zamiast podejmować chaotyczne decyzje, wychodzić przed Dużego i usztywniać się w ostatniej chwili. Wciąż pracujemy nad moim zakleszczaniem kolan, nad dobrą pracą dosiadu i precyzyjnym, korygującym działaniem łydek przy najeździe. No i nad samym skokiem. Tu problemów jest sporo i korekta jest zawsze najtrudniejsza, bo sam skok trwa ułamki sekund, a zmiennych jest tak wiele, że ciężko o powtarzalność. Niemniej jednak cierpliwie szlifuję i ten aspekt. Z Dużym startowałam z takim nawykiem mocno przesadzonego, przerysowanego działania podczas skoku, miałam tendencję do wychodzenia do przeszkody zbyt wcześnie i do robienia zbyt dużego półsiadu, kompletnie nieproporcjonalnego do wysokości przeszkody. Ten nawyk przynajmniej częściowo udało mi się zwalczyć. Jak zwykle jednak rozwiązanie jednego problemu ujawniło kolejny, a w tym wypadku dwa kolejne. Pierwszy to moje sztywne barki, które w różnych momentach jazdy dają mi się we znaki i wymykają spod mojej kontroli. Nad przeszkodą te sztywne ramiona powodują nienaturalne zgarbienie, obciążają bardziej przód i paraliżują działanie ręki, zaburzając Dużemu równowagę, czyli czynią niezłe spustoszenie. Drugi problem to lędźwia. Lędźwiowy odcinek kręgosłupa dokucza mi falami w zasadzie odkąd intensywniej jeżdżę konno. Jeśli udaje mi się w treningu zlikwidować usztywnienia i napięcia, to dokucza mi mniej, jeśli akurat nie udaje mi się kontrolować tych usztywnień, to odrazu czuję to w kręgosłupie. Ciąża i ponad 20kg, które przytyłam przez 9 miesięcy bycia inkubatorem dołożyły swoje do tego problemu, a i noszenie małego człowieka ( i to tylko na prawym biodrze!) nie pozostały bez wpływu na sztywność mojego kręgosłupa w odcinku lędźwiowym i jego bolesność. Usztywnienie w tej właśnie części pleców doskonale niestety widać w moim mało elastycznym półsiadzie nad przeszkodą. To ta sztywność w lędźwiach blokuje mnie i sprawia, że nie dość miękko i precyzyjnie podążam za ruchem Dużego, a on w efekcie gubi równowagę, zrzuca drągi i nie pracuje efektywnie. Przy tym wszystkim sama świadomość błędu jest dla mnie ogromną różnicą w moim własnym jeździectwie i w mojej współpracy z Dużym. Weszliśmy na poziom wspólnego szlifowania problemów i poprawiania błędów, pracy nad sobą i szukania sposobu rozwiązania kolejnych trudności, a nie chaotycznej walki o to, by za wszelką cenę znaleźć się po drugiej stronie przeszkody.

