Myler Bit

DSC_2644

W jeździectwie jak wiadomo nic nie jest dane raz na zawsze, a bardzo wiele spośród metod i sposobów pracy z koniem sprawdza się świetnie, ale tylko przez jakiś czas, albo w jakiejś konkretnej formie. W tym sporcie nie można za bardzo przyzwyczajać się do żadnych rozwiązań, a tymczasem ja jestem osobą, która na wielu płaszczyznach bardzo nie lubi zmian. Jak już coś oswoję i do czegoś przywyknę, to ciężko mi z dnia na dzień dokonać zmiany. Tej otwartości na nowe rozwiązania, gotowości do stawiania czoła nowym wymaganiom, problemom i rozwiązaniom, jeździectwo uczy mnie na każdym kroku. I tak, kiedy w końcu przywykłam do jazdy na hackamore, do którego początkowo podchodziłam z rezerwą, którego potem uczyłam się używać jak najlepiej i z którym w końcu zaczęłam czuć się pewnie i precyzyjnie, okazało się, że czas na zmiany. Duży pod wieloma względami chodzi na hacku najlepiej na świecie. Bardzo fajnie pracuje mi się z nim na tym kiełźnie na płaskim. Jest rozluźniony, chętny do ruchu naprzód, nie napiera na rękę, nie wiesza się na nim, nie opiera na przodzie i jest chętny do pracy, ale równocześnie to kiełzno okazało się z czasem nie spełniać już swojej funkcji precyzyjnego narzędzia komunikacji w pracy na przeszkodach.

DSC_1214

Od jakiegoś czasu zaczęliśmy mieć z Dużym problem ze zrzutkami. I nie chodzi tylko o dni, kiedy trening jest w ogóle nieudany i kiepski, ja średnio skoncentrowana, a Elbrus niechętny czy o próby zmierzenia się z trudnymi kombinacjami, ciężkimi najazdami albo wysokimi przeszkodami, nie chodzi też o sytuacje niepasujących odległości ze zbyt bliskim lub zbyt dalekim odskokiem, chodzi o notoryczne zahaczanie o drągi nawet na całkiem małych przeszkodach. Problem oczywiście narastał powoli, a nie pojawił się z dnia na dzień, ale doszliśmy do momentu, kiedy nawet podczas obiektywnie dobrych treningów, kiedy nieźle mi się pracowało z Dużym i tak zbieraliśmy drągi na przeszkodach rzędu 70 cm przy dobrych najazdach i pasującym odskoku. Ja z siodła czułam oczywiście, że coś jest nie tak, bo taka sytuacja zaczęła zdarzać się na tyle często, że nie można było mówić o przypadku, ale nie bardzo umiałam to wrażenie opisać. Ot, było gorzej niż wcześniej. Grzegorz z ziemi zalecał mi spokój i cierpliwość, ustawiając kolejne kombinacje mające pomóc w rozwiązaniu problemu tego wypłaszczania się i zbierania drągów. I to oczywiście przynosiło efekty, ale problem wciąż w mniejszym czy większym stopniu nam towarzyszył. Co więcej taki problem nigdy nie pozostaje w próżni i w efekcie zaczęliśmy odczuwać mały zjazd. Ja też w tym wszystkim nie pozostawałam bez winy, bo nie od dziś wiadomo, że mnie takie długotrwałe problemy i trudności mocno rozstrajają, a im bardziej ja jestem zdekoncentrowana i zestresowana, tym bardziej nerwowy robi się Elbrus, a to już prosta droga do narastania kolejnych problemów i nieporozumień. Prędzej czy później kryzys musiał nadejść, ale paradoksalnie okazał się najlepszym, co mogło mi się przytrafić, bo w związku z tym kryzysem trwającym kilka treningów, co jest dla mnie sytuacją już mocno nie do ogarnięcia, powodującą silny paraliż, na Dużego wsiadł Grzegorz i oczywiście po kilku najazdach zlokalizował i nazwał pierwotny problem, który ja czułam, ale którego nie umiałam określić.

