Tygodniowy Plan

DSC_2544

Przez ostatnie tygodnie pracy wyklarował nam się z Dużym całkiem konkretny tygodniowy harmonogram pracy. Im dłużej pracujemy w tym określonym rytmie, tym wyraźniej widzę efekty tego nieco bardziej rygorystycznego podejścia do realizowania tygodniowego planu niż miałam w zwyczaju z Fabsem. U Dużego ta regularność przynosi efekty i sprawia, że treningi, na których zależy mi by były możliwie najintensywniejsze i najbardziej merytoryczne, takie właśnie są. A że ja sama też dobrze się czuję w określonych ryzach, które dają mi jednak sporą dozę treningowej wolności, a przy tym zapewniają urozmaicenie, to tym chętniej funkcjonuję w tym rytmie.

DSC_2698

To jak wygląda nasz tydzień? Podstawowym wyznacznikiem są oczywiście treningi, które są najbardziej stałym punktem naszego kalendarza. Z Trenerem jeździmy dwa razy w tygodniu, w godzinach mocno porannych, więc mogę cieszyć się komfortem jazdy w kameralnych warunkach pustej czy prawie pustej hali. Te jazdy to zawsze najbardziej skondensowane i najintensywniejsze godziny naszej pracy w całym tygodniu. To czas na szlifowanie, na bardzo zróżnicowaną pracę na płaskim i na przeszkodach, na ćwiczenia, których sama nie kazałabym sobie robić, ale na szczęście mam z ziemi kogoś, kto nie przejmuje się moimi zakwasami, marudzeniem i preferencjami, z kim jeżdżę nie tylko to, co lubię, ale przede wszystkim to, co sprawia, że małymi krokami idziemy z Dużym do przodu. Ale oczywiście przede wszystkim jest to czas na skoki. Z różnych względów skaczemy tylko pod okiem Grzegorza – żeby niczego nie zepsuć moją błędną oceną sytuacji i głupimi błędami, żeby przypadkiem nie wpędzić nas w kryzys, ale przede wszystkim dlatego, że w perspektywie ostatniego pół roku widzę efekty pracy w takim modelu. Treningi to więc przede wszystkim intensywna i bardzo różnorodna praca na przeszkodach. Czasem oprócz standardowych dwóch treningów wpada nam trzeci, zwykle w okolicy weekendu, co trochę przestawia nam tygodniowy kalendarz, ale też zwykle mocno popycha naszą pracę do przodu, bo każdy trening to dla mnie spora dawka wiedzy.

DSC_2667

Do tego dwa razy w tygodniu Duży pracuje na lonży. Dotychczas nie byłam wielbicielką lonżowania, przyznaję się do tego bez bicia. Pewnie przyczynił się do tego fakt, że jeszcze w poprzedniej stajni praca z Fabianiem na lonży na otwartej przestrzeni to była raczej partyzantka. Nie raz i nie dwa zdarzało się, że Fabian orbitował na końcu lonży i brał udział w festiwalu wesołych akrobacji, a ja zapierając się całym ciężarem ciała próbowałam nie odfrunąć razem z nim. W Santosie oczywiście warunku do lonżowania są inne, a i Elbrus jest nieco innym koniem niż Fabs. Niemniej jednak brak entuzjazmu wobec tej formy pracy pozostał. Kiedy więc usłyszałam od Trenera, że mam Elbrusa lonżować dwa razy w tygodniu, to nie byłam przesadnie zachwycona, ale nauczona doświadczeniem z realizacji jego dotychczasowych pomysłów, które początkowo budziły moją wątpliwość, a ostatecznie przynosiły świetne rezultaty, bez marudzenia wprowadziłam plan lonżowania w życie. W oba dni Duży pracuje na lonży na czambonie i jest to raczej intensywna praca, a już zdecydowanie intensywna w porównaniu z modelem lonżowania, który realizowałam dotychczas. To mocno skondensowane ćwiczenia na drągach, z dużą ilością przejść, sporo galopu i gimnastyki. Raz  w tygodniu na koniec tej pracy dochodzą jeszcze nieduże skoki, oczywiście już bez czambonu.

IMG_0645

Dwa dni jeździmy z Duzym sami. To przede wszystkim czas dla mnie na przetrawienie przeróżnych małych i dużych uwag Grzegorza, na skupienie się na poprawieniu różnych swoich błędów, nad którymi aktualnie pracujemy czy samodzielne odtworzenie dobrych momentów z treningów. To praca nad utrwalaniem i uzupełnianiem tego, co wypracujemy na treningach i też nad moją samodzielnością, umiejętnością oceny sytuacji i dobrej korekty w siodle, zarówno swoich błędów, jak i błędów Dużego. Jako że skaczemy z Elbrusem tylko pod okiem Grzegorza, nasze samodzielne jazdy to wyłącznie płaska praca, ale nie nudzimy się. Sporo pracujemy na drągach w przeróżnych konfiguracjach, bo ta praca do pewnego stopnia odzwierciedla pracę na przeszkodach i pomaga „na sucho” analizować i korygować sytuacje, z którymi borykamy się później na treningach. W dużej mierze wymiar i kierunek naszych samodzielnych jazd definiują treningi. Na bieżąco pojawiają się kolejne tematy, które mogę probować szlifować jeżdżąc samodzielnie. I tak na przykład teraz sporo z Elbrusem pracujemy nad dobry galopem i ta praca faktycznie przekłada się później na same skoki. Nasze samodzielne jazdy to też sporo przejść, gimnastyki, a przede wszystkim szlifowania mojej sylwetki, pilnowania notorycznie popełnianych błędów – spinania barków, zakleszczania kolan, wstrzymywania oddechu. To taki czas, kiedy mogę na spokojnie sama spróbować się zmierzyć z tymi wszystkimi swoimi nawykami, o których wiem już z treningów, że rozkładają nam później pracę na przeszkodach i naszą szeroko pojętą komunikację.

