Rok Zmian

pjimage (1)

2017 to był zdecydowanie rok wielkich zmian w moim jeździeckim życiu. Dwanaście miesięcy temu absolutnie bym nie uwierzyła, że w dzisiejszym podsumowaniu będę pisać o zmianie stajni, trenera i konia. A jednak! Najpierw podjęłam decyzję o przeprowadzce. Powodów było wiele i temat świtał mi od dawna, ale ostateczna decyzja zapadła w lutym. Chciałam, żeby była to stajnia z halą, położona możliwie blisko, nie tylko ze względu na komfort szybkich dojazdów, ale też skomplikowaną logistykę mojego jeżdżenia konno w kontekście bycia mamą na pełen etat i prowadzenia biznesu. Chciałam, żeby były w niej pastwiska, świetnie, gdyby była możliwość sensownego wyjazdu w teren, a przede wszystkim, żeby było to miejsce bezpieczne i takie, w którym nie będę się martwić o konia. Santos był raczej oczywistym wyborem, ze względu na odległość, infrastrukturę i dobre opinie, które słyszałam o tym miejscu od osób, do których mam w tej kwestii zaufanie. To wszystko brzmi bardzo rozsądnie i bardzo kolorowo, ale prawda jest taka, że strasznie bałam się tej przeprowadzki. Z Fabsem stałam 4 lata w jednej stajni, w mocno kameralnej, swojskiej atmosferze, w bardzo specyficznym miejscu i prawdę mówiąc ilekroć przy jakiejś okazji znajdowałam się w ośrodku z prawdziwego zdarzenia, czułam, że nie do końca pasuję do tego świata. W całej tej sytuacji paradoksalnie chyba mniej bałam się o Siwego niż o siebie i o to, jak odnajdę się w tym nowym miejscu. W stajni z prawdziwego zdarzenia z całym dobrodziejstwem jeździeckiego inwentarza, tego w najlepszym, ale i najgorszym znaczeniu. Stosunkowo szybko od podjęcia decyzji o przeprowadzce udało mi się doczekać na wolny boks i z końcem lutego Siwy zajechał do Santosa. Na szczęście równie szybko okazało się, że obawy odnośnie mojej własnej aklimatyzacji w nowym miejscu były totalnie bezpodstawne, a Santos nie ma w sobie nic z dusznej, zadufanej jeździeckiej atmosfery, której tak bardzo się bałam. I chociaż ja wciąż jestem tym samym dzikusem, dla którego cztery konie na hali i jedna osoba przyglądająca się treningowi, to już paraliżujący kończyny i odcinający dopływ krwi do mózgu tłum, to jednak w tym gronie koniarzy naprawdę dobrze się odnajduje i nie zamieniłabym go na inne. Decyzja o zmianie stajni była więc najlepsza na świecie. Hala i możliwość jazdy bez względu na warunki atmosferyczne jest bezcenna, a przy tym jest to miejsce, w którym na absolutnym luzie zostawiam konia i wiem, że zawsze jest pod najlepszą opieką, nawet jeśli akurat przyjdzie mu do głowy najgłupszy z pomysłów. Jedyne czego żałuje to, że nie podjęłam tej decyzji wcześniej.

