Patataj!

DSC_8790

Odkąd wróciłam do jazdy po urodzeniu Lilki moim celem obok całej masy małych i dużych wyzwań i planów, które wyznaczałam i wyznaczam nam w miarę upływu i rozwoju naszej pracy, było osiągnięcie z Fabsem takiego etapu „patatajania”. Etapu, kiedy nie będę musiała na co drugiej jeździe o coś się z nim spierać i walczyć, kiedy Siwy nie będzie płoszył się od szmeru liści, nakręcał wszystkim wokół, a nawet jeśli akurat się wystraszy czy rozkojarzy, to skupienie go z powrotem na pracy nie będzie mi zajmować 40 minut. Takiego etapu, kiedy nie będzie próbował mnie wywozić, a nasza wspólna praca nie będzie jedną wielką sinusoidą. A sinusoidą była przez bardzo długi czas – jednego dnia Fifi potrafił być cudny, rozluźniony, współpracujący, skupiony, a następnego dnia próbował co chwila wywieźć mnie w krzaki albo całą godzinę chodził sztywny, z odwróconym grzbietem i zadem gdzieś w stajni. Jednego dnia skakał chętnie i z głową, a następnego dnia spływał przed każdą przeszkodą, zatrzymywał się, albo przeciwnie – odpalał wrotki. Oczywiście nie oznacza to, że skrycie marzył mi się koń profesor, poczciwy człapak, co to z każdej sytuacji wyratuje, parkur sam przejedzie, a o co go nie poprosisz, westchnie, chrząknie i zrobi, ale chciałam móc wsiąść na Siwego i wspólnie z sensem szlifować. Z lepszym lub gorszym skutkiem, ale bez walki, albo po prostu na luzie bawić się naszą współpracą bez względu na to, czy akurat mamy lepszy czy gorszy dzień.

DSC_8624

I faktycznie odkąd zaczęłam regularnie jeździć po ciążowej przerwie małymi kroczkami udawało nam się zbliżyć do tego etapu, chociaż wciąż był on bardzo odległy. Fifi był lepszy i ja byłam lepsza, ale takie dni, kiedy współpraca nie szła nam w ogóle, kiedy Siwy próbował mnie wywieźć, odskakiwał i wydziwiał, a na skokach odpalał wrotki albo wyłamywał mimo mizernej wysokości przeszkody i idealnie pasującego odskoku zdarzały nam się regularnie, a ja niewiele potrafiłam zrobić, żeby z tej sytuacji wybrnąć. W efekcie wciąż ze sobą walczyliśmy, rzadziej, ale wciąż.

Spory krok w kierunku luzu, dobrej współpracy i przyjemnego patatajania zrobiłam wraz ze zmianą stajni. Santos w magiczny sposób nie odmienił mi konia, ale przeprowadzka była dla mnie w pewnym sensie nowym startem w pracy z Fabianem – wróciliśmy do regularnej jazdy po mocno leniwej zimie, w nowym miejscu, pod opieką nowej osoby. Z perspektywy ostatnich miesięcy solidnej pracy od naszej przeprowadzki widzę, że bardzo długo wydawało mi się, że to Fabian nie dotarł jeszcze do takiego etapu, żeby można było z nim luźno i przyjemnie patatajać bez względu na to czy akurat ma lepszy czy gorszy dzień. I to po części jest oczywiście prawda, bo im koń jest dojrzalszy, bardziej wygimnastykowany, lepiej ustawiony na pomocach, im lepiej rozwinięte ma mięśnie, a praca z jeźdźcem jest dla niego mniejszym wysiłkiem i też najzwyczajniej w świecie im więcej umie, tym łatwiej u niego o takie luźne, sympatyczne patatajanie. Ale taka gotowość do współpracy z człowiekiem, jezdność nie jest efektem wyższych umiejętności tylko dobrych fundamentów. To jakiej wysokości Fifi skakałby przeszkody, czy robiłby ustępowania, zwrotu i lotne zmiany niekoniecznie przekładałoby się na tę przyjemność jazdy. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że Fabianowi oczywiście brakowało dobrych fundamentów, ale w dużej mierze, to wcale nie on nie był gotowy na takie luźne patatajanie, tylko ja.

