Przygody z lonżowaniem.

DSC00135 1

DSC00250W ostatnim czasie Fifi nie miał zbyt wielu okazji do pracy. Pogoda była niestety średnia, a warunki takie, że nie za bardzo dało się jeździć, ani nawet lonżować. Brak hali niestety mocno doskwiera nam w sezonie zimowym, szczególnie teraz kiedy jestem w ciąży i wolę nie ryzykować poślizgnięcia się na błocie, albo potknięcia na zamarzniętym piasku, ale kiedy tylko warunki zrobiły się znośne zabrałam się z Fabianem do trenowania moich świeżo nabytych umiejętności z zakresu lonżowania. Po kursie zostało mi w głowie sporo nowych pomysłów na pracę na lonży, ale i sporo wyzwań i umiejętności do opanowania. Przede wszystkim bardzo chciałabym spróbować z Siwym pracy na dwóch lonżach, ale czuję, że najpierw muszę się w tym temacie sama podszkolić. Dwie lonże stanowią dla mnie wciąż sporo wyzwanie logistyczne i mam wrażenie, że albo udaje mi się ogarnąć lonże albo bat, a to i tak przy założeniu, że koń nie wydziwia i nie utrudnia mi zadania, a nie oszukujmy się – Fabian z całą pewnością będzie wydziwiał. Zanim zdecyduję się na przypięcie mu podwójnej lonży, muszę być w stu procentach przekonana, że nie nawalę i się nie pogubię, narażając tym samym Fabiana na zaplątanie się lonżę. Na razie pracuję nad swoimi umiejętnościami z cierpliwą nauczycielką, dla której dwie lonże to bułka z masłem czyli z Magią. Agata, właścicielka Magii, która razem ze mną uczestniczyła w kursie, pracuje ze swoim koniem na dwóch lonżach od dłuższego czasu. Magia jest przy tym koniem, który absolutnie nigdy się nie płoszy i chociaż potrafi być niezłą diablicą, kiedy próbuje się ją złapać, to ubrana w sprzęt nie sprawia już większych trudności, nie bryka, nie szarpie i nie protestuje. Jest więc nauczycielem idealnym, takim, który przymyka oko na mój brak umiejętności, zbyt luźne lonże i plątanie się bata. Będę musiała jeszcze dobre kilka razy poćwiczyć pracę na dwóch lonżach z nią, zanim zdecyduję się zapiąć ją Siwemu i myślę, że będę to już robić raczej z córeczką w wózku niż w brzuchu.

Z Fifim pracuję na razie na pojedynczej lonży i wypinaczach trójkątnych, które są moim kolejnym odkryciem z kursu lonżowania. Było dla mnie sporym zaskoczeniem, że Fabian tak dobrze przyjął ten zupełnie dla niego nowy patent i tak dobrze na nim pracuje. Przyzwyczaiłam się do gum, których używaliśmy na lonży od dawna i byłam sceptycznie nastawiona do tych nowych wypinaczy, a jednak okazały się być bardzo ciekawą pomocą w treningu na lonży. Podstawową zaletą trójkątów jest fakt, że Siwy dobrze pracuje grzbietem na tym patencie. Nie usztywnia się, nie walczy z nim i nie wścieka się. Odpuszcza w potylicy, grzbiet ma elastyczny i pracuje zadem, a to ogromny sukces. Lonża u wielu jeźdźców łatwo zamienia się z treningu w bezmyślne gonienie konia na sznurku i nie jestem tu wyjątkiem. Dużo musiałam się nauczyć, żeby zacząć faktycznie efektywnie wykorzystywać tę formę pracy. Sporo czasu zajęło mi też znalezienie konkretnej metody, która sprawdzi się w przypadku Fabiana i nakłoni go do prawdziwej pracy na lonży zamiast fukania, gonienia na łeb na szyję i walki ze mną. Dla Siwego rozwiązaniem okazała się różnorodność. Staram się, żeby każdy trening na lonży był trochę inny i żebyśmy za każdym razem koncentrowali się na nieco innym elemencie, pilnując przy tym, żeby Fabian nie nudził się i nie zgadywał, jaka będzie moja kolejna komenda. Wypinacze trójkątne wpisują się doskonalę w tę metodę treningu, bo dodatkowo pokazują Siwemu właściwe ustawienie, takie, w którym przy mojej odpowiedniej pracy, Fabian rozluźnia się i wspaniale pracuje. Traktuję wypinacze jako pomoc, zapinam je Fifiemu stosunkowo luźno, w sposób, który tylko i wyłącznie łagodnie wskazuje kierunek, a nie sztywno nakazuje pozycję. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to ogólnie przyjęta forma pracy i wiele osób pracując z moim koniem dużo mocniej zapięłoby wypinacze, zmuszając Fabiana do pracy w wyraźniejszym ustawieniu. Ale ja znam go już na tyle długo, by wiedzieć, że nie tędy droga, że czasem muszę iśc na kompromis, a twardym przymusem wywołam u Fabiana tylko bunt i skażę się na walkę z nim. W ten sposób, pozostawiając mu przestrzeń i wybór, mam po drugiej stronie lonży konia poprawnie ustawionego i chętnego do pracy, zamiast pięciuset kilogramów spętanej wypinaczami wściekłości.

 Po szkoleniu z Gerdem Heuschmannem, do którego wracam myślami bardzo często, zostało mi w głowie wiele wskazówek i ogólnych zasad polecanych przez tego trenera. Jedną z nich jest ta, by nigdy nie wymuszać ustawienia konia na przodzie. Według Gerda odpuszczenie w potylicy i poprawne ustawienie głowy zawsze dostajemy od konia w zamian za to, co wypracujemy z tyłu, dosiadem i łydkami, pracując nad zaangażowaniem zadu. Wszelkie siłowe rozwiązania, szarpanie za wodze, patenty i wypinacze to drogi na skróty które prowadzą na manowce i dają nam konia z pięknie ustawioną głową, sztywnym, wklęsłym grzbietem i zadem, który został w stajni. Wierzę, że Gerd ma rację i pracując z Siwym na lonży staram się zawsze pamiętać o tej zasadzie, a wypinacze traktować jako wskazówkę, która ma pokazać kierunek, ale i dać koniowi wybór, a nie sztywno go zasznurować. Wypinacze nie mogą wymuszać ustawienia, to praca jeźdźca z ziemi i poprawny trening powinny sprawić, że jeździec to ustawienie od konia dostanie.

 

Myślę, że lonża na stałe zagości w kalendarzu naszych treningów, również wtedy, kiedy wrócę do pracy w siodle (a to już całkiem niedługo!). Na pewno zostaną z nami też trójkąty, z którymi na lonży będziemy pracować, chociaż z pewnością nie będziemy z nich korzystać za każdym razem. Jeszcze jedną ważną nauką wyniesioną z kursu lonżowania, jest ta, by nie przyzwyczajać się zbytnio do jednego patentu, by często zaskakiwać konia i proponować mu inne niż zwykle formy treningu czy wypięcia. Lonża to dla Fabiana okazja do dobrej gimnastyki i pracy bez mojego zbędnego ciężaru, a i dla mnie to sposób na nauczenie się o Fabianie wielu rzeczy, cieszę się, że udało nam się oswoić tę formę treningu i znaleźć na nią swój sposób.

 

Dodaj komentarz