Konsultacje z Małgorzatą Morsztyn – dzień I

6a-kopia

Jesteśmy z Dużym po pierwszym naszym wspólnym szkoleniu, a przy okazji pierwszym szkoleniu, w którym brałam udział nie jako słuchacz, tylko uczestnik z koniem, czyli po mocno wyczekanych konsultacjach z Małgorzatą Morsztyn. To był bardzo intensywny weekend, więc każdy z dwóch naszych treningów zasługuje na osobny wpis. Małgorzaty Morsztyn nie trzeba chyba nikomu specjalnie przedstawiać – jest to zawodniczka ujeżdżenia na poziomie Grand Prix, zdobywca tytułu Mistrza Polski, finalistka Pucharu Świata. Jest zwolenniczką i propagatorką klasycznego spojrzenia na jeździectwo, pracuje z końmi w oparciu o poszanowanie i świadomość końskiej biomechaniki, ale też ich predyspozycje czy możliwości fizyczne i psychiczne. Sama współpracuje z wieloma znakomitymi trenerami i szkoli wielu jeźdźców zgodnie ze swoim spojrzeniem na jeździectwo.

Dlaczego zdecydowałam się na udział w szkoleniu z trenerem ujeżdżenia? Przede wszystkim dlatego, że pani Małgorzata jest bardzo wszechstronnym szkoleniowcem, takim, który potrafi odnaleźć drogę do źródła problemu bez względu na dyscyplinę. Miałam okazję przyglądać się treningom, które prowadziła w naszej stajni na wiosnę i byłam pod dużym wrażeniem jej metod pracy z jeźdźcami, ale te też umiejętności przekazywania wiedzy w przystępny sposób, pracy z parami na przeróżnym poziomie i z przeróżnymi problemami. Zwyczajnie dobrze słuchało się tych treningów i świetnie się na nie patrzyło, bo pani Małgorzata ma doskonałe wyczucie i umiejętność dotarcia do człowieka, zachowując idealny balans pomiędzy solidną dawką wiedzy i podnoszeniem poprzeczki, a miłym i bliskim podejściem. Mam świadomość, że masa naszych problemów w skokach ma swoje źródło w płaskiej pracy, we mnie samej, w moim jeżdżeniu, ale też w naszej relacji jako takiej. A wiele z nich możemy rozwiązać czy poprawić w ogóle nie ustawiając przeszkód. W tym kontekście udział w konsultacjach z trenerem ujeżdżenia o tak szerokim spojrzeniu na jeździectwo wydawał się dobrym pomysłem. Szczególnie, że miałam ten komfort, że konsultacje odbywały się na miejscu u nas w stajni, więc nie wiązały się z dodatkowymi kosztami i całą logistyką wyjazdu, a przede wszystkim oznaczało to, że będzie mógł w konsultacjach wziąć udział również nasz Trener. Koniec końców cóż z tego, że odbylibyśmy z Dużym najfantastyczniejsze szkolenie, dostałabym dawką nowej wiedzy jak obuchem w łeb, gdybym po tym wszystkim wróciła do domu i nie umiała przekazać tego Trenerowi, a potem sensownie wdrożyć w naszej codziennej pracy.

