Pierwsze zawody

DSC_1151

Emocje już opadły, białe bryczesy wyprane czekają w szafie na kolejną okazję, wiec najwyższy czas na obiecane podsumowanie sobotnich zawodów. Zacznijmy od początku – sobotnie zawody to był nasz wspólny z Elbrusem debiut, ale też moje pierwsze w ogóle wystąpienie na parkurze. Kto mnie zna, ten wie, że jakiekolwiek wystąpienia publiczne powodują u mnie totalny paraliż, migotanie komór i stan przedzawałowy. Wcale nie potrzeba mi Bóg wie jak ogromnej publiczności aby osiągnąć ten efekt, z którym zmagam się od zawsze i to na każdej płaszczyźnie życia. Przed matura żywiłam się właściwie wyłącznie kawą i lodami waniliowymi Grycana, ponieważ były to jedyne produkty które byłam w stanie w siebie wcisnąć, na studiach przed egzaminami ustnymi nie spałam całą noc bez względu na stopień przyswojenia materiału i przygotowania, w pracy każdą prezentację i każde spotkanie z klientem odbywałam ze ściśniętym żołądkiem, drżącym głosem nad którym nie mogłam zapanować i z totalną pustką w głowie. W sferze jeździeckiej wystarczy mi już kilka osób na hali przyglądających się mojemu treningowi czy samodzielnej jeździe, żeby mnie sparaliżować i odciąć dopływ krwi do mózgu. Są ludzie stworzeni do wystąpień publicznych, są tacy którzy ich nie lubią, ale dobrze działają pod presja, są też tacy, którym bez względu na poziom merytoryczny wiedzy czy umiejętności trzęsą się ręce, no i jestem ja – gdzieś na końcu tej skali.

DSC_1147

Od zawsze powtarzałam, że zawody i rywalizacja na parkurze to nie dla mnie, że cisnę i szlifuję walcząc o tytuł mistrza własnego podwórka, ale coś we mnie niedawno kliknęło i bardzo chciałam zmierzyć się z tym wyzwaniem, zacząć startować i wejść na trochę inny poziom zaangażowania w ten sport i zmierzyć się ze związana z nim presja i rywalizacją. Cieszyłam się wiec bardzo, kiedy na horyzoncie pojawiły się zawody w naszej stajni. Wiadomo to dobra opcja na debiut – odpada stres związany z nowym miejscem, wyjazd i cała reszta, ale start we własnej stajni ma tez swoje minusy – ciężko o anonimowość i występuje się w dużej mierze przed samymi znajomymi. W naszej stajni panuje mega przyjazna atmosfera, daleka od zaciętej rywalizacji, krytycznych komentarzy szeptanych gdzieś po kątach, ale presja była oczywiście i tak. Zawody tego typu i w ogóle na poziomie amatorsko-towarzysko-regionalnym mają być przede wszystkim dobrą zabawą, okazją do spotkania z ludźmi, z którymi dzielimy wspólną pasję, do sprawdzenia swoich umiejętności i dodania do jeździectwa odrobiny rywalizacji. I tak też do tematu podchodziłam – jak do dobrej zabawy, ale wiadomo – presja jest zawsze. I to dobrze, bo presja jest dobra, mobilizuje do pracy przed zawodami i do wysiłku podczas nich.
Santos (793)-kopia

Plan był taki, że wystartujemy z Dużym w dwóch konkursach – na poziomie 70 i 80cm. Z początku wydawało się to rozsądne i absolutnie w zasięgu naszych możliwości. Skakaliśmy z Dużym spokojnie pojedyncze przeszkody I proste kombinacje na poziomie 100 – 110cm, wiec 70 czy 80cm brzmiało jak bułka z masłem nawet zakładając czynnik mojego ultrastresu. Z zawodami majaczącym gdzieś na horyzoncie  Grzegorz wprowadził w nasze treningi sporo ciaśniejszych najazdów i przeróżnych kombinacji przeszkód. Wiadomo, że wciąż zdarzały nam się lepsze i gorsze dni, a Duży czasem odmawiał skoku, ale generalnie powoli szliśmy do przodu. Cóż, do czasu aż w zasadzie z treningu na trening jakbyśmy się oboje zablokowali. Im bardziej Duży odmawiał skoku, tym bardziej ja się denerwowałam, a im bardziej ja się denerwowałam, tym bardziej Duży się bał i w efekcie odmawiał skoku. Jak na złość punkt kulminacyjny tego kryzysu osiągnęliśmy na ostatnim treningu przed zawodami. To była zdecydowanie moja najgorsza jazda na Elbrusie, ja byłam wściekła i bezsilna, on zestresowany i niechętny, więc absolutnie nic nam nie wychodziło. Kokietowałabym, gdybym twierdziła, że nie zrobiło to na mnie wrażenia, a moja pewność siebie przed zawodami nie spadła. Spadła na łeb na szyje.
DSC_1155