DSC_8800

Ostatnie trzy miesiące były solidnym szlifowaniem przede wszystkim mojego jeździectwa, a przy okazji ustawianiem Fabsa na pomocach, gimnastyką, rozluźnianiem, solidną pracą u podstaw naszego skakania. Treningi z Grześkiem przyniosły sporo zmian w mojej jeździeckiej rutynie, nie tylko podczas samych treningów, ale też moich samodzielnych jazd z Fabianem. Z całą pewnością nasza praca stała się intensywniejsza, bardziej urozmaicona i skompensowana. Jedną z pierwszych rzeczy, na które zwrócił mi uwagę Grzesiek było to, że muszę wymagać więcej od siebie – nie odpuszczać, kiedy się zmęczę, nie unikać szerokim łukiem ćwiczeń, które są trudne czy męczące dla mnie i Fabsa. A przede wszystkim pracować w skupieniu od początku do końca treningu, być szybsza i precyzyjniejsza w reakcjach, kontrolować swoje ciało i korygować błędy, a nie tylko koncentrować się na Siwym. Nie czekać na to, że Fifi od jazdy w kółko sam łaskawie rozluźni się i zacznie odpowiadać na moje sygnały, tylko odrazu zabrać się do konkretnej pracy. I oczywiście nie zwracać uwagi na to, że Fabian płoszy się, odskakuje czy usztywnia w danym miejscu ujeżdżalni.

DSC_8625

DSC_8627

Trzeba zresztą przyznać, że bardzo długo szłam w kwestii wydziwiania Siwego na łatwiznę, niby na to narzekałam, niby nad tym pracowałam, ale koniec końców godziłam się z tym, że Fabian w danym miejscu płoszy się, próbuje mnie wywieźć, ścina albo usztywnia się. Niby chciałam mieć konia, który chodzi równo bez względu na to, w którym miejscu się aktualnie znajduje, ale prawdę mówiąc niewiele z tym robiłam. Jeżdżąc sama szłam na łatwiznę – ustawiając przeszkody unikałam trudnych najazdów, pracując na płaskim wybierałam miejsca, w których Siwy jest lepszy, godziłam się na to, że ścinał zakręty byle nie próbował wywieźć mnie w krzaki albo w stronę stajni. W Santosie mając do dyspozycji halę i ogrodzone ujeżdżalnie, uświadomiłam sobie, że tylko ode mnie zależy czy Fabian przywyknie w tym nowym miejscu do normalnej, równej pracy na całym placu czy do wydziwiania w konkretnych miejscach, a czas na aklimatyzację w nowej stajni i przyzwalanie na płoszenie się minął po miesiącu od przeprowadzki. Zaczęłam więc celowo jak najwięcej jeździć w tych właśnie miejscach, w których Fabian kombinuje, usztywnia się i odskakuje.