Problem, który okazał się najbanalniejszy w świecie – otóż Elbrus zaczął opierać się na hacku. Nie tak całkiem zwyczajnie, stale wieszać na ręce, tylko opierać na dwie trzy foule przed skokiem. Mógł więc pozornie rytmicznie iść do przeszkody, z ziemi wyglądać na gotowego do skoku, a na parę kroków przed wybiciem oprzeć się na hacku, przenieść ciężar na przód i zamiast skoczyć, przewalić się na drugą stronę przeszkody. Ta odległość dosłownie dwóch trzech fouli do wybicia  totalnie przekreślała możliwość skorygowania oparcia na przodzie, szczególnie na hackamore, które jest kiełznem precyzyjnym, ale przy tym takim, którym nie sposób konia dziubnąć czy obudzić szybkim, krótkim gestem. To nieskorygowane przeze mnie na czas opieranie się na ręce przed skokiem szybko weszło Dużemu w nawyk i w efekcie postępował w ten sposób przed każdym właściwie najazdem. I to właśnie było przyczyną zupełnie płaskich skoków Elbrusa, jego nieszanowania drągów i kiepskiej pracy grzbietu. Tak wylądowaliśmy z powrotem na  wędzidle.

296-thickbox_default

Źródło: jnshop.pl

Może nie tak całkiem z powrotem, bo nie wróciliśmy do tego samego kiełzna i nie zrezygnowaliśmy całkiem z jazdy na hackamore. Na skoki przesiedliśmy się na wędzidło, ale nie zwykłe pojedynczo łamane czy podwójnie łamaną oliwkę jak dotychczas, a na wędzidło Mylera. To oczywiście nie był mój pomysł, tylko naszego Trenera, ja z wędzidłami Myler Bits nie miałam wcześniej bliższej styczności, nie licząc tego, że wiedziałam o ich istnieniu. Jak zwykle podchodziłam do tej zmiany z rezerwą, ale też z pełnym zaufaniem do pomysłów naszego Trenera. Myler Bits to w zasadzie nie jedno konkretne wędzidło a cały system kiełzn, na które składa się dobre kilkanaście modeli przeznaczonych do jazdy klasycznej i westernowej, dla koni na różnym poziomie zaawansowania. Wszystkie te wędzidła łączy kilka specyficznych cech, a więc anatomiczny kształt z zakrzywionym ścięgierzem pozostawiającym miejsce na język, miedziane wstawki, zachęcające do żucia, system ISM czyli budowę pozwalającą na niezależne działanie obu stron (wędzidła wyposażone w ISM mają na środku charakterystyczną rolkę pozwalającą na niezależne ruchy poszczególnych elementów kiełzna), oraz dodatkowe oczka w kółkach wędzidła pozwalające na wpięcie wodzy na dwa sposoby – klasycznie i w dodatkowe otwory wzmacniające działanie wędzidła i ISM. Kiełzna z systemu Myler Bits są podzielone na 4 poziomy ze względu na stopień wyszkolenia koni, dla których są przeznaczone, siłę i rodzaj działania. Razem z Dużym skaczemy na wędzidle typu D z oczkami, z systemem ISM, z poziomu 3.

297-thickbox_default

Źródło: jnshop.pl

To kiełzno ma kilka zalet w naszej pracy, zachęca do żucia,  ma anatomiczny kształt i pozostaje łagodne tak długo, jak długo jeździec działa nim delikatnie, a koń nie napiera i nie szarpie. Pozwala na zadziałanie jedną stroną i „odklejenie” konia przywieszającego się na którejś wodzy, przy swoim anatomicznym kształcie i łagodnym działaniu w stanie spoczynku, pozostaje jednak na tyle konkretne w działaniu, by nie zachęcać do opierania się na nim i przenoszenia ciężaru na przód czy uwalania się na jednej stronie. To oczywiście sprawia, że tym bardziej świadome i wyważone musi być działanie mojej ręki, ale też daje mi dużo większe spektrum możliwości precyzyjnego działania, szczególnie w skokach, w których na hacku trochę straciłam z Dużym połączenie.

