Kaja, myśl!

DSC_2940

Miałam ostatnio sporo okazji do pracy pod okiem Trenera, a więc szlifowania tematów skokowych w nieco większym wymiarze niż nasze standardowe dwa dni w tygodniu. W efekcie mam poczucie, że nasza współpraca poszła mocno naprzód, a mnie w kwestii pracy na przeszkodach skrystalizowało się w głowie kilka refleksji. Gdybym miała podsumować te ostatnie tygodnie naszej solidnej pracy jednym tylko zdaniem, to powiedziałabym „Wszystko zaczyna się w mojej głowie”.

DSC_2943

Nie jest nowością, że stres i nerwy bardzo często biorą nade mną w siodle górę. Łatwo ulegam lękom, presji, stresowi, zapowietrzam się, nadymam i napinam. Tak było z Fabsem i tak było z Dużym, chociaż w zupełnie inny sposób i na zupełnie innych płaszczyznach. To, co stresowało mnie z Fabianem, kompletnie nie rusza mnie z Elbrusem, ale nerwy i brak pewności siebie i tak częstokroć mną rządzą, a ilekroć wydaje mi się, że przepracowałam temat, odkrywam kolejne problemy, których pierwotną przyczyną jest jakieś moje napięcie, niepewność i wstrzymanie oddechu. Kiedy zaczynaliśmy skakać z Dużym, paraliż dopadał mnie na każdym kroku. Wystarczyło kilka tygodni i kilka serii widowiskowych sliding stopów, które zaserwował mi Elbrus, żebym do każdej przeszkody podjeżdżała z jakąś siedzącą gdzieś z tyłu głowy niepewnością, o to czy Duży zdecyduje się w ogóle spróbować ją pokonać. To jest oczywiście najgorsze, co można zrobić, a już szczególnie na tak niepewnym z natury koniu. Jest już wprawdzie znacznie lepiej, pracujemy nad tym w zasadzie od września, czasem z lepszym a czasem z gorszym wynikiem, ale wciąż nasza praca w dużej mierze orbituje wokół pewnego, świadomego i spokojnego dojeżdżania do przeszkody. Jej efekty już teraz są oczywiście ogromne. Dużemu wciąż zdarza się czasem odmówić, chociaż jest to już problem raczej sporadyczny, a same odmowy w zasadzie zawsze następują w odpowiedzi na jakiś mój rażący błąd.

DSC_2873

Ostatnie tygodnie naszych treningów to w dużej mierze koncentracja na pracy nad kolejnym moim wielkim problemem. A mianowicie totalnym paraliżem, który ogarnia mnie podczas skoków. Bardzo długo nie miałam świadomości tego problemu. Wydawało mi się, że tak po prostu jest. Zaczynam skakać i skaczę, ale trochę jakbym przestawała jeździć. Jakbym nagle straciła zdolność działania dosiadem, władzę w nogach i przede wszystkim mózg, jakbym mogła tylko siedzieć i biernie czekać na skok. Jak tylko zaczynałam skakać, świat jakby przyspieszał, a ja nie miałam czasu na korektę i reakcję. W takim trybie pracowałam już z Fabsem, co oczywiście widzę wyraźnie dzisiaj z perspektywy. Potrafiłam przecież całkiem fajnie i miło pracować z nim podczas rozgrzewki, a potem jakby kompletnie wyłączyć się i po kilku pierwszych skokach stracić wszystko, co wypracowałam przez pierwszą połowę jazdy. W dużej mierze dlatego Fabian nie potrafił równo i rytmicznie galopować do przeszkody, szybko robił się sztywny i przede wszystkim często był podczas skoków poza moja kontrolą. Tak naprawdę to nie on się wyłączał, kiedy widział przeszkody, tylko ja. Z Dużym było podobnie, albo nawet gorzej, bo wyłączyłam się tym bardziej, że dodatkowo paraliżował mnie stres przed odmową.

DSC_2914

Prawda jest taka, że Grzegorz próbował uświadomić mi ten problem już dobre pół roku. Tyle że mnie musi coś czasem kliknąć w głowie, muszę sama dostrzec i poczuć różnicę. Nie chodzi przy tym o to, żebym nie wierzyła czy kwestionowała jego opinie, po prostu usłyszeć, a samemu poczuć to jakby dwa poziomy zrozumienia problemu. Czasem wystarczy jakaś drobna, pozornie niewiele znacząca sytuacja czy chwila w siodle, żebym faktycznie zrozumiała i poczuła, co Trener tłucze mi do głowy od miesięcy, a czasem potrzebuję splotu kilku okoliczności, sytuacji i ćwiczeń. Tak było tym razem. Pierwszym ważnym momentem było kilka treningów jeszcze w styczniu, podczas których przenieśliśmy ciężar uwagi ze skoków na płaską pracę i skupiliśmy się na próbie utrzymania efektów tej płaskiej pracy i mojej koncentracji podczas samych skoków. Nie chodziło o to, żeby skakać wyżej, więcej czy trudniej, tylko żeby utrzymać moje skupienie, nie pozwolić mi przejść w tryb „skaczę i przestaje jeździć”, a żeby Duży przy tym został na pomocach i dobrze galopował. Po długiej rozgrzewce skakaliśmy więc proste i niskie stacjonaty, a ja miałam myśleć tylko o galopie, a nie o skoku, jakbym chciała przejechać przez przeszkodę, a nie ją skoczyć. Te kilka treningów skoncentrowanych na dobrym galopie i dojeżdżaniu do przeszkody na pomocach uświadomiło mi (jak śmiesznie i żenująco, by to nie brzmiało), że dojeżdżając do przeszkody wciąż mam łydki i dosiad, a co więcej mogę ich używać. Dotychczas wyjeżdżając na prostą przed przeszkodą byłam zabetonowana od pasa w dół. Czekałam w dużej mierze całkiem biernie, aż dotrzemy do przeszkody, czasem widziałam, że odległość nie pasuje, albo czułam, że Elbrus jest niepewny, ale siedziałam jak sparaliżowana, czekając na rozwój wypadków. W efekcie czasem skakaliśmy, a czasem nie. Intensywna, ale przy tym spokojna praca na niskich przeszkodach nauczyła mnie używania łydek, korygowania ewentualnych błędów, korzystania z czasu, który pozostał do skoku. Co w połączeniu z nieco większym panowaniem nad moimi nerwami sprawiło, że dojazd do przeszkody jakby się wydłużył, a ja zaczęłam z niego korzystać.

