Praca nad sobą

DSC_6921

Przy okazji jednego z ostatnich wpisów, wspominałam o tym, jak zmieniła się moja optyka w treningu, jak z pracy nad Siwym, z rozwiązywania jego problemów, przeszłam do rozwiązywania swoich i w efekcie małymi kroczkami zaczęliśmy iść z Fabianem do przodu w naszej komunikacji i wspólnym rozwoju. Dzisiaj trochę więcej o tej zmianie optyki, ale zacznijmy od początku. Przy okazji przeprowadzki, z różnych względów tak się sprawy potoczyły, że trafiłam pod opiekę i skrzydła nowego, związanego z Santosem trenera – Grzegorza. To nie była zaplanowana i wpisana w plan przeprowadzki zmiana, ale tak się właśnie ułożyło i w ostatecznym rozrachunku, jestem bardzo zadowolona z rozwoju wypadków. Powoli wychodzę z etapu adaptacji, przyzwyczajania do nowej osoby, nowego trybu i pewnego onieśmielenia nową sytuacją. Zmiana trenera to zawsze poważny krok, który niesie za sobą szereg zmian we współpracy z koniem, w samym treningu, w sposobie rozwiązywania problemów, w spojrzeniu na siebie, ale też czysto prozaicznie w codziennej pracy, doborze zadań i ćwiczeń, w sposobie rozgrzewania się czy samej intensywności pracy i też w spojrzeniu na rozwój i na najważniejsze błędy i problemy. Dotychczas podczas moich jazd z Siwym w dużej mierze skupiałam się nad Fabianem. To nie znaczy, że nie pracowałam nad swoimi błędami, nie probowałam poprawić dosiadu, szlifować pomocy i techniki, ale gdzieś tam na końcu zawsze powracały problemy Fabiana. A to, że się kładzie na łydce, a to że wisi na przodzie, że jest sztywny, że przy skokach nie ląduje na lewą nogę, że spływa przed przeszkodą, albo wybija się z daleka. Wystarczyły trzy treningi z Grześkiem, podczas których pracowaliśmy nad poprawieniem moich błędów, żeby przekonać się, że to nie Fifi wybija się z daleka, tylko ja i to nie on ląduje na złą nogę tylko ja. Pracujemy więc nade mną. Wciąż oczywiście osią naszych treningów jest nasza komunikacja z Fabianem, wspólny rozwój, a dwoma filarami praca nad błędami moimi i błędami Siwego, bo praca z koniem zawsze opiera się na tych trzech punktach, ale jednak ciężar mojej koncentracji przeniósł się bardziej w stronę moich własnych błędów.

DSC_7267

Ostatnie tygodnie udowodniły mi, jak wiele z problemów, z którymi borykamy się od zawsze, a które dotychczas uznawałam za błędy czy nawyki Fabiana, jest tak na prawdę echem moich błędów czy przyzwyczajeń. Jednym z takich naszych odwiecznych problemów jest lądowanie na lewą nogę. To jest w ogóle śmieszny temat i wymaga małego wstępu – bo tak, Fabian od zawsze na lewą stronę był mocniejszy, bardziej elastyczny i chętniej współpracujący. Na początku naszej wspólnej przygody, kiedy dopiero zaczynaliśmy pracę, Fifi bez problemu chodził na lonży w lewo, a w prawo musiałam się mocno nagimnastykować, żeby w ogóle utrzymać go w ruchu w tym kierunku. I chociaż dzisiaj różnica między stronami Siwego nie jest już tak spektakularna, to wciąż w płaskiej pracy łatwiej mi rozluźnić czy wygiąć Fabiana w lewo niż prawo. Tymczasem w skokach Fifi niezmiennie i od samego początku miał problem z lądowaniem na lewą nogę. Trochę wstyd się do tego przyznać, ale przez długi czas nie przykładałam do tego większej wagi, sądząc, że ten „drobiazg” jakoś sam przyjdzie. Prawdę mówiąc nawet mi to jakoś szczególnie nie przeszkadzało, bo zwykle jeździłam jedną przeszkodę lub ewentualnie szereg lub linię a zaraz po skoku czy ewentualnie przejechaniu łuku za przeszkodą i tak przechodziłam do kłusa i stępa, więc wylądowanie na złą nogę nie utrudniało mi kolejnego najazdu. Jeszcze przed przeprowadzką i naszą jesienno-zimową przerwą próbowałam razem z Alą ugryźć temat tego lądowania, ale nie przynosiło to większych efektów i Siwy wciąż uparcie spadał na prawą nogę.

