Treningowa rutyna

galopem_10626

Przeprowadzka do Santosa czyli do stajni z halą, a nawet dwiema, lonżownikiem i trzema ujeżdżalniami o przyzwoitej nawierzchni w zupełności uniezależniła nas z Siwym od kapryśnej pogody. Mój dzień nie zaczyna się już od wyglądania przez okno i telefonów z pytaniami w stylu u Ciebie pada? to jak? jeździmy? Bez względu na to, czy akurat pada, wieje, jest upalnie lub mokro, mogę jechać do stajni i potrenować w tym czy innym miejscu, w którym akurat warunki atmosferyczne nie będą mi wchodzić w paradę. Równolegle z przeprowadzką wypracowaliśmy też z moim mężem układ pozwalający mi na spokojne jazdy bez Lilki pod opieką, a przy tym niekolidujący z obowiązkami zawodowymi Michała. Wiąże się to niestety z wczesnymi pobudkami, ale równocześnie gwarantuje mi idealne warunki do pracy z Fabianem. Wprawdzie zdarza mi się również jeździć do stajni i popołudniami po pracy Michała, ale zwykle wstaję o 5:30, szybko się ogarniam, wychodzę z psami i jadę do stajni, o 8:30 melduję się z powrotem w domu, przejmując tym samym Lilkę od Michała, który może uciekać do pracy. Brzmi ciężko i sporo osób puka się w czoło słysząc, że dobrowolnie wstaję o tej porze, zamiast korzystać z możliwości wyspania się, ale to naprawdę jest dobry układ. Nie ukrywam, że początkowo trudno było mi się przyzwyczaić do wczesnych pobudek, a do dzisiaj sam moment opuszczenia łóżka jest bolesny, ale mając do wyboru stajnię lub sen, nie zastanawiam się długo, tylko wstaję i biegnę się zbierać. Poranne jazdy mają zresztą swoje zalety – omijam popołudniowe tłumy, zwykle jeżdżę sama ewentualnie w towarzystwie jednego konia, bez względu na to czy zdecyduję się na jazdę na hali, czy na którejś z zewnętrznych ujeżdżalni. Nie doskwierają nam z Siwym upały, bo o 7 rano nawet w najcieplejsze dni jest znośnie. A poza stricte praktycznymi względami, jest jeszcze jeden powód, dla którego lubię moje poranne wizyty w stajni – zwyczajnie nie ma lepszego sposobu na rozpoczęcie dnia niż porządnie się zmęczyć na dzień dobry i to nie byle jak, tylko w siodle, a potem wrócić do domu i wypić gorącą kawę. Ta poranna kawa warta jest nawet morderczych pobudek.

galopem_10637

Dzięki porannym wizytom w stajni i dostępowi do hali, jakoś tak zupełnie samoistnie powstał mój tygodniowy plan pracy. Nie jest to sztywny, przemyślany i wypracowany harmonogram tylko efekt pewnej rutyny i powtarzalności, która sama pojawiła się na przestrzeni kolejnych tygodni od przeprowadzki. Przede wszystkim mój jeździecki tydzień zaczyna się w czwartek. Czwartek to dzień jazdy z trenerem czyli najintensywniejsza godzina w tygodniu zarówno kondycyjnie, jak i pod względem nabywania wiedzy czy poszerzania moich jeździeckich horyzontów. Czwartek to też dzień szlifowania, poprawiania błędów i nadawania kierunku mojej pracy na cały tydzień. Po treningu z Grześkiem mam w głowie pomysły na samodzielne jazdy i problemy, na których mogę skupić się pracując z Fabianem sama na wszystkie pozostałe dni tygodnia. Czwartek to też najbardziej stały punkt mojego tygodniowego harmonogramu i chociaż pozostałych dni tygodnia nie mam tak sztywno zaplanowanych, a poszczególne tematy realizuję w często w różne dni tygodnia, to pozostaje pewna prawidłowość.

DSC_7336

I tak sobota i niedziela to zwykle czas płaskiej pracy. Po czwartkowym intensywnym szlifowaniu skoków i piątkowej jeździe staram się dać Siwemu odpocząć od tematu skoków, a przy tym skupić się na naszej komunikacji, na swoim dosiadzie i sylwetce w siodle, ale też na tym, by Fabs pracował grzbietem, luźno i elastycznie, by się wyginał i szedł od zadu, a nad tym wszystkim najlepiej pracuje się na płaskim. Dodatkowo już czysto prozaicznie – w weekendy zwykle pozwalam sobie na dłuższe pospanie, sobotnie i niedzielne poranki to czas dla mojej rodziny, czas na wylegiwanie się w łóżku do późna (z dwulatką to znaczy do jakiejś 8:30), na jajecznicę albo gofry na śniadanie i kawę pitą na balkonie w piżamie. To poranne lenistwo zwykle wiąże się z wizytą w stajni w godzinach większego obłożenia hali czy ujeżdżalni i chociaż skakać można zawsze, to ja nie lubię tłoku, sama obecność innych koni mnie stresuje, więc wolę w takich warunkach skupić się na płaskiej pracy.

