Straszne deski

DSC_5854

Po ostatnich zawodach w Swoszowicach wróciłam do domu z masą refleksji na temat naszej wspólnej pracy z Dużym. Krwiak, którego Elbrus nabił sobie dwa dni po powrocie do stajni nieco opóźnił nasze mierzenie się z tymi przemyśleniami w praktyce i wdrażanie nowych pomysłów w życie. Na szczęście problemy z nogą udało się stosunkowo szybko rozwiązać i po dwóch tygodniach wolnego Duży zaczął się spokojnie wdrażać do pracy, a to oznacza również powrót do wniosków wyciągniętych z ostatnich zawodów. Przez te dwa tygodnie przerwy od jazdy miałam czas, żeby poukładać sobie w głowie na spokojnie wszystkie wrażenia z ostatnich startów i przemyśleć, nad czym właściwie powinniśmy się skupić, kiedy wrócimy do pracy. Ostatecznie wszystkie wnioski z zawodów w Swoszowicach sprowadzały się do trzech punktów – kwestii białych desek, przez które zaliczyliśmy ostatnio eliminacje, mocniejszego tempa na parkurze i oczywiście mojej głowy. Tym razem będzie o białych deskach.

3-kopia

Z tych wszystkich tematów najbardziej widowiskowym, ale i najprostszym do przepracowania jest z całą pewnością właśnie problem z nieszczęsnymi deskami. Duży wprawdzie, jak wiadomo, nie jest koniem, który skacze wszystko i jest raczej typem umiarkowanie pewnym siebie w konfrontacji z wszelkimi straszakami, ale na zawodach naprawdę się stara i jest bardzo dzielny. Przez wszystkie nasze dotychczasowe wyjazdy pewnie atakował przeróżne kombinacje i przeszkody, nawet te, które wielu jeźdźcom sprawiały problemy i były wyjątkowo „przerażające”. Nie wahał się przy mocno zabudowanych okserach, przy beczkach, przy przeszkodach, od których odbijało się światło, kolorowych i zaskakujących. Skakał wszystkie. Wszystkie, oprócz białych desek. Jeszcze przed ostatnimi Swoszowicami mieliśmy kilkakrotnie problemy z pokonaniem przeszkód mocno zabudowanych w jasnych kolorach, ale na ostatnich zawodach osiągnęliśmy apogeum zaliczając eliminację z powodu tych przeklętych białych desek. Trudno tak naprawdę sprecyzować, co Dużego tak przeraża w tych jasnych deskach, może chodzi o odbijające się światło, a może o to, że mocno zabudowana jasna przeszkoda zlewa mu się z podłożem i nie umie jej właściwie ocenić. Tak naprawdę nie ma to większego znaczenia, koniec końców chodzi przecież o to, żebyśmy z Elbrusem osiągnęli taki poziom współpracy na parkurze, by czuł się pewnie ze mną w siodle atakując nawet takie przeszkody, które go dziwią i budzą jego niepokój. Nie da się przewidzieć wszystkich straszaków i przygotować konia na wszystkie sytuacje. Wiadomo, że im więcej zaskakujących przeszkód i sytuacji przepracujemy w domu, tym mniej rzeczy zdziwi Dużego na wyjazdach, ale konia, któremu na przeszkodach brakuje pewności siebie, zawsze może coś zaskoczyć, więc ostatecznie całość sprowadza się do zaufania i pewności, jaką da mu jeździec i do jakiejś formy naskakania, dyscypliny konia w pokonywaniu przeszkód bez względu na ich zabudowanie, kolory i ustawienie.

DSC_4782-kopia

Oczywiście pierwszym krokiem po naszym powrocie do treningów i skoków było zmierzenie się z samym elementem, który sprawił nam na ostatnich zawodach problem. Jako że białych desek u nas w stajni brak, to w tej roli wystąpiły białe plandeki przewieszone przez drągi. To rozwiązanie dodawało efektów dźwiękowych podczas skoków i tym bardziej stresowało Dużego. I dobrze, o to właśnie chodziło, żebyśmy zaczęli skakać elementy niepokojące Elbrusa. O dziwo, Duży się spiął, pofukał, ożywił się, ale skakał. Byłam przygotowana na jego ewentualne odmowy, a prawda jest taka, że mnie taka lekka niepewność i stres dobrze robią, w efekcie lepiej się koncentruję, mocniej siedzę i czekam na skok. Gdzieś tam kilka razy Duży minimalnie się zawahał przy odskoku, ale dzięki temu, że dojeżdżałam spokojnie do samej przeszkody i czekałam na odbicie, nie zatrzymał sie ani razu, a nawet tam, gdzie odległość nie pasowała, dzielnie się ratował i skakał.