IMG_1215

Ze zmianą trenera było tak, że wprawdzie zbiegła się ona w czasie z przeprowadzką, ale też nie była ona zaplanowanym elementem tego przedsięwzięcia. Czasem jednak różne relacje i układy zwyczajnie się wypalają i kończą. W taki raczej naturalny sposób, bez konfliktu czy nawet wyraźnej przyczyny. Tak było w przypadku mojej pracy z Alą. W Santosie wylądowałam z Fabianem, który zaliczył w poprzedniej stajni naprawdę długi zimowy urlop. A to warunki były koszmarne, ujeżdżalnia zamarznięta i mocno nierówna, albo przeciwnie zalana i grząska, a to z Młodą wylądowałyśmy w szpitalu z rotawirusem, a to ja zaliczyłam wieczorną wycieczkę na SOR, bo ta sama latorośl wsadziła mi do oka zabawkowy wiatraczek, co wyjęło mi tydzień z życia, a to dogoniły nas Święta i rodzinne wyjazdy. Długo by wymieniać, w każdym razie Siwy zajechał do nowej stajni totalnie roztrenowany i pełen energii do wszystkiego, tylko nie do pracy. Nowe miejsce wzbudzało w nim dużo emocji, bo wiadomo zupełnie inny rytm dnia, brak stada, wszystko wokół nowe i straszne, do tego podróż, przerażająca hala i masa wrażeń. Sytuacja tak się ułożyła, że z tym wszystkim zostałam sama, bez wsparcia osoby z ziemi, a na dodatek też przecież po dłuższej przerwie od jazdy. Starczyło mi na szczęście oleju w głowie, by po dwóch czy trzech tygodniach kręcenia się z Fabsem w kółko, poszukać sensownej pomocy z ziemi. Długo szukać nie musiałam, bo też i jeżdżąc miałam okazję przysłuchiwać i przyglądać się osobom odwiedzającym Santosa i prowadzącym tam treningi. I tak trafiłam pod trenerską opiekę Grzegorza. To znowu brzmi bajecznie i gładko, że o to po kilku tygodniach przyglądania się różnym trenerom, wybieram sobie człowieka, co to mi jego metody, styl, sposób pracy i jej efekty odpowiadają, a następnie w glorii i chwale rozpoczynam z nim współpracę i oczywiście już na pierwszym treningu nie dość, że widzę jej efekty, to fantastycznie się bawię. Co to to nie. Ta zmiana nie była dla mnie równie dużym wyzwaniem, co przeprowadzka, jeśli nie większym. Nie będę nawet owijać w bawełnę – kosmicznie mnie stresowała. Już sama jazda pod okiem nowej osoby przez pierwsze tygodnie totalnie mnie paraliżowała, a przecież w tym wszystkim główną trudnością było przestawienie się na zupełnie inny tryb i styl pracy niż wcześniej. Każdy trener, nawet jeśli pozostaje w obrębie podobnego podejścia do jeździectwa, ma zupełnie inny rytm pracy, inaczej tłumaczy poszczególne rzeczy, na inne tematy kładzie nacisk, w inny sposób układa elementy jazdy, a w efekcie inna jest jej dynamika i „harmonogram”. I to dostosowanie się do nowego rytmu było dla mnie sporym wyzwaniem, szczególnie w warunkach mojego klasycznego paraliżu wywołanego obecnością osób trzecich, a już tym bardziej obcego bądź co bądź człowieka, co to nie raz na czas przypadkiem rzuci okiem, jak tam sobie drepczę, tylko przez bitą godzinę patrzy, ocenia i jeszcze to moje dreptanie komentuje. Z czasem mój paraliż na szczęście ustąpił, nowe rytm i styl pracy przestały być nowe, a z tego wszystkiego pozostało przekonanie, że jestem pod opieką najwłaściwszej osoby.

DSC_0933

No i w końcu w sierpniu zapadła najtrudniejsza, chociaż paradoksalnie najmniej niespodziewana decyzja. Ta o oddaniu Fabiana i zakupie własnego konia. Prawdę mówiąc nosiłam się z nią od długich miesięcy i chociaż wciąż ja odkładałam, to ten temat powracał, a ja czułam, że w końcu nieubłaganie będę musiała się z nim zmierzyć. Stanęłam przed trudnym wyborem pomiędzy rozstaniem z koniem, w którym spędziłam pięć lat, w którego włożyłam masę serca i od którego dostałam w zamian ogrom nauki, wrażeń, doświadczeń i emocji, a dalszym rozwojem, posiadaniem konia w pełnym znaczeniu tego słowa, budowaniem relacji, poczuciem bezpieczeństwa i możliwością podejmowania samodzielnych decyzji o treningu, codzienności i naszym wspólnym, dalszym rozwoju. Ostatecznie dojrzałam do tego wyboru w sierpniu. Przepłakałam bardzo wiele wieczorów zanim w końcu powiedziałam to na głos, ale czułam, że w środku klamka zapadła. Powoli i nieśmiało zaczęłam szukać konia. Ten temat totalnie mnie przerastał, przeglądałam ogłoszenia z jednej strony pociągając nosem i ocierając łzy, z drugiej panicznie się bojąc, że popełnię błąd, kupię kota w worku, albo nigdy nie znajdę właściwego dla siebie konia. Kto szukał konia ten wie, jak ciężko jest znaleźć odpowiedniego, który spełnia wszystkie kryteria, a przy tym jest (przede wszystkim!) zdrowy. Chociaż w wielu sprawach byłam otwarta na kompromisy, mając świadomość, że kupowanie konia z mocno jednak ograniczonem budżetem w zasadzie składa się z kompromisów, to miałam też kilka dosyć banalnych, ale żelaznych wymagań. Jak zwykle w tym wszystkim więcej miałam chyba szczęścia niż rozumu. W niedługim czasie moje poszukiwania konia się skończyły, bo o to pewien koń znalazł mnie. Koń może i nie doskonały, koń z różnymi problemami do przepracowania, koń, który nie jest przecież skoczkiem, koń wrażliwiec i introwertyk, koń, który ma w głowie swoje blokady i który wiele od jeźdźca wymaga, ale koń, który dla mnie okazał się koniem (prawie) idealnym. Takim, z którym napewno sporo się nauczę i który będzie zmuszał mnie do pracy nad sobą, uwrażliwiał, mobilizował i cały czas podnosił mi poprzeczkę, koń do kochania, miękki w środku i nastawiony na człowieka, tak samo czuły i zamykający się w swojej skorupie jak ja.