DSC_8626

Po trzech miesiącach naszej intensywnej pracy z Fabianem widzę jej efekty i to nie tylko u Fabsa, który nabrał formy, wygląda świetnie, pracuje coraz lepiej i widzę, że przed nami jeszcze bardzo wiele możliwości, ale też u siebie. Sama widzę, że udało mi się zrobić krok do przodu i nie chodzi nawet o jakieś szczególne nowe umiejętności tylko o taką solidną pracę u podstaw, o fundamenty, na których można budować dalszy rozwój – o to, jak siedzę w siodle, jak szybkie są moje reakcje, o moją komunikację z Siwym, o kontrolę i świadomość swojego ciała. Do ideału czy choćby do poczucia, że jest w porządku wciąż jeszcze bardzo daleko i wciąż z większości jazd wracam zadowolona z Siwego i niezadowolona z siebie, z poczuciem, że wiele jeszcze muszę naprawić, ale czuję że kierunek jest dobry. A w efekcie tych zmian nabrałam pewności siebie, komfortu w siodle, a to znowu bezpośrednio przełożyło się na moje relacje z Fabianem i na naszą pracę. Jestem zwyczajnie, pewniejsza, bardziej stanowcza, dzięki temu lepiej dogaduję się z Fabsem, a lęk od zawsze towarzyszący mi w siodle nie tylko przestał brać nade mną górę i przejmować nade mną kontrolę, ale mocno wyblakł i się rozmył. Przestało mnie stresować to, że Fifi spłoszy się, bryknie, odpali wrotki, bo nawet w takiej sytuacji szybko udaje mi się odzyskać kontrolę i co najważniejsze wrócić do spokojnej pracy.

DSC_8655

Na długi czerwcowy weekend wyjechałam do mojej mamy, wylegiwać się w hamaku, spacerować, brykać z córką w ogrodzie i odpocząć od wszystkiego. Siwy miał więc wolne, które w związku z sesją zdjęciową nowych topów Galopem Horse&Rider i moim nieogarnięciem przy pakowaniu jeszcze dodatkowo się wydłużyło. W efekcie Fifi byczył się więc na padoku i pastwisku prawie tydzień. We wtorek rano przyjechałam do stajni i wsiadłam nawet nie zastanawiając się, jakie Fabs zafunduje mi z okazji swojego urlopu atrakcje. Wsiadłam i zaczęłam jeździć, a Siwy bez zająknięcia podjął ze mną dialog, pracował przy miłych ćwiczeniach i przy trudniejszych, na płaskim i na drągach. Tak jakby nie było tych siedmiu dni wolnego. Zsiadając uświadomiłam sobie, że właśnie osiągnęliśmy etap „patatajania”. Dotarliśmy do momentu, kiedy nie walczymy ze sobą, kiedy fakt, że Fabsowi akurat wpadło więcej dni luzu nie ma większego znaczenia dla naszego treningu, a z całą pewnością nie oznacza, że Fifi zafunduje mi solidne rodeo. To wszystko nie oznacza, że teraz nasze treningi to już tylko cud, miód i orzeszki, oksery 120, piaffy i lotne co dwa tempa. Wciąż solidnie i mozolnie szlifujemy, pracujemy u podstaw, budujemy fundamenty. Wciąż mamy dni lepsze i gorsze. Fabs dalej jest tym samym koniem, który wykorzystuje każdy mój błąd, który sprawdza, czasem wydziwia, kiedy indziej się płoszy albo odpala wrotki. Ale pozbieranie go do kupy, ogarnięcie i powrót do normalnej pracy nie zajmuje mi już 40 minut tylko kilka. Jedno odskoczenie od otwartych drzwi hali zza których spoziera otchłań nie oznacza, że do końca jazdy Fabian będzie w tym rogu testował turbo przyspieszenie albo ćwiczył chody boczne. Trudniejszy początek treningu, sztywność i rozkojarzenie niekoniecznie przekłada się na cały trening z głową chmurą, odwrotnym grzbietem i zadem w stajni. Jedno czy dwa odpalenia wrotek po przeszkodzie nie znaczy, że cały trening Fifi będzie pokonywał przeszkody kosmiczną prędkością za to zupełnie bez mojej kontroli i woził mnie, gdzie go tylko oczy poniosą, a wyłamanie w reakcji na mój głupi błąd czy niepasujący odskok niekoniecznie przekłada się na późniejszy festiwal spływania albo zatrzymywania się przed przeszkodą. Wygląda na to, że dotarliśmy do etapu „patatajania” i w tym miłym klimacie będziemy szlifować dalej, budować podstawy, pracować nad swoimi błędami i dobrze się bawić.

DSC_8804

Dodaj komentarz