Udział w konsultacjach jako taki trochę mnie stresował, chociaż mniej niż się spodziewałam. Chyba te kilka wyjazdów na zawody i treningi w innych stajniach nieco mnie oswoiły z obecnością widzów i udziałem w większym wydarzeniu. Chociaż nie ukrywam, że na początku pierwszego dnia byłam trochę spięta samym faktem pracy z innym Trenerem, szczęśliwie ten stres szybko ustąpił skupieniu i koncentracji, kiedy zaczęliśmy faktycznie pracować. Pierwszy dzień był takim momentem zapoznania, określenia problemów i celu naszej pracy podczas konsultacji, ale był też w dużej mierze momentem otwarcia mi oczu i przewrócenia mojego spojrzenia na samą siebie na drugą stronę. Zaczęliśmy od rozmowy, od pytań o to, jak ja sama widzę siebie i swojego konia, czego oczekuje po tym szkoleniu, jak pracujemy na codzień. Fajnie, że na miejscu był ze mną Grzegorz, dodając trochę swojego spojrzenia na nas z Dużym. Na pytanie o to, jakie są moje oczekiwania wobec szkolenia, bez wahania odpowiedziałam, że chciałabym popracować nad dążnością Dużego do ruchu naprzód i naszą współpracą. Opowiedziałam o naszych problemach w skokach, o zatrzymaniach i moim napięciu. Potem Trener przyglądała się naszej pracy z Dużym, cały czas dopytując o to, czy tak wygląda nasza praca zwykle, czy teraz kłus jest dobry jak na Dużego, czy to jest nasz normalny galop, jakie mam teraz wrażenia w siodle. A po kilku minutach zaczęła mówić sama. Na to, co usłyszałam można spojrzeć na różne sposoby. Można powiedzieć, że pani Małgorzata sprowadziła mnie do parteru. Można powiedzieć, że usłyszałam to, co Grzegorz tłucze mi do głowy od długich tygodni, tylko powiedziane innymi słowami i w sytuacji innej niż codzienne treningi. Można też powiedzieć, że był to moment zmiany, otwarcia jakiejś kolejnej przekładki w mojej głowie, a taki moment jest zawsze świetnym i z gruntu miłym doświadczeniem. I każde z tych stwierdzeń byłoby prawdziwe. Ale do rzeczy – co właściwie usłyszałam? Że jeżdżę odwrotnie niż powinnam i muszę całkowicie zmienić swoje podejście i działanie w siodle, że teraz jesteśmy z Dużym trochę osobnymi bytami – ja cisnę i nic z tego nie wynika, a Duży robi, co mu się podoba. A tak się dzieje z dwóch powodów, po pierwsze dlatego, że zamiast wysyłać Dużemu jasne komunikaty i pozwolić mu spełniać moje prośby, cały czas się zaciskam i napinam. Zakleszczam się, cisnę Dużego, nie uzyskuję efektu, więc odpuszczam, żeby zaraz znowu cisnąć. W efekcie nauczyłam Dużego w odpowiedzi na mój nacisk nie ustępować, nie ruszać naprzód, tylko przeczekiwać, aż ja odpuszczę. Drugi nasz wielki problem, który rezonuje na wszystkie płaszczyzny naszej współpracy to fakt, że w tej relacji ja nie jestem szefem. A skoro nim nie jestem, to nie ma powodu, żeby Duży respektował moje prośby, szedł za moimi wskazówkami, robił dla mnie cokolwiek. Moja obecność w siodle nie daje mu poczucia bezpieczeństwa, nie dodaje pewności siebie. Duży zostawiony sam sobie robi co chce, czyli zwykle wybiera drogę po najmniejszej lini oporu, obija się, odmawia, nie idzie naprzód.

4g-kopia

Fot.: Paulina Połeć

Zaczęliśmy od jazdy na lonży. I to był dla mnie pierwszy bardzo ważny moment tych konsultacji. Trener poprosiła, żebym zupełnie nic nie robiła. Szybko okazało się, że Duży idzie o niebo lepiej, jeśli ja nie robię nic, niż jeśli próbuję uzyskać od Dużego dobry ruch naprzód. Potem zajęliśmy się moją pozycją w siodle i lekkim przesadzeniem mnie, przygarbieniem i przeniesieniem ciężaru ciała delikatnie do przodu, tak bym, chcąc przecież przede wszystkim uzyskać od Dużego większą dążność do ruchu naprzód, nie hamowała go przenosząc ciężar ciała do tyłu. Potem zaczęliśmy pracę nad zupełną zmianą sposobu działania moich pomocy. Moim zadaniem było jechać Dużego przy minimalnym użyciu pomocy, miałam w sposób szczególny kontrolować działanie łydek, tak żeby nie zakleszczała się, nie zaciskała łydek i nie działała nimi cały czas. W tym celu w dużej mierze korzystaliśmy z lekkiej pomocy bacika, który nie służył do uderzania Dużego, tylko do takiego lekkiego przypomnienia, bardziej irytującego niż dotkliwego, ale działającego do momentu, aż Elbrus faktycznie odpowie. Zmieniliśmy też tempo. Moim jedynym zadaniem było pilnować cały czas mocnego tempa, dużo szybszego niż to, w jakim pracowaliśmy dotychczas. Równocześnie miałam kontrolować samą siebie – nie miało być moim celem utrzymywanie tego tempa, tylko poproszenie o nie i kontrolowanie, czy Duży idzie w wyznaczonym rytmie. Jeździec nie ma przecież wyciskać każdego kroku czy każdej fouli, ma je dostać w tempie i rytmie, o które poprosił. To staraliśmy się uzyskać. Początkowo już samo odnalezienie się w tym nowym miejscu w siodle, utrzymanie rytmu i nieciśnięcie było ogromnym wyzwaniem. Dopiero kiedy faktycznie poczułam ten nowy rytm i znalazłam tę nową dla mnie pozycję w siodle na obie strony w kłusie i w galopie, zaczęliśmy powoli nabierać kontakt. Tak, by przede wszystkim nie zaburzyć przy tym dobrego rytmu, który udało nam się uzyskać. Moim zadaniem było w pierwszej kolejności uzyskać od Dużego dobre tempo, które sam utrzymuje. Dopiero potem powoli prosić go o zaokrąglenie, nabierać wodze i prosić o przyjście do ręki. Pierwszym odruchem Elbrusa w momencie nabierania wodzy, nawet delikatnego kontaktu, jest usztywnienie, wycofanie i utrata rytmu. I ja w dużej mierze na tę utratę rytmu przy nabieraniu wodzy, przejściu, półparadzie się godziłam. Złościło mnie to, ale właściwie nic nie robiłam poza dalszym napinaniem się w siodle i zaciskaniem, żeby to zmienić. Teraz głównym celem było pozostanie w dobrym rytmie, utrzymanie Dużego przed sobą, bez względu na to, czy jedziemy na luźnej wodzy, na kontakcie, na prostej czy na kole. Po żmudnym ćwiczeniu przejść, dodań i skróceń na lonży, przeszliśmy do naszej samodzielnej jazdy z Dużym, tak żebym faktycznie poczuła, jak powinnam działać bez wsparcia Trener na drugim końcu sznurka. A przy tym zachowała efekty, które udało nam się wypracować na lonży, bez wracania do swoich złych nawyków i pozwalania Dużemu znów się obijać. Wrażenie z tych ostatnich kilku minut jazdy było absolutnie fantastyczne. Okazało się, że wystarczy, że skupię się na tych trzech elementach – dobrym rytmie w pierwszej kolejności, własnym rozluźnieniu i działaniu jak najmniej i pozostawaniu w równowadze bez przeprostu, napięcia w lędźwiach i odchylania się, żeby nasza komunikacja z Dużym, współpraca się poprawiły, a Elbrus zaczął zupełnie inaczej pracować, pchać się od zadu, rozluźniać i być ze mną. Jako, że był to trudny i ciężki dla Dużego trening, to zakończyliśmy stępem w ręku i pracą nad ustawieniem naszych relacji również z ziemi, nad koncentracją Dużego na mnie, nad jego uważnością, podążeniem i moją komunikacją z nim już na tym poziomie z ziemi. To był bardzo pouczający moment treningu i jakby dopełniający rozmowy o mojej roli w relacji z Elbrusem, która musi się zmienić, szczególnie przy naszym treningu, problemach z zatrzymaniami na przeszkodach, z zaufaniem, ale też egzekwowaniem moich komunikatów w siodle, jednym słowem z moim byciem szefem.

