Nadprogramowe wakacje Dużego

DSC_5688

Po ostatnich zawodach w Swoszowicach Duży miał jak zawsze zasłużone wolne, kolejnego dnia luźną lonżę, potem dzień płaskiej pracy i dopiero po takim odpoczynku mieliśmy spokojnie wrócić do lżejszych skoków. Trening zaczynaliśmy o 7 rano, więc w pośpiechu i w stanie lekkiej senności szykowałam Dużego do jazdy, równocześnie przygotowując mu drugie śniadanie, obiad i kolację. W efekcie dopiero, kiedy próbowałam zapiąć mu ochraniacz, zorientowałam się, że lewy tył ma mocno spuchnięty. Ochraniacze, owszem, są na niego dopasowane, no ale nie aż tak, żebym nie mogła ich zapiąć. Pierwszą moją reakcją był oczywiście paniczny telefon do Trenera, a potem już na spokojnie wzięłam Dużego na lonżę, żeby sprawdzić, czy nie kuleje i jak się rusza. Na szczęście szybko okazało się, że Duży nie kuleje ani nie znaczy, chociaż oba tyły stawia nieco sztywno. Ktoś, kto go nie zna i nie wie, jak porusza się na codzień, mógłby na to nie zwrócić uwagi, ale na pierwszy rzut oka widziałam, że to nie jest jego ruch, że drobi i stawia tyły wprawdzie symetrycznie, ale sztywno. Nie pozostało nic innego, jak schłodzić tę nogę, odstawić Dużego na padok i liczyć na to, że dzień wolny i swobodny ruch zrobią swoje, a opuchlizna to nie oznaka poważniejszych problemów, tylko drobnego stłuczenia. Na noc zrobiłam mu jeszcze rozgrzewającą wcierkę i pełna optymizmu zostawiłam go do następnego dnia, żeby rano zastać go spuchniętego już w takim stopniu, że nawet mocno senna z pewnością nie próbowałabym mu na tę nogę wciskać ochraniacza. Jakby tego było mało, Duży zaczął lekko znaczyć. Nie miałam już złudzeń, że obejdziemy się bez weterynarza. Do jego czwartkowej wizyty Duży miał oczywiście wolne, chociaż wychodził normalnie na padok i pastwisko, to nie zabierałam go na dodatkowe spacery i zrezygnowałam z wcierki rozgrzewającej, jako że nie byłam pewna, czy ta wcierka nie przyniosła odwrotnego efektu, zwiększając tylko stan zapalny i opuchliznę. Chłodziłam nogę pod wodą przy każdej wizycie i czekałam z niecierpliwością, pełna obaw na weterynarza. Fakt, że z dnia na dzień opuchlizna malała, Duży nie znaczył i nie wykazywał żadnych objawów bolesności, a sama noga nie grzała, nieco mnie uspokajał, ale wciąż jednak umierałam z nerwów.

DSC_5644

Ostatecznie diagnoza okazała się właściwie najlepsza z możliwych – jaśniepan nabił sobie krwiaka, a moja rozgrzewająca wcierka tylko powiększyła stan zapalny i opuchliznę. Weterynarz zrobił zdjęcie i usg, więc miałam pewność, że nic poważnego się nie dzieje. Zaordynował tydzień wolnego, padok, spacery i chłodzenie. Duży dorobił się więc wakacji z prawdziwego zdarzenia, a ja, chociaż najadłam się strachu, to cieszyłam się, że przyczyna opuchlizny okazała się ostatecznie dosyć błacha. Przez te kilka dni zamartwiałam się, że to jakiś poważny problem, który nie tylko przekreśli nasze październikowe plany – na kolejne zawody w Swoszowicach i konsultacje z Małgorzatą Morsztyn, ale w ogóle przewróci do góry nogami nasze spokojne jeździeckie życie.

DSC_5679

W zaordynowanym przez weterynarza czasie wolnym Dużego, byłam już oczywiście spokojniejsza, chociaż wciąż trochę niepewna. Powtarzałam, że faktycznie odetchnę, kiedy z Elbrusem wrócimy do pracy i będę mieć pewność, że mamy tę przygodę za sobą. Opuchlizna z dnia na dzień malała, a ja dwa razy dziennie przyjeżdżałam chłodzić mu nogę, sprawdzać, jak wygląda i zabierać go na spacery. Oczywiście gdybym miała możliwość decyzji wolałabym, żeby ta przygoda w ogóle nam się nie przytrafiła, ale równocześnie mam poczucie, że, pomimo sporej dawki stresu, którą mnie te dwa tygodnie kosztowały, być może paradoksalnie taki moment odpoczynku od pracy i naszej rutyny i spędzanie czasu trochę inaczej niż zawsze też był nam potrzebny. Z treningowego punktu widzenia przez te dwa tygodnie nie robiliśmy absolutnie nic. Czyściłam Dużego, masowałam i zabierałam na codzienne spacery, ale nawet te nie były specjalnie nastawione na przepracowywanie jakiś problemów. Teoretycznie mogliśmy wybierać się na dalsze spacery w ręku, starając się ustawić nasze relacje z ziemi poza terenem stajni, który dla Dużego jest – nazwijmy to – „strefą komfortu’, ale wolałam nie ryzykować, że odpali wrotki i wykonując widowiskowe kombinacje chodów bocznych, piaffu i stawania dęba jeszcze mocniej nadwyręży nogę. Dreptaliśmy więc w kółko po terenie stajni, leniwie i bez celu. Z perspektywy myślę, że to złapanie oddechu i zwyczajne bycie ze sobą dobrze obojgu nam zrobiło, a przy okazji było kolejną cegiełką budującą więź i relację, która przecież zawsze przekłada się na współpracę pod siodłem.