DSC_7375

Zwykle jeden z weekendowych dni poświęcam na edukację Fabsa, przyzwyczajanie do pracy w najróżniejszych warunkach i walkę z jego wydziwianiem, które stanowczo zbyt długo tolerowałam, a które pogłębiają nasze poranne jazdy w tygodniu w idealnych, sterylnych warunkach. Celowo wybieram więc w któryś dzień weekendu mocno obleganą ujeżdżalnię, z której mamy widok na stajnie, konie idące na trening i wyjeżdżające w teren, parkujące samochody, dzieci czekające na przejażdżkę na hucule, jeźdźców rekreacyjnych szykujących się na jazdę, stajennych, konie na lonżowniku, psy, a w roli wisienki na torcie ekipę dzieci biegających z balonikami z organizowanych w naszej stajni urodzin. To trochę terapia szokowa, ale podczas tych jazd nie wymagam od Fabsa niczego szczególnego, proponuję ćwiczenia, które lubi i które wychodzą nam dobrze, a moim celem jest tylko to, żebyśmy oboje pracowali w skupieniu i nie tracili głowy z powodu kolejnej atrakcji pojawiającej się na horyzoncie.

W pozostałe dni tygodnia podczas naszych samodzielnych porannych jazd  w zależności od aktualnych potrzeb albo dalej szlifujemy na płaskim, albo skaczemy próbując przetworzyć i przećwiczyć tematy, nad którymi pracowaliśmy na poprzednim treningu z Grześkiem. Staram się przeplatać i urozmaicać naszej jazdy, niekiedy pracując więcej na drągach i/lub małych przeszkodach, żeby Fabsa gimnastykować i ćwiczyć nasze lądowania na dobrą nogę, kiedy indziej ustawiając pojedynczą przeszkodę, prostą kombinację, ćwicząc najazdy na kołach, na zmiany nogi, krótkie albo długie najazdy. Te nasze samodzielne skoki wyglądają bardzo rozmaicie i nie ukrywam, że często plan na daną jazdę nie wynika z moich odgórnych założeń, ale też ograniczeń czasowych – kiedy jeżdżę sama, muszę też sama wystawić sobie przeszkody, a potem je sprzątnąć, a przy moim napiętym porannym harmonogramie, każde 15 minut jest na wagę złota. Niekiedy o ilości przeszkód i w efekcie też temacie naszej skokowej pracy decyduje bardzo prozaicznie zegar.

galopem_10668

Od kilku tygodni staram się też jeździć z Fabsem w teren. Położenie naszej stajni jest wprost idealne do wycieczek i głupio byłoby nie skorzystać z faktu, że bezpośrednio za pastwiskami mamy wjazd do lasu, a w lesie wąskie i szerokie ścieżki, pagórki, rzeczkę, wielkie łąki, mnogość tras, podłoży i możliwości. O naszych wyprawach w teren na pewno napiszę jeszcze osobno, bo z każdym wyjściem do lasu odkrywam jak ważna i wartościowa jest taka właśnie forma treningu, a przy tym jaką przyjemność sprawia to zarówno mnie, jak i Siwemu. To nie tylko sposób na zrelaksowanie czy urozmaicenie monotonnych jazd na hali czy ujeżdżalni, ale ważny element w zrównoważonym treningu. A przy tym wszystkim wielka frajda, na nasz cotygodniowy teren czekam z podobną niecierpliwością jak na czwartkowy trening i z podobnym entuzjazmem zrywam się z łóżka mimo ekstremalnej pory.

18698085_668676729998763_5917319643815166122_n

Jeden dzień w tygodniu Fabs ma obowiązkowo wolny, ale że ten nasz plan to nie żaden ścisły harmonogram, to niekiedy wpada nam dodatkowy dzień luzu albo dwa, bo przy prowadzeniu własnej firmy i byciu mamą dwulatki takie sytuacje nagłej zmiany planów się zdarzają. Nie czuję się przy tym naszą tygodniową rutyną w żaden sposób uwiązana, nie realizuję poszczególnych punktów, tylko cieszę się jazdą i postępami, które oboje robimy, a ten rytm pracy przyszedł naturalnie jako efekt mojej próby spojrzenia na nas z Fabsem z szerszej perspektywy i podejścia do naszej wspólnej pracy w zrównoważony sposób, a przy tym zachowania luzu i radości z jazdy. Jak narazie się udaje i czerpię z tego garściami!

 

 

Dodaj komentarz