DSC_2646

Żadne wędzidło nie rozwiązuje oczywiście wszystkich problemów jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i nie łudzę się, że za sprawą Mylera wszystkie nasze kłopoty i trudności znikną. Dobrze dobrane wędzidło potrafi jednak zapewnić lepsze narzędzie komunikacji, a to już bardzo wiele. Różnica w pracy na przeszkodach na hackamore i na Mylerze jest ogromna. Duży nie opiera się na wędzidle i nie uwiesza na przodzie, przy najeździe na przeszkodę przenosi ciężar na tył i wreszcie skacze, a nie przewala się na drugą stronę przeszkody. Pracuje grzbietem dużo efektywniej i w efekcie nie mamy problemu z notorycznym wypłaszczaniem się i nieszanowaniem drągów. Zupełnie inne mam też odczucia z siodła, skoki stały się i dla mnie naturalniejsze, bo pracując odpowiednio grzbietem Duży poprostu zabiera mnie ze sobą, a nasza komunikacja przy najeździe stała się precyzyjniejsza. Pierwsza jazda na Mylerze i pierwsze skoki na tym wędzidle były dla mnie przede wszystkim wielkim zdziwieniem, bo tak dobrze jeszcze mi się na Dużym nie skakało i takich wrażeń podczas skoków jeszcze na tym koniu nie miałam. Ta zmiana kiełzna otworzyła przed nami trochę nowe możliwości, ale też postawiła przede mną wyższe wymagania.

To nie oznacza, że całkiem pożegnaliżmy się z hackamore, wprawdzie skaczemy już tylko na Mylerze, ale na płaskim na przemian zakładamy to właśnie wędzidło i hacka. W płaskiej pracy hackamore wciąż sprawdza się znakomicie i lubię jeździć na tym kiełźnie. Duży jest na nim trochę inny niż na Mylerze, ale nie opiera się na przodzie jak przy skokach, jest chętny i luźny. Pewnie kiedy na wiosnę wrócimy do wyjazdów w teren, to na wycieczki do lasu też będziemy wybierać hacka. Jednym słowem nie żegnam się z tym kiełznem, ani nie oceniam, które rozwiązanie jest lepsze, bo w jeździectwie nie ma jednej obiektywnie najlepszej drogi, ani jednego obiektywnie najlepszego patentu. Przez jakiś czas najlepsze było dla nas hackamore, teraz już nie jest, teraz lepiej sprawdza się Myler, ale prawdopodobnie gdybyśmy odrazu przeskoczyli ze zwykłego wędzidła na Myler Bit pomijając etap skakania na hackamore, efekty byłyby dużo gorsze. Elbrus skacząc na hacku odzyskał zaufanie do ręki i chęć do ruchu naprzód, ale etap skoków na tym kiełźnie poprostu się skończył i wyczerpał. Ciężko powiedzieć, czy z wędzidłem Mylera zostaniemy już na zawsze, na dłuższą czy krótszą chwilę. Na ten moment świetnie się sprawdza, ale napewno dobrze dopełnia je praca na hackamore, które jest kompletnie jednak innym kiełznem. A w przypadku Dużego zmiana i różnorodność są dobre. Narazie staram się jak najlepiej wykorzystywać to nowe wędzidło i jak najlepiej ukierunkować zaangażowanie i dobrą pracę u Dużego, które ta zmiana kiełzna wywołała.

DSC_2626

1 Comment

  1. Dwie rzeczy:
    1. Spróbuj z dystansu spojrzeć, dlaczego po zmianie kiełzna koń zaczął się na nim wieszać. Nie da się „powiesić” na „niczym” – z drugiej jest Twoja ręka. To zawsze działa w dwie strony… Jeżeli nie znajdziesz przyczyny, z każdym kolejnym kiełznem będzie tak samo. Tylko czasem potrwa to dłużej (kilka miesięcy?), czasem krócej…
    2. Jeżeli możesz sobie na to finansowo pozwolić, zastanów się nad wizytą fizjoterapeuty i dodatkowym badaniem kamerą termowizyjną. Ciągłe odmowy i ciągłe zrzutki mogą mieć związek ze zdrowiem. Można oczywiście bez tego, 99% koni tak chodzi i pomimo sztywności czy innych dolegliwości nie mają problemów przy skokach. Niemniej jednak jeżeli koń ma nawyk odmawiania i zrzucania, to każdy drobny dyskomfort będzie go do tego dużo bardziej prowokował.
    Poza tym podziwiam i kibicuję!

Dodaj komentarz