DSC_6864

Pod okiem Grześka zaczęłam w nieco inny sposób niż dotychczas podchodzić do naszej pracy na przeszkodach i skupiać się na nieco innych jej aspektach i w efekcie kwestia tego lądowania zaczęła być dla mnie nie niewiele znaczącym kosmetycznym błędem, a poważnym utrudnieniem i przeszkodą w dalszej pracy. Podczas czwartkowych treningów sporo pracujemy na więcej niż jednej przeszkodzie, często oznacza to najazd niekoniecznie w linii czy szeregu, a jazdę po ósemce czy kole i generalnie wymaga lądowania na odpowiedniej nodze. Zwykle są to raczej dziecięce mikroskoki, ale pracujemy narazie nad rytmem i nad tym, by te skoki zaczęły być równym patatajaniem z dobrą komunikacją na każdym etapie najazdu a nie chaotycznym odbijaniem się w panice. Nawet jeśli skaczemy szereg albo kombinację, która nie wymaga zmiany nogi, to i tak najeżdżamy kilka razy z rzędu bez przechodzenie do stępa i to tym bardziej wymaga lądowania na dobrą nogę. W podobny sposób zaczęłam pracować z Siwym sama i chociaż zwykle z powodów czysto prozaicznych ograniczam się w samodzielnych jazdach skokowych do jednej przeszkody i jakiejś kombinacji drągów, bo zwyczajnie nie mam czasu na rozkładanie czegoś więcej, to przestałam dawać sobie chwilę na oddech po każdym skoku tylko najeżdżam odrazu po kilka razy daną przeszkodę/kombinację, starając się zachować równy rytm. Kwestia lądowania na dobrą nogę stała się dla mnie więc paląca i zaczęłam czuć, że ten problem blokuje nas przed dalszym rozwojem. Tu trzeba zaznaczyć, że Siwy od tak dawna ląduje na prawą nogę bez względu na kierunek i tyle razy bezskutecznie próbowałam się z tym zmierzyć, że w efekcie skoki w lewo same w sobie powodują u mnie jakieś spięcie, a im bardziej staram się, żebyśmy dobrze wylądowali, tym bardziej się usztywniam, napinam i tym bardziej siłowo i chaotycznie próbuję osiągnąć cel. A to oczywiście niezmiennie powoduje, że lądujemy na prawo zamiast na lewo.

DSC_6840

Dotychczas podchodziłam do tej kwestii klasycznie, mówiąc „Fabian zawsze ląduje na prawą nogę, a ja przecież próbuję wylądować dobrze”. Z perspektywy ostatnich tygodni, wiem już że w rzeczywistości jest nieco inaczej. Jest oczywiście faktem, że Siwemu z jakiegoś powodu od początku wygodniej było tak lądować, z czasem do tego przywykł i teraz jest to dla niego najbardziej naturalna i logiczna kolej rzeczy. Równocześnie jednak równie silny wpływ, co przyzwyczajenie Fabsa ma na nasz problem ze skakaniem w lewo moje spięcie i moje złe nawyki, które pierwotnie miał na celu wylądowanie na dobrą nogę. Lista tych nawyków jest długa i żenująca. Na samym szczycie jest ciągnięcie za lewą wodzę, potem są próby bliżej nieokreślonego przepchnięcia Siwego w lewo na samym skoku, zbyt mocne dociążanie tej strony już na łuku i festiwal usztywnień i chaotycznych ruchów. Tak bardzo chcę Siwego skierować w dobrą stronę, że sama bardziej utrudniam mu lądowanie. W efekcie dotarliśmy do momentu, kiedy w prawo jestem w stanie spokojnie patatajać do przeszkody czy kombinacji, a po przeszkodzie jestem odrazu gotowa do następnego zadania, a w lewo odrazu wkradają mi się chaos, panika i usztywnienie.