galopem_10129

Rozstanie z Fabianem było ogromnie trudne, mimo że odbywało się małymi krokami i trochę na zakładkę, bo przecież kiedy odwoziłam Siwego do nowego domu, w stajni czekał już na mnie Duży. Szczęśliwie Fifi trafił we wspaniałe ręce, do kochającej nowej właścicielki, a jakby tego było mało, to zamieszkał pod Krakowem, więc mam możliwość odwiedzania go od czasu do czasu, a przede wszystkim pewność, że jest szczęśliwy, bezpieczny i ma naprawdę dobre, końskie życie. Pożegnanie było wielkim wyzwaniem, szczególnie emocjonalnym, a zostawiając Fabsa w nowej stajni, połykałam łzy, ale czułam też, że podjęłam właściwą decyzję. Mocno rozdarta i pociągająca nosem rozpoczęłam zupełnie nowy etap swojego jeździeckiego życia – w towarzystwie Dużego. Początki były oczywiście trudne i bardzo ciężko było mi się z tym nowym i zupełnie innym koniem zgrać, ale z każdym tygodniem poznawałam Dużego coraz lepiej. Sporo było po drodze kryzysów i kroków w tył, ale te cztery miesiące to dla mnie ogrom nauki i trochę podniesienie sobie poprzeczki w kwestii podejścia i spojrzenia na jeździectwo jako takie, wymagania od siebie i takiej regularnej, mozolnej pracy nad własnymi błędami i przyzwyczajeniami. To też czas budowania zupełnie nowej końsko-ludzkiej relacji, w tym przypadku szczególnie istotnej, bo Elbrus to wyjątkowo miękki w środku egzemplarz.

galopem_4606

Jakby tych zmian i wyzwań było w moim jeździeckim życiu mało, to jeszcze w listopadzie zdecydowałam się na mój pierwszy udział w zawodach. Brzmi poważnie, ale były to zawody towarzyskie organizowane w naszej stajni i biorąc pod uwagę moją nieśmiałą decyzję o wkroczeniu w ten aspekt jeździectwa, to głupio byłoby nie skorzystać z takiej sytuacji i nie spróbować zmierzyć się z presją na własnym gruncie. Jak z tą presją było możecie więcej poczytać oczywiście tutaj. W każdym razie cieszę się, że zdecydowałam się na udział w zawodach i chociaż początkowo totalnie mnie sparaliżowało, czego oczywiście można było się spodziewać po osobie, dla której każda para oczu przyglądająca się treningowi oznacza zatrzymanie akcji serca, to pozbierałam się do kupy i mimo stresu, upadku i złości, całkiem nieźle poradziłam z drugim podejściem do przejazdu. To kolejne jeździeckie doświadczenie, pierwszy krok do tematu startów, kolejne małe-wielkie wyzwanie, któremu stawiłam czoła i kolejny punkt skreślony na liście moich jeździeckich marzeń i planów.

Santos (785)-kopia

Kończę ten rok wielkich zmian na naprawdę dobrej fali. Mam wrażenie, że przez ostatnie tygodnie regularnej pracy coraz lepiej się zgrywamy, że coraz lepiej rozumiem tego konia i coraz lepiej mi się z nim współpracuje. Te ostatnie tygodnie nie przyniosły może jakiegoś epickiego postępu, ale wniosły w naszą współpracę więcej spokoju i przewidywalności, więcej luzu. Nasze treningi stały się równiejsze i mniej chaotyczne, powoli szlifujemy temat skoków, moich złych nawyków i przyzwyczajeń Dużego, a to już dobra baza do dalszej pracy i dalszego rozwoju.  Mam nadzieję, że 2018 – po ostatnim roku wielkich zmian – będzie rokiem takiego właśnie spokojnego szlifowania, coraz lepszej komunikacji, pracy nad sobą i małych kroków naprzód, ale też oczywiście spełniania kolejnych małych-wielkich jeździeckich marzeń, wielu chwil radości, drobnych, codziennych sukcesów i zwyczajnego cieszenia się z jeździectwa.

DSC_1888

Dodaj komentarz