DSC_1883

To spokojne szlifowanie to w praktyce bardzo różnorodna praca na przeszkodach, którą serwuje nam Grzegorz dwa razy w tygodniu. Skoki na kole, pojedyncze przeszkody, zmagania z okserem, totalnie i z wzajemnością znienawidzone przeze mnie skoki-wyskoki, szeregi, linie, przeróżne najazdy i kombinacje. Ta różnorodność i mnogość małych treningowych celów, ale też stopniowe dokręcanie śruby i podnoszenie wymagań, szczególnie tych wobec mnie, pomagają nam się z Dużym zgrać, wspólnie gimnastykować, a mnie zapanować nad nerwami i pracować nad błędami, o których pisałam wcześniej. Nasza praca na płaskim, ta samodzielna i ta pod okiem Trenera też skierowana jest na skoki i w szerszej perspektywie ma służyć poprawie naszego radzenia sobie na przeszkodach. I tak staramy się otwierać Dużego w galopie, pracować nad dobrym rytmem w tym chodzie. Jeżdżę wiec sporo w półsiadzie, luźno, do przodu, na okrągłej szyi. Ćwiczymy przejścia w obrębie tego chodu, bo to dodania i skrócenia przydają się później w najazdach na przeszkodę. Kręcimy duże i małe koła, żeby Elbrus się wyginał i uruchamiał grzbiet i dużo się gimnastykujemy. Podczas moich samodzielnych jazd staram się przynajmniej raz w tygodniu urządzać sobie jazdę z większą ilością pracy na drągach. Z Dużym skaczę tylko pod okiem Grzegorza, bo wciąż mam poczucie, że samodzielnie mogłabym więcej zepsuć niż naprawić, ale jest sporo takich elementów pracy na przeszkodach, nad którymi chciałabym móc pracować też samodzielnie, żeby trochę przyspieszyć proces. Jazda na drągach do pewnego stopnia na to właśnie pozwala. Jest dla mnie dobrym ćwiczeniem „na sucho” na radzenie sobie z zepsutym najazdem czy skokiem i spokojne jechanie dalej, skupianie się na kolejnej „przeszkodzie”, nawet jeśli poprzednią totalnie zmaściłam. Pozwala ćwiczyć równe dojeżdżanie do przeszkody czy w tym wypadku drąga i korygować kładzenie się Dużego na lewej łydce przy najazdach. Od pewnego czasu staram się też raz w tygodniu, o ile udaje mi się to zgrać z naszym tygodniowym rozkładem jazdy – ustawiać Dużemu korytarz. Skoki luzem to bardzo uniwersalny element treningu konia skokowego, taki który pozwala nabrać równowagi, uczy konia techniki, rytmicznego galopowania do przeszkody i dobrego mierzenia odskoku. A przy tym jest to sposób na radzenie sobie z odmowami, który pozwala koniowi nabrać pewności siebie. Duży fajnie sobie radzi w tym ćwiczeniem i przy wielu treningowych zaletach jest to zwyczajnie dobre urozmaicenie monotonnej pracy szczególnie w sezonie halowym, kiedy wypadają nam z grafiku choćby wyjazdy w teren czy luźne jazdy na zewnętrznym placu.

DSC_1918

Efekty tej spokojnej, codziennej pracy powoli już widać, bo chociaż do zrobienia i poprawy jest jeszcze masa, to widzę ogromną różnicę na przestrzeni ostatnich tygodni, szczególnie u Dużego, który przede wszystkim zaczął skakać, a nie odmawiać. To wciąż jest ten sam koń, który nigdy nie będzie za mnie odwalał mojej roboty, ale mam poczucie, że im dłużej się znamy, im bardziej się docieramy, tym bardziej mogę na nim polegać.

DSC_1023

Sytuacji takich jak ta mamy coraz mniej, żeby nie powiedzieć, że wcale. Duży jeśli odmawia, to zwykle z powodu mojego błędu i to przez spłynięcie przed skokiem, a nie zatrzymanie, a z dwojga złego to dużo lepsza opcja.

DSC_1880

A coraz więcej mamy takich sytuacji, kiedy mimo mojego błędu, Duży decyduje się mnie wyratować z opresji i skoczyć, nawet jeśli szans na czyste pokonanie przeszkody nie ma żadnych. Jeśli tylko ja, mimo kiepskiego najazdu, nie panikuję, tylko spokojnie i pewnie dojeżdżam.

Wciąż pracujemy nad tym, żeby wyeliminować moje błędy – sztywność barków i lędźwi, brak elastyczności w skoku, kiepskie i mało precyzyjne działanie łydek podczas najazdu, ogólny paraliż i nerwy, które nie pozwalają mi na spokojny najazd na następną przeszkodę, ale też taką najzwyklejszą w świecie bezmyślność, która niestety wciąż mi się zdarza. Pracujemy też nad Elbrusem, nad jego wypłaszczaniem się, nad zrzutkami, które są spowodowane jego brakiem uważności czy niepewnością. Pracujemy nad jego nabraniem doświadczenia, elastycznością, nad tym by zaczął pracować zadem i grzbietem, by nabrał siły i pewności siebie. To wciąż ogrom problemów do rozwiązania i sporo wyzwań, ale mam poczucie, że wreszcie zaczęliśmy ze sobą współgrać pomimo, wielu błędów i trudności. A po miesiącach niepewności i walki o samo znalezienie się po drugiej stronie przeszkody, czuję, że trochę jestem w domu i że zaczynamy ze sobą tak zupełnie zwyczajnie współpracować. Zdarzają nam się lepsze i gorsze treningi, ale nawet po tych gorszych wracam do domu z poczuciem, że wyniosłam z nich kolejną naukę i w ogólnym rozrachunku mam wrażenie, że jesteśmy na naprawdę dobrej fali. Mogę sobie tylko życzyć, żeby ta fala niosła nas dalej jak najdłużej.

DSC_1889

Dodaj komentarz