Koniec końców udało mi się jakoś ogarnąć i w sobotę zameldowałam się w stajni w całkiem niezłym – jak na okoliczności – nastroju. Oglądanie parkuru trochę sprowadziło mnie na ziemię, bo parkur wcale nie był banalnie łatwy jak na towarzyskie zawody przystało i oprócz ciasnych najazdów i trudnych zakrętów czekała mnie konfrontacja z szeregiem na jedną foulę z prawej nogi. Czyli dokładnie z tym, co mnie pokonało na ostatnim treningu przed zawodami. Jakby tego było mało, szereg był rozstawiony dosyć szeroko i trzeba było tę jedną foulę stosunkowo mocno rozjechać, żeby dobrze wyskoczyć do oksera czyli drugiego członu szeregu. No i oczywiście dobrze dojechać do otwierającej szereg stacjonaty, żeby w ogóle mieć szanse na rozjechanie tej jednej fuli. Ufff, szereg mnie trochę zestresował, ale Duży był spokojny, mimo że ja mocno się już spinałam, a to działało na mnie kojąco. Na rozprężalni też wszystko wydawało się w porządku, parę razy skoczyliśmy stacjonatę i okser, ale Grzegorz nie cisnął nas przesadnie, żeby Dużego nie zmęczyć i żebyśmy oboje mieli siłę i energię na parkur. Im bardziej zbliżał się nasz numer startowy, tym bardziej się spinałam, ale wydawało mi się że nad tym panuję i trzymam nerwy na wodzy. W końcu nadeszła nasza kolej, wyjechałam na parkur i zaczęło się. Duży który dotychczas był bardzo spokojny totalnie się spiął, a ja w odpowiedzi dałam się absolutnie sparaliżować swoim lękom i emocjom. Nasza hala jest nieduża, w rogu po jednej stronie stał stolik sędziowski, a po drugiej pod ściana ściskała się widownia. I to właśnie te dwa miejsca najbardziej stresowały Elbrusa. Rozbrzmiał dzwonek i ruszyliśmy, pierwsza była stacjonata po przekątnej, Elbrus się zawahał, ale zostałam z tylu, cmoknęłam i skoczył, kolejny był okser na drugiej przekątnej wprost na widownię. Duży znowu się spiął, a mnie już mózgu zabrakło i zamiast poczekać i dojechać do oksera, wiedząc że oksery Elbrusa z zasady onieśmielają i jeszcze bardziej potrzebuje na nich mojego spokoju i pewności – dojechałam kiepsko i wyszłam do skoku za wcześnie. Duży jak to Duży w odpowiedzi zaprezentował książkowy sliding stop, a ja pokonałam okser już samodzielnie rozbudowując go po drodze.

DSC_1124

Nie wiem, czy bardziej było mi wstyd, że spadłam, czy bardziej byłam na siebie zła o to, że popełniłam na tym okserze najgłupszy i najbardziej oczywisty z możliwych błędów i postąpiłam zupełnie odwrotnie niż powinnam. Grzegorz po drodze zapytał mnie tylko, czy wiem co zrobiłam źle i dał mi chwile żeby odetchnąć. A potem przepisał mnie z 80cm na drugi przejazd w 70cm i zabrał z powrotem na rozprężanie. To był taki totalnie krytyczny moment i gdyby nie Grzegorz, jego spokój i ogarnięcie mnie z moim stresem, wstydem i nerwami, to już całkiem zamknęłabym się w swojej skorupie. I nie chodzi nawet o merytoryczne przepracowanie tematu, bo przecież na zawodach nie ma się już szans na przepracowanie żadnego problemu, tylko o uspokojenie moich nerwów i emocji i spokojne przegadanie tematu. Skoczyliśmy dosłownie pare razy, Elbrus najpierw się zatrzymał, ale ostatecznie udało mi się najechać spokojnie, dobrze skoczyć i odpuściliśmy, bo nie było powodu, żeby cisnąć. Koniec końców wina za to zatrzymanie leżała po mojej a nie Elbrusa stronie i to ja musiałam sobie poukładać w głowie swoje myśli i nerwy. Miałam wyjechać na zewnętrzny plac, stępować i odetchnąć, a na to miałam sporo czasu, bo przede mną było 20 kilka koni. 

