Szybkie podsumowanie

DSC_6094

Od ostatniej relacji z konsultacji z Małgorzatą Morsztyn sporo się działo, ale czasu na pisanie było tyle co nic i w efekcie zrobiły mi się na blogu spore zaległości. Czas na szybkie podsumowanie ostatnich tygodni. Po konsultacjach próbowałam pozbierać wszystkie wrażenia, doświadczenia i wnioski, ułożyć je w głowie i przełożyć na codzienne treningi. To jest chyba najtrudniejszy moment. Szkolenie, nawet najbardziej intensywne i poszerzające horyzonty niewiele jest warte, jeśli nie przełoży się później na dalszą pracę. Podobnie zawody, które są przecież rodzajem testu, mają największą wartość, jeśli wyciągnie się z nich wnioski i wdroży w kolejne treningi. Szkolenie z Małgorzatą Morsztyn koncentrowało się oczywiście na płaskiej pracy, ale takiej, która w dalszej perspektywie powinna przełożyć się pozytywnie i na skoki. Samo utrzymanie stanu rzeczy z konsultacji było trudne, w końcu każda zmiana w siodle jest sporym wyzwaniem, tak diametralna jest wyzwaniem z gatunku ogromnych i bardzo angażujących, ale motywacja była silna, bo przy koncentracji na rozluźnieniu i ruchu naprzód po prostu fantastycznie mi się jeździło. Ale utrzymanie stanu rzeczy to jedno, a przeniesienie go na skoki to zupełnie inna historia.

DSC_6038-kopia

Pod okiem Grzegorza od pierwszych skoków po konsultacjach pracowałam nad tym, by nie przechodzić w tryb zakleszczania się kolanami jak tylko pojawi mi się na horyzoncie kawaletka, tylko wciąż siedzieć luźno, w równowadze, bez przeprostu i przesadnego odchylenia i koncentrować się na dobrym tempie, żeby moim celem do samego końca był dobry galop, a nie sam skok. Pierwszy trening na przeszkodach w tej nowej równowadze był swego rodzaju testem, co więcej pogoda wówczas jeszcze sprzyjała i skakaliśmy na zewnętrznym placu pracując przy okazji nad pokonywaniem przeróżnych straszaków. Mimo powiewających na okserach i stacjonacie kolorowych kocyków i banerów Duży skakał po prostu fantastycznie. Po kilku takich treningach skokowych nabrałam wiatru w skrzydła i czułam, że znaleźliśmy jakiś kolejny mały-wielki dotychczas brakujący element w naszej współpracy.

DSC_5953

Wiadomo, że w jeździectwie nic nie idzie prosto i linearnie, więc pomiędzy konsultacjami a listopadowymi zawodami w Michałowicach zaliczyliśmy z Dużym mały kryzys. Kryzysy są wpisane w treningi jako takie. Zwyczajnie nie da się utrzymać stałej tendencji wzrostowej, kiedy ma się do czynienia z dwiema żywymi istotami, które mogą mieć gorszy dzień, gorszą formę, być mniej skoncentrowane, ale zwyczajnie gorzej zgrane. Mam tego świadomość, a mimo to ten kryzys trochę mnie wybił i zestresował przed zawodami. Lubię przed startami być na dobrej fali, mieć dobry ostatni trening, a tym razem zamiast spokojnych i luźnych skoków miałam przed zawodami kryzys, płacz i zgrzytanie zębami. Szczęśliwie na miejscu Duży zachowywał się jak na gentlemana przystało. Po tym jak bez ceregieli wsiadł do przyczepy, spokojnie rozpakowaliśmy się na miejscu, a kiedy poszliśmy pojeździć na hali, na której mieliśmy przez kolejne trzy dni startować, Duży zachowywał się jakby całe życie stał w Michałowicach. Nic nie robiło na nim wrażenia, był luźny, jezdny i chętny, co w dużej mierze wyleczyło mnie ze stresu związanego z ostatnim kiepskim treningiem w domu.

