Nuda nam nie grozi!

SONY DSC

Dzięki ostatnim kilku miesiącom regularnych (a przynajmniej na tyle regularnych, na ile pozwala mi Lilka) treningów skokowych, mogę powiedzieć, że razem z Fifim zrobiliśmy spory postęp. Przestaliśmy skakać „na hurra!” i byle jak. Fifi nauczył się używać swojego ciała i cieszyć swoimi mozliwościami, a ja najeżdżać na przeszkody pewniej i spokojniej. Nie znaczy to jednak, że osiedliśmy na laurach i nie mamy przed sobą kolejnych wyzwań i…problemów do rozwiązania. Jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia, a praca i cele do osiągnięcia nie kończą się w jeździectwie właściwie nigdy.

Wciąż pod okiem Ali ćwiczymy z Siwym dobre, pewne najazdy. Pod kontrolą, ale w tempie. Teraz, kiedy znaleźliśmy, a przynajmniej zaczęliśmy odnajdywać wspólny skokowy język, Fabian nie leci na przeszkody na łeb na szyję i mamy mniejszy problem z kontrolą, coraz częściej zdarza nam się borykać z problemem słabego tempa. W efekcie brakuje nam energii do skoku, szczególnie przy wyższych czy szerszych przeszkodach, które wymagają aktywnego, mocnego najazdu. Tak na prawdę kłopoty z tempem są dwa. Pierwszy to fakt, że Fifi  jest typem konia bardziej „do tyłu” niż „do przodu”, co przy skokach nie jest najlepszą cechą. Każdą przeszkodę łatwiej skoczyć z mocniejszego tempa niż z rozlazłego, przygasającego galopu. Dużo łatwiej o skrócenie przed przeszkodą niż o dodanie, a aktywny galop zdecydowanie ułatwia trafienie z odległością do wyskoku. Fabian do aktywnego galopu podchodzi jednak sceptycznie i w efekcie, ja sporo się muszę narobić, by przekonać go do mocniejszego tempa i uniknąć płaskich, niepewnych skoków. Drugim problemem jest brak reakcji albo opóźniona reakcja na łydkę i pomoce aktywizujące. Wspólnie z Alą pracujemy nad moim widzeniem i ocenianiem odległości do przeszkody. Jeśli mam już dobre tempo najazdu, stosunkowo łatwo przychodzi mi przytrzymanie Siwego przed przeszkodą, ale dużo trudniej uzyskać mi jego szybką reakcję na prośbę o wydłużenie kroku. Bardzo często zdarza nam się tego typu sytuacja – jesteśmy już po łuku, widzę, że odległość nie pasuje (albo słyszę to od Ali), decyduję się na wydłużenie fuli, proszę Fabiana o dwa dłuższe kroki i… zero reakcji. W efekcie wyskok kompletnie nam nie pasuje, a ja w ułamku sekundy nie potrafię podjąć decyzji, czy wyskoczyć wcześniej czy tupnąć przed przeszkodą i Fifi jest zdany sam na siebie.

Kolejnym tematem, na którym koncentrujemy się podczas treningów skokowych pod okiem Ali i który sprawia, że nuda nam nie grozi, jest mój dosiad podczas skoku. Mam paskudny nawyk wychodzenia koniowi na uszy i to we wszystkich możliwych odmianach – wychodzenia za wcześnie przed skokiem, zbyt mocnego półsiadu, kładzenia się na szyję i tracenia kontaktu na wodzy nad przeszkodą. Staramy się więc zapanować nad moim półsiadem i równowagą podczas skoku. To duże wyzwanie, bo skok trwa ułamki sekund i jest to moment, w którym kontrola nad własnym ciałem jest szczególnie trudna, ale jak wiadomo sztuka czyni mistrza. Staram się więc koncentrować się na samym skoku, czekać na Fabiana, nie wyprzedzać go, pozwolić mu się zabrać i nie robić więcej, niż jest potrzebne, a przy tym kontrolować swoje ciało i mocne oparcie na strzemionach. Bardzo często skupienie na jednym elemencie sprawia, że zupełnie wyłączam mózg, i zapominam o wszystkim innym, w efekcie dajmy na to nie wyprzedzam Fabiana, ale już zapominam o mocnym oparciu w strzemionach przy zeskoku, czy trzymaniu Siwego między kolanami podczas najazdu.

Na udany skok składa się cała sieć misternie i precyzyjnie wykonanych przez jeźdźca i konia elementów, mamy więc nad czym pracować, a nuda z pewnością nam nie grozi, szczególnie, że skoki to przecież tylko ułamek naszych treningów i tylko jeden z elementów na liście „do doszlifowania i poprawy”.

Dodaj komentarz