DSC_2463

I na koniec jeden dzień w tygodniu Duży ma oczywiście wolny, byczy się wtedy na padoku, wysłodki dostaje zupełnie „za darmo” bez żadnego treningu i generalnie odpoczywa od mojej osoby. Zwykle staram się tak wycelować, żeby dzień wolny wypadał nam w weekend. Zależy mi na tym z kilku powodów –  w tygodniu jeżdżę wcześnie rano i mam do dyspozycji całą halę, ewentualnie towarzystwo jednego konia, z którym ani trochę sobie nie przeszkadzamy, w weekendy staram się nieco odespać moje wczesne pobudki i nie zrywać się świtem bladym i też zwyczajnie spędzić rodzinny, leniwy poranek, w efekcie na hali ląduję w godzinach sporego obłożenia i raczej tłumów. O ile jeden dzień pracy w takich warunkach całkiem dobrze robi mi na głowę i jest takim przypomnieniem, że nie zawsze jeździ się w warunkach idealnych, to już dwa dni mojej samodzielnej pracy w tłumie i jeszcze w towarzystwie jednego czy dwóch treningów i kilku koni akurat skaczących, to trochę za dużo. Kwestię wyboru naszego dnia wolnego dodatkowo komplikuje fakt, że Duży po dniu lenistwa jest gorszy, bardziej rozlazły, dłużej zajmuje mi bujnięcie go i w ogólnym rozrachunku nieco gorzej pracuje. Jest więc raczej niewskazane, żeby dzień wolny wypadał nam przed treningiem, bo wiem, że będzie zawsze rezonował na naszą pracę w tym dniu, na którym zależy mi przecież, żeby był jak najbardziej efektywny. Jeśli żaden dodatkowy czynnik nie zaburzy naszego standardowego planu, to Duży zwykle wypoczywa w niedzielę, a w poniedziałek pracuje na lonży, co jest układem idealnym, ale w ostatnim czasie ten idealny układ stosunkowo często burzą nam różne nieprzewidziane zmiany harmonogramu. Czasem wpada nam dodatkowy trzeci trening w tygodniu – bo mamy z Duzym kryzys i cisnę, żeby z tego kryzysu wyjść i nie popaść w depresję, albo wręcz przeciwnie niesie nas pozytywna fala i jest okazja, żeby ją wykorzystać, albo tak jak teraz dostanę od Męża w prezencie walentynkowym dodatkowe treningi (dokładnie, Mąż dobrze wie, jakie prezenty sprawiają najwięcej radości!). Czasem w weekend albo w tygodniu wypadają mi jakieś pozajeździeckie zobowiązania, które rzutują na nasz harmonogram i muszę się z tym wolnym dniem bardziej gimnastykować. Taka zmiana często rzutuje na układ i konfigurację kolejnych dni, ale ostatecznie ich ilość i stosunek zwykle się zgadzają i ostatecznie treningi, samodzielna praca, lonża i dzień wolny tworzą spójną i sensowną całość.

W sezonie wiosenno letnim, chciałabym, żebyśmy z Elbrusem raz w tygodniu jeździli w teren, podobnie jak to robiliśmy z Fabianem, a z końcem lata i początkiem jesieni też z Dużym. Taki spacer jest absolutnie nieocenionym elementem zrównoważonego planu treningowego. Daje chwilę wytchnienia od żmudnego szlifowania na ujeżdżalni czy hali. Umożliwia przyjemną dla obu stron pracę nad galopem, tak bardzo przecież ważną w przypadku Elbrusa. Buduje relację pomiędzy jeźdźcem a koniem, oswaja przeróżne straszydła i wzmacnia pewność siebie u konia. Pewnie na bieżąco okaże się, jak te cotygodniowe wyjazdy w teren wpiszą się w nasz harmonogram, czy zajmą miejsce jednego w dni spędzanych na lonży czy na naszej samodzielnej pracy, ale z całą pewnością znajdzie się dla nich miejsce, bo już teraz z utęsknieniem czekam na wiosnę i na poranne wypady do lasu.

IMG_3240

To chyba najbardziej sztywny i określony rytm pracy z koniem, w jakim funkcjonowałam, ale, co ciekawe, nie mam poczucia, żeby mnie wiązał czy ograniczał. Wręcz przeciwnie mam wrażenie, że dzięki niemu, nasza praca z Dużym jest zrównoważona i pełna. Nie ma czasu i miejsca na snucie się, na lenistwo, na bezmyślne włóczenie się po hali, a każdy dzień jest małą cegiełką w naszym rozwoju i naszej współpracy. A co najważniejsze z każdym tygodniem widzę efekty tego rytmu i pierwszy raz mam poczucie, że faktycznie realizuję sensowny plan na rozwój i szkolenie moje własne i mojego konia, a przy tym nie tracę codziennej radości i przyjemności z jeździectwa.

DSC_2564

Dodaj komentarz