Postanowiłam więc, że podczas samodzielnej pracy na przeszkodach skupię się na dwóch elementach – na dobrym, równym rytmie , który nie rozsypuje się bez względu na kierunek, wysokość i kombinację przeszkód oraz na lądowaniu na lewą nogę. Sporym ułatwieniem jest fakt, że nad tymi elementami pracujemy również wspólnie z Grześkiem, a więc próbując ćwiczyć te tematy sama opieram się na radach i poprawkach wyniesionych z czwartkowych treningów. I tak zaczęłam od pojedynczej mini stacjonatki ustawionej na środku hali tak, by najeżdżać ją na kole. Najeżdżałam w prawo kilka razy dla rozgrzewki a potem cisnęłam tylko w lewo z założeniem, że chcę uzyskać dwa-trzy lądowania z rzędu na dobrą nogę i robimy przerwę i znowu dwa-trzy dobre lądowania i przerwa. Praca na kole mocno upraszcza to zadanie, Fifi jest automatycznie ustawiony w dobrą stronę, a i niewielkie rozmiary przeszkody sprawiają, że mogę skupić się tylko i wyłącznie na lądowaniu. Nie jest jeszcze idealnie, ale na tyle dobrze, że zaczęłam czuć, przewidywać i rozumieć swoje błędy, a przy tym uzyskiwać przyzwoite rezultaty jeśli chodzi o stosunek lądowania na dobrą nogę do pomyłek. To proste ćwiczenie pozwoliło mi poczuć (bo wiedzieć, wiem to przecież od dawna!), że lądowanie na dobrą nogę jest efektem dobrego, równego najazdu, dobrze przejechanego zakrętu, w dobrym ustawieniu i miękkim zgięciu w dobrą stronę, w dojechaniu do przeszkody bez chaotycznych ruchów i w delikatnym zwróceniu się czy nawet spojrzeniu w kierunku jazdy podczas samego skoku. W efekcie wprowadziłam wariację tego zadania ustawiając tę samą niską stacjonatę do najeżdżania po ósemce, czyli raz zwyczajnie na kole, raz ze zmianą nogi. To już ćwiczenie trudniejsze, wymagające od nas obojga większej koncentracji i większego spokoju, by utrzymać równy rytm i spokojnie dojechać do przeszkody nawet po pomyłce przy zmianie nogi, przejściu do kłusa i zagalopowaniu na dobrą. W tym temacie przed nami jeszcze trochę pracy i błędów jest oczywiście więcej. Temat zmiany nogi na skoku dla nas obojga jest nowy i trudny. Myślę, że paradoksalnie dla mnie trudniejszy niż dla Fabiana, bo to nade mną zwykle górę bierze chaos, kiedy mam przed sobą nowe wyzwanie. Niemniej jednak powoli i z tym tematem radzimy sobie coraz lepiej, a żebyśmy oboje zbytnio nie przywykli do tej wersji zadania, to i tutaj wprowadziłam urozmaicenie w postaci kilku małych stacjonatek ustawionych na prostych i po ukosie do najeżdżania w większej kombinacji, raz na wprost, raz na zmianę nogi. W ten sposób oboje pracujemy nad lądowaniem nad dobrą nogę, a przy tym nad przyzwyczajaniem się do tego, że po jednym oddanym skoku zaraz pojawia się nowe zadanie, nie zawsze takie samo jak poprzednie i trzeba się szybko pozbierać i zmierzyć z nim, nawet jeśli poprzedni skok czy lądowanie były nieudane.

DSC_7266

 

Pierwsza nasza jazda z Grzegorzem, kiedy mieliśmy z Siwym najechać więcej niż jedną przeszkodę czy kombinację przypominała bardziej chaotyczne odbijanie się od jednej do drugiej przeszkody z wyrywaniem do przodu i gaśnięciem na przemian, moimi próbami odzyskania kontroli pomiędzy jednym a drugim skokiem niż spokojny najazd na kilka malutkich stacjonat. Wciąż nie jest idealnie i przed nami sporo pracy, ale mam poczucie, że się uspokoiłam w siodle i takie zadanie nie sprawia, że zaczynam działać chaotycznie. Jesteśmy w stanie po prostu przejechać daną kombinację, lepiej lub gorzej, ale spokojnie i we w miarę równym tempie i rytmie, a to dlatego że przestałam walczyć z Siwym o ten rytm tempo i o kontrolę, a skupiłam się na tym by zwyczajnie siedzieć w siodle, bez zakleszczania się i usztywniania, by bez względu na to, co robi Siwy dojeżdżać do przeszkody tak samo spokojnie, jak spokojnie galopujemy na płaskim. Szybko okazało się, że koncentrując się na swoich problemach, odzyskałam kontrolę nad Fabsem i zaczęłam powoli przepracowywać błędy, które wydawały się leżeć po stronie konia, a nie mojej. Ostatnie tygodnie pracy pokazały, jak wiele przede mną pracy nad samą sobą i jak fajnie Siwy na tę moją pracę odpowiada, jak dzięki mojemu stopniowemu poprawianiu i szlifowaniu błędów w siodle, poprawia się nasza komunikacja i jak bardzo powoli i małymi kroczkami, ale jednak udaje nam się iść do przodu.

 

2 Comment

  1. Też jeżdżę konno. Bardzo chciałabym mieć własnego konia, lecz nie pozwalają na to warunki na moim podwórzu. Co do sztybletów, z jakiego sklepu? Potrzebuję sztybletów, a niestety po mojej siostrze są za duże. Ostatnio ciągle szukałam blogów jeździeckich, ponieważ lubię czytać, jak ktoś dzieli się swoją pasją. Może kiedyś też założę bloga o koniach?

    PS.Do jakiej stadniny chodzisz? 😀

  2. Bardzo ciekawy blog. Interesujące wpisy i dobre zdjęcia.

    Przy okazji zapraszam do mnie: https://horses–blog.blogspot.com

Dodaj komentarz