4e-kopia

Fot.: Paulina Połeć

To, co zrobiło na mnie duże wrażenie już pierwszego dnia konsultacji z Małgorzatą Morsztyn, to sposób pracy z daną parą oparty o jej dynamikę i charakter. W pierwszych piętnastu minutach naszego treningu potrafiła określić, jakim ja jestem człowiekiem i jak to się przekłada na moje bycie jeźdźcem oraz jakim koń jest Duży i jak układa się nasza relacja. Pracując z nami brała pod uwagę nie tylko błędy i problemy techniczne, ale w równym stopniu dynamikę naszej relacji. Fajnie, że cały czas wciągała mnie w ten trening jeszcze mocniej, dopytując, jak teraz się czuję w siodle, jakie mam wrażenie, jak mogłabym je opisać. To nie tylko dawało obraz tego, jak dany moment treningu odbieram z góry, ale pomagało mi utrwalić w głowie i w ciele to uczucie, do którego potem samodzielnie będę miała dążyć. Szybko zwróciło też moją uwagę, jak często Trener chwali konia. Wielokrotnie przypominała mi o pochwaleniu Elbrusa i sama ciepło do niego mówiła z jakąś formą czułości i motywacji, kiedy szczególnie dobrze odpowiedział na pomoce, lepiej pracował, albo wyjątkowo się starał. Miałam poczucie, że po jednej stronie są bardzo precyzyjne komunikaty wysyłane do konia, koncentracja na pracy i szybkie egzekwowanie poleceń, a po drugiej ta właśnie ciepła zachęta i pochwała. Zestaw, którego tak bardzo potrzebuje Duży, a którego ja dotychczas nie umiałam mu dać, balansując gdzieś pomiędzy brakiem umiejętności, byciem miłą pańcią, a wściekaniem się, że mój koń mnie nie słucha, obija się i idzie po najmniejszej linii oporu. To był bardzo intensywny dzień i chociaż dużą część treningu spędziłam na lonży, a zaczęłam go od zderzenia z wiadomością, że w siodle postępuje zupełnie odwrotnie niż powinnam, a w ten sposób z tym konkretnie koniem nie mam szans się dogadać, to nawet przez minutę nie miałam poczucia niedosytu, żalu czy frustracji. Wychodziłam z hali z poczuciem, że odkryłam coś nowego, co powinnam była odkryć już dawno temu, ale najważniejsze, że zrobiliśmy właśnie ogromny krok do przodu, zaczęliśmy jakiś zupełnie nowy etap naszej współpracy i komunikacji z Dużym i że ten etap będzie naprawdę świetny. Nie wiedziałam jeszcze, że najlepsze miało dopiero nastąpić podczas drugiego dnia treningów. CDN.

Dodaj komentarz