galopem_4547

Do faktycznej pracy wracaliśmy powoli, zaczynając od kilku minut kłusa na lonży, stopniowo zwiększając obciążenie na lonży przez kolejne dni, potem pod siodłem znowu zaczęliśmy powoli i ostrożnie od luźnej jazdy kłusem, nie spiesząc się i dając Dużemu czas na spokojne wdrożenie do pracy. To oznacza, że w efekcie zrezygnowaliśmy z wyjazdu na kolejne zawody do Swoszowic. Z całą pewnością moglibyśmy ten proces powrotu do treningu tak skondensować, żeby załapać się na starty i prawdę mówiąc początkowo tak właśnie planowałam zrobić, ale na szczęście Trener ostudził mój zapał. Zawodów mamy przed sobą jeszcze wiele, a zdrowie tylko jedno. Zresztą abstrahując od ostrożnego zwiększania obciążenia treningowego po kontuzji i rozsądnego podejścia do powrotu do pracy, po ostatnich naszych problemach w Swoszowicach, nie chciałabym na kolejne zawody pakować się na wariata bez faktycznego przepracowania na spokojnie w domu naszych problemów z ostatnich startów. Do poważnej pracy i skoków wracaliśmy więc na spokojnie, dając Dużemu czas i stopniowo zwiększając obciążenie. Dzięki temu Elbrus gładko i chętnie wrócił do treningu, z nową energią i jakby świeżą głową, a tego właśnie nam trzeba, żeby teraz spokojnie pracować nad naszymi problemami.

DSC_5639

Prawda jest taka, że temat końskich chorób i kontuzji jest dla mnie trochę nowością. Wiadomo, że właściwie cały czas orbituję wokół przeróżnych końskich przypadłości, bo obracam się wśród jeźdźców, a konie jak wiadomo nic sobie nie robią z powiedzenia „mieć końskie zdrowie” (które zresztą musiał wymyślić ktoś, kompletnie nie związany z tymi zwierzętami) i cały czas robią sobie większą lub mniejszą krzywdę. Dosyć często przeżywam kolki, kulawizny, czipy, problemy ze ścięgnami, wrzody i zestawy wciąż niezdiagnozowanych chorób, ale dotychczas były to przypadłości koni znajomych i przyjaciół, a nie mojego własnego. Tak naprawdę miałam bardzo długo szczęście mieć niewielkie doświadczenie w kwestii końskich chorób i kontuzji. Fabian przez pięć naszych wspólnych lat raz miał sarkoida na puzdrze, którego udało się podwiązać i wysuszyć bez specjalnych ingerencji i raz symptomy kolki, ale po lekach rozkurczowych temat się rozszedł po kościach. Elbrus przez ostatni rok miał grudę i ostrzykane plecy. I to by było na tyle. Taka sytuacja, że koniowi nagle znikąd noga puchnie i wisi nade mną widmo większej kontuzji, zabiegów, rehabilitacji czy pobytu w klinice jest dla mnie totalną nowością. Być może dlatego tym bardziej ten temat mnie zestresował i do wizyty weterynarza zdążyłam przerobić w głowie wszystkie możliwe scenariusze, łącznie z takim, w którym Elbrus zostaje najbardziej rozpieszczonym końskim rencistą. Ostatecznie okazało się, że najadłam się tylko strachu, a sprawa okazała się najbłahsza z możliwych, niemniej jednak miałam przez ostatnie dni sporo przemyśleń. Ciężko jest tak na sucho rozważać, co by było gdyby. Łatwo być przyzwoitym i odpowiedzialnym, kiedy się ma całego i zdrowego konia, trudniej wtedy, kiedy staję się twarzą w twarz z decyzją „co dalej?”, a w boksie ma się konia z trwałą kontuzją, wykluczającą z treningów, albo w ogóle z pracy pod siodłem. Cieszę się, że ja z tym pytaniem mierzyłam się tylko w teorii, czekając na wizytę weterynarza i diagnozę, a dzisiaj mogę cieszyć się świadomością, że w stajni czeka na mnie Duży – cały i zdrowy, okrągły jak pączek w maśle, a sprawa opuchlizny i kontuzji ograniczyła się do dwutygodniowego L4, spacerów, schładzania, rezygnacji z wyjazdu na zawody i kilku moich bezsennych nocy, spędzonych na rozważaniu wszystkich możliwych scenariuszy.

galopem_4573

 

Dodaj komentarz