IMG_1502

Fot.: Paulina Połeć

To były nasze pierwsze wspólne starty na hali, a że Elbrus, jak wiele koni, dużo lepiej pracuje na zewnętrznym placu niż w zamkniętej przestrzeni, to dodatkowo trochę mnie to stresowało. Nieduża i tłoczna rozprężalnia nie ułatwiała sytuacji, Elbrus w takim tłoku napina się i usztywnia, a jego nerwy przekładają się na moje. W piątek i sobotę jechaliśmy konkursy 80cm i L, w oba dni zaliczyliśmy po jednej zrzutce w 80cm i po dwie w L. Błędy były po części moją winą, po części były spowodowane nieuwagą czy zagapieniem Dużego. Mimo braku czystych przejazdów cieszyłam się z tego, że udało nam się zachować dobre tempo, a nad tym ostatnio sporo pracowaliśmy i tego brakowało nam na poprzednich zawodach. W gruncie rzeczy cieszyłam się też z piątkowej zrzutki w linii, którą miałam pojechać na siedem fouli a w przypływie ułańskiej fantazji i niepohamowanego entuzjazmu postanowiłam rozjechać na sześć. Oczywiście ta bezmyślna samowolka z mojej strony kosztowała mnie burę od Trenera i zrzutkę, która z perspektywy czasu wydaje mi się więcej niż oczywista, ale cieszę się z niej o tyle, że Duży mimo absurdalności mojego pomysłu, by zdjąć te pół fouli, które w wyniku mojej próby rozjechania linii na sześć zostało nam do przeszkody, skoczył wtedy, kiedy o to poprosiłam. A sporo ostatnio pracowaliśmy nad tym, by Duży faktycznie mnie słuchał w najazdach i skakał tak, jak zdecyduję i w miejscu, które podyktuję, szczególnie w sytuacjach, gdy odskok nie pasuje, najazd jest trudny i ciasny. Tym razem ten niepasujący odskok spowodowałam sama swoim spontanicznym i bezmyślnym pomysłem, ale w krytycznym momencie pod przeszkodą Elbrus zrobił to, co powinien, czyli posłuchał i skoczył wtedy, kiedy o to poprosiłam.

IMG_1499

Fot.: Paulina Połeć

W niedzielę już na rozprężalni czułam, że oboje z Dużym się stresujemy. Elbrus był sztywny i niechętny, ja w efekcie się napięłam. Na parkurze wydawało mi się, że wyłączyłam stres z rozprężalni. Zwykle najbardziej denerwuję się właśnie na rozprężalni, ale po usłyszeniu dzwonka przechodzę w innym tryb. Nie tym razem. Duży odmówił do pierwszej przeszkody, a mnie zabrakło spokoju i tych kilku wydechów, żeby opanować sytuację, które pozwoliły mi ogarnąć się ostatnio w Swoszowicach. Tak naprawdę nie stało się nic strasznego, przeszkoda nie była trudna, najazd nie był ciasny. Nerwy wzięły górę nad obojgiem z nas. Szkoda, że w niedzielę mogliśmy startować tylko raz i nie miałam szansy tego przejazdu poprawić. Tak bywa.

IMG_1435-kopia

Fot.: Paulina Połeć

Wróciłam do domu z jakimś niedosytem, ale też z poczuciem, że wiem, co udało się przepracować – lepsze tempo, moją decyzyjność w krytycznych sytuacjach, a nad czym muszę pracować – napięciem, zakleszczaniem się i koncentracją. W efekcie postanowiliśmy z Trenerem zrezygnować z reszty planów do końca roku – grudniowych startów i listopadowej odznaki, nieco przerzedzić kalendarz i dać sobie czas na spokojne poprawienie tych błędów, zamiast łatać je na szybko przed kolejnym wyzwaniem. W ostatnim czasie koncentrujemy się nad tymi moimi brakami, które pokazały zarówno konsultacje z Małgorzatą Morsztyn, jak i listopadowe zawody, a więc nad spokojnym rytmicznym galopowaniem do przeszkody i dobrym, elastycznym dosiadem, bez ciśnięcia w dystansie i zakleszczania się na prostej przed skokiem. Duży jest bardzo czuły na moje zakleszczanie, to koń, na którym po prostu trzeba dobrze siedzieć, więc jasno i czytelnie pokazuje, kiedy udaje mi się rozluźnić nogi, otworzyć miednicę i działać miękko i elastycznie, a kiedy któryś z tych elementów gubię, napinam się w lędźwiach i zamykam uda, bo to błyskawicznie przekłada się na jego napięcie w łopatkach, krótszy wykrok i usztywnienie. Powoli i spokojnie staram się więc, korzystając z jego czujności i wrażliwości, te błędy przepracować.

IMG_1441

Fot.: Paulina Połeć

Dodaj komentarz