Osobna sprawa, że naszej eliminacji w Swoszowicach nie spowodowały takie typowe odmowy Dużego – nagły sliding stop przed samą przeszkodą, tylko zawahanie na trzy cztery foule przed skokiem. Duży jakby przestawał galopować, a zaczynał się odbijać i podskakiwać. Na to kompletnie nie byłam przygotowana, co w efekcie przyczyniło się do eliminacji. Na jednym z kolejnych naszych treningów skokowych z przeróżnymi straszakami w roli głównej, Duży szczęśliwie powtórzył ten manewr. Szczęśliwie, bo po pierwsze tym razem nadymał się i odbijał, ale przeszkodę przeskoczyliśmy, a po drugie ta sytuacja pozwoliła mi zrozumieć mój błąd ze Swoszowic. Prawdę mówiąc po tych zawodach dominującym moim wnioskiem było to, że Duży musi się otrzaskać ze skakaniem białych desek, a ja nauczyć się radzić sobie w takich sytuacjach, ale prawdę mówiąc kompletnie nie czułam, co właściwie powinnam poprawić, gdzie popełniłam błąd i co właściwie poza moją większą determinacją sprawiło, że Duży półtorej minuty po zaliczeniu eliminacji na tych przeklętych deskach przejechaliśmy treningowy przejazd na czysto. Powtórka tej sytuacji z zawodów uświadomiła mi, że w dużej mierze przyczyniłam się do naszej eliminacji i pozwoliła dokładnie zobaczyć i poczuć swój błąd. To nadymanie się Elbrusa i podskakiwanie w poszukiwaniu drogi ucieczki na trzy cztery foule przed skokiem, sprawiło, że zaczęłam być przed ruchem Dużego. Niby siedziałam, niby wydawało mi się, że wjeżdżam go do przeszkody, a jednak byłam przed nim. Im bardziej on podskakuje, tym bardziej muszę się wycofać, a że w odpowiedzi na jego panikę na widok białych desek nie skorygowałam swojego dosiadu, nie cofnęłam się, nie obniżyłam środka ciężkości, to w efekcie zostawiłam go przed tymi przerażającymi deskami samemu sobie.

Na naszym własnym podwórku zmagania z wszelkimi straszakami idą nam naprawdę nieźle, Duży po swoim L4 naprawdę chętnie i dobrze skacze. Nieźle się dogadujemy nawet wtedy, kiedy trzeba najechać na okser z białą plandeką, w którą właśnie świeci słońce. Ale wiadomo, że zawody to trochę inna sytuacja, z tym większym spokojem i cierpliwością musimy rzeźbić tę naszą relację, bo wszystkiego co może zaskoczyć i zestresować Elbrusa fizycznie nie jesteśmy w stanie przewidzieć i przepracować w domu. Jedynym sensownym rozwiązaniem tego problemu, pozwalającym uniknąć powtórki ze Swoszowic, jest szlifowanie naszej komunikacji na przeszkodach i moja praca nad sobą. I na tym skupiamy się głównie. Białe deski i straszaki to tylko dodatek, rzecz w tym, żebyśmy nauczyli się skakać dobrze i równo bez względu na to, jak wygląda przeszkoda i gdzie stoi. Na spokojne szlifowanie mamy trochę czasu, bo kolejne zawody dopiero w listopadzie. Mam tylko nadzieję, że eliminacja ze Swoszowic nie przełoży się na mój paraliż na widok białych desek na parkurze przy kolejnych startach. W momencie zawahania czy niepewności Elbrusa, mój spokój i opanowanie są kluczowe. W dużej mierze na takim luzie skaczemy wszystkie straszaki w domu, bo ja mam w głowie odpowiedni balans pomiędzy lekkim stresem i spowodowanym nim skupieniem, a luzem wynikającym z bycia na własnym podwórku, bez presji na rywalizację i wynik, bez onieśmielenia całą oprawą i publicznością. O tym, na ile uda mi się zachować ten balans na zawodach przekonamy się w listopadzie, szczególnie, że kolejne zawody odbędą się w Michałowicach, gdzie jeszcze nie byliśmy i będą to halówki. Jest do czego się przygotowywać!

Dodaj komentarz