Pohaniec

DSC00041-1

DSC00036-1Podczas ostatnich porządków w papierach wpadło mi w ręce trochę moich jeździeckich zdjęć z dzieciństwa. Wśród nich trafiłam na kilka zdjęć z moją pierwszą końską miłością – Pohańcem. Dziecięce sympatie, podobnie jak te jeździeckie często są nieco irracjonalne i tak też było w tym przypadku. Z dzisiejszej perspektywy ciężko mi wytłumaczyć, czemu właśnie ten koń tak mocno chwycił mnie za serce. Pohaniec był koniem umiarkowanie sympatycznym i chętnie straszącym kłapaniem zębami, a do tego o niezbyt ciekawej urodzie – w dużej części składał się z okrągłego, kucykowego brzucha i doczepionych do niego niezbyt długich nóg, a jakby tego było mało był srokaty. A jednak był moją absolutną, jeździecką miłością. Byłam przez dłuższy czas związana ze stadniną, w której stał Pohaniec i doskonale znałam tam wszystkie konie. Spośród całego, dosyć pokaźnego stada wybrałam sobie na swojego ulubieńca tę srokatą kulkę. Z końmi tak jest, że czasem po prostu działa jakiś rodzaj chemii i jedne wzbudzają większą sympatię niż inne. Nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć. Z Pohańcem chemii była chyba cała masa, bo w dużej mierze to właśnie on nauczył mnie skakać. To z nim odnosiłam swoje pierwsze prywatne sukcesy i porażki, to dzięki niemu pokonywałam swoje lęki i wewnętrzne bariery. Dzisiaj po części odnajduję go w Fabianie i w więzi, która mnie z nim łączy. Takich koni, które wbijają się w pamięci i których się później szuka w swoich kolejnych końskich miłościach, spotyka się niewiele, więc z czułością i trochę wzruszeniem przyglądam się tym zdjęciom.

Pohaniec nie był szczególnie sympatycznym koniem, nie lubił, kiedy mu się właziło do boksu, nie był typem do przytulania i drapania za uchem, ale był dla mnie wspaniałym i cierpliwym nauczycielem. Wprawdzie to nie z nim skoczyłam swoją pierwszą przeszkodę, ale w dużej mierze dzięki niemu złapałam skokowego bakcyla. Pohaniec, mimo swojej dosyć pospolitej i lichej budowy, miał wielkie serce do skakania. Zawsze chętnie atakował przeszkody i nigdy nie wyłamywał. Myślę, że żaden inny koń nie wybaczył mi tylu błędów, co on. Nieraz wpakowałam go w tarapaty, najeżdżając szeregi od tyłu, ścinając zakręty i prowadząc go na przeszkody po najazdach wołających o pomstę do nieba. Pohaniec skakał zawsze, mimo że nieraz wcale mu tego nie ułatwiałam. Nigdy nie brakowało mu energii i chęci, co jest problemem wielu koni szkółkowych znudzonych swoją pracą i niechętnych do wysiłku. Pod tym względem zdecydowanie wyróżniał się na tle innych rekreacyjnych koni, na których miałam okazję jeździć. Może nie był najsympatyczniejszym czy najpiękniejszym koniem w stajni, ale pod siodłem dawał z siebie absolutnie wszystko. Nie spotkałam drugiego konia, który z takim entuzjazmem podchodziłby do stawianych przed nim zadań, mimo że na grzbiecie nosił dziecko popełniające błąd za błędem. Przez pewien czas srokaty grubas był „moim koniem” – tym, na którym zawsze jeździłam, tym, do którego biegłam, żeby podrapać go za uchem i przekupić marchewką i tym, o którym potrafiłam godzinami opowiadać. Przez dłuższy czas jeździłam w stajni, w której stał Pohaniec, a trener zwykle pozwalał mi jeździć właśnie na nim, więc moja miłość do niego kwitła w najlepsze. Ale jak to zwykle bywa w końcu przestałam jeździć w tej stajni i dziś nie wiem, jakie były dalsze losy Pohańca i ile jeszcze szczęśliwych dzieci zaraził pasją do skoków i do jeździectwa.

Mam w pamięci wielu spośród koni, na których jeździłam i większość z nich miło wspominam. W końcu byli to moi najważniejsi nauczyciele. Ale dla Pohańca mam szczególne miejsce w sercu. Są takie konie, z którymi trochę nadaje się na tych samych falach, z którymi współpracuje się inaczej niż całą resztą i które zwyczajnie kocha się od pierwszego wejrzenia, dla mnie z całą pewnością takim koniem była ta srokata kluska o wielkim sercu.

 

 

 

Dodaj komentarz