DSC_1131

Kiedy w końcu znalazłam się po raz drugi na parkurze, to byłam dużo bardziej zdenerwowana niż za pierwszym razem. Tyle że tym razem udało mi się ten lek ogarnąć i porostu pewnie jechać. Oczywiście najazd na druga przeszkodę kosztował mnie dużo stresu i wykorzystałam cała swoją silną wolę, żeby temu stresowi nie ulec. Jak tylko znalazłam się po drugiej stronie wiadomego oksera, to coś w mojej głowie przeskoczyło i po prostu płynęłam. Poczułam flow, przestałam się spinać i jechałam. Nie zastanawiałam się nad trasa i nad tym, czy się nie pomylę, nie myślałam o szeregu, do którego trzeba dobrze wjechać, ani o ostatniej przeszkodzie z trudnym najazdem zza narożnika. Jechałam i Duży też jechał w dobrym tempie i równo jak nigdy. Dwa razy się zawahał, ale nie uległam presji tylko mocniej wyjechałam, cmoknęłam, a Duży skakał jakby tego zawahania i strasznej widowni nie było. Przejechałam całość z jedna zrzutka na okserze w szeregu w czasie 70s i czułam się jakbym totalnie wygrała. Bo też trochę wygrałam, sama ze sobą, ze swoimi nerwami, głową i paraliżem, z kryzysem na ostatnich treningach, z zawahaniami Dużego i z jego niepewnością. Na te 50 czy 60 sekund na parkurze po pokonaniu strasznego oksera byłam w totalnie innym świecie, gdzie byłam tylko ja i Elbrus i to uczucie bylo absolutnie warte upadku, nerwów, stresu i wstydu.

DSC_1163DSC_1149DSC_1144DSC_1140

Pierwsze koty za płoty. Każde kolejne zawody będą ciut łatwiejsze, a z czasem może nauczę się całkiem panować nad swoimi nerwami i uda mi się przekuć je w coś pozytywnego – w świadomość, motywację i skupienie. Oczywiście żałuję, że od początku nie przejechałam tak, jak za drugim razem i nie miałam okazji przejechać konkursu 80cm, bo wtedy mogłabym być z siebie totalnie dumna. Ale cieszę się, że nie stchórzyłam, że ogarnęłam siebie i swoje nerwy po upadku i eliminacji, że zmierzyłam się z parkurem raz jeszcze i przejechałam go w sposób, którego nie muszę się wstydzić. Cieszę się też, że mamy na swoim koncie z Dużym kolejne doświadczenie, które nas czegoś o sobie nauczyło i koniec końców wzmocniło. Wiem, nad czym musimy popracować i na czym się skupić. Będziemy spokojnie rzeźbić i cisnąć, bo mam poczucie, że dobre, czyste przejazdy są gdzieś tam w naszym zasięgu, jeśli tylko ogarnę swoją głowę. Bo ten koń, chociaż wrażliwy, specyficzny i pod wieloma względami niełatwy i bardzo wymagający, jeśli tylko ja jestem dobra, to potrafi być świetny. Pewnie jeszcze nieraz nie będę z siebie zadowolona, ale z całą pewnością wiele się jeszcze przy nim nauczę, właśnie dzięki temu, że jest tak wymagający. Narazie wróciłam do domu może nie dumna z siebie, ale jednak bardziej z podniesioną głową, niż ze wstydem. Wróciłam też do spokojnych treningów i codziennej pracy, dzięki którym kolejnym razem na parkurze będziemy dużo lepsi!

Santos (796)-kopia

Dodaj komentarz