DSC_2898

W książce „Sekrety i metody mistrza” Michela Roberta, którą ostatnio przeczytałam, a która zrobiła na mnie spore wrażenie, autor podkreśla w wielu miejscach, że obowiązkiem jeźdźca, takim samym jak praca nad elastycznością, stabilnością i precyzją działania pomocy – jest praca nad swoim opanowaniem, nad kontrolą emocji, wyłączaniem nerwów. Nad myśleniem i analizą sytuacji podczas jazdy. Ile razy słyszałam „Kaja, myśl!” od naszego Trenera po tym, jak po raz kolejny popełniłam jakiś żenująco podstawowy błąd, wiemy tylko ja i Grzegorz, ale jest to dużo więcej razy, niż chciałabym przyznać. Długo wydawało mi się, że to taki pusty i nic nie wnoszący ochrzan. Do czasu, kiedy to wszystko mi się nie poukładało w głowie i kiedy nie zrozumiałam, że to „niemyślenie” to tak naprawdę taki sam błąd, jak bezsensowne przytrzymanie wewnętrznej wodzy prowadzące do wyłamania, jak wyjście za wcześnie do skoku, po którym Duży się zatrzyma, usztywnienie barków, zakleszczenie kolan czy inny prozaiczny i czysto mechaniczny błąd. Bo myślenie to taki sam obowiązek jeźdźca jak utrzymywanie elastycznego kontaktu na wodzy, jak dosiad podążający za ruchem konia, jak precyzyjne działanie łydek.

DSC_2948

Kolejna sytuacja, która przyczyniła się do odblokowania jakiejś przekładki w mojej głowie, to tak naprawdę splot kilku moich paskudnych jeździeckich cech i jeden bardzo kiepski trening. Ale od początku. Mam od zawsze taką głupią tendencję do ścinania zakrętów po przeszkodzie. To tak naprawdę nie jest świadome działanie, tylko bierne przyzwolenie na to, żeby wszystko, co pomiędzy przeszkodami działo się samo. Mam też taką paskudną i wstydliwą przypadłość, że czasem kłócę się z Trenerem. Zwykle te dyskusje nie dotyczą kwestii merytorycznych, tylko są takim pustym wyładowaniem emocji. Nerwy biorą nade mną górę i wybucham, ale oczywiście w połowie dyskusji(ba! czasem po pierwszej wymianie zdań) już wiem, że nie mam racji. Cóż z tego skoro złość we mnie kipi i brnę dalej, tylko po to, żeby po godzinie od treningu dzwonić z przeprosinami i się kajać. Tym razem kłóciłam się o moje ścinanie zakrętów, zarzekając się, że tego nie robię, chociaż każdy, kto chociaż raz widział jak skaczę, wie, że ścinam notorycznie. Ta jałowa i żenująca dyskusja, a potem kosztujące mnie dużo kajanie się i przeprosiny, zmusiły mnie do skupienia się na tym kiepskim nawyku i uświadomiły mi, że ścinanie zakrętów to tak naprawdę kolejny objaw mojego wyłączania się i niemyślenia podczas skoków. A jego efektem jest nie tylko ryzyko potknięcia, tracenie równowagi i rytmu, ale też utrata kontroli nad Dużym, która później rezonuje na kolejne skoki. Skoro nie panuje nad koniem po przeszkodzie, nie decyduję o tempie i kierunku jazdy po skoku, to czemu ten koń ma mnie słuchać przed kolejna przeszkoda, czemu ma się wycofać, dojechać mocniej albo wreszcie czemu ma w ogóle skoczyć zamiast ominąć przeszkodę. To najbanalniejsze w świecie dobre wyjeżdżanie zakrętów po skoku, pilnowanie wyprostowania i niepozwalania na ścinanie sprawiło, że każdy kolejny skok stał się ciut lepszy i jakby łatwiejszy, a Duży pozostawał pod moja kontrola. Jadąc kombinacje kilku przeszkód jestem teraz w stanie – o ile nerwy trzymam na wodzy, a mózg mam cały czas aktywny – zachować równe tempo i cały czas mieć Dużego pod sobą, nie tracąc kontroli z każdym kolejnym skokiem, bez efektu dojeżdżania do ostatniej przeszkody w totalnej rozsypce i na wariata. Osobną kwestią jest to, że dzięki koncentracji na utrzymaniu Dużego w ryzach po skoku, przestaję się tak fiksować na samej przeszkodzie i MYŚLĘ.

DSC_2897

Błędy, pomyłki i gorsze dni to wciąż oczywiście nasz chleb powszedni, ale jednak jakość naszej pracy przez ostatnie tygodnie trochę się zmieniła. Włączyłam myślenie, a to sprawiło, że przestałam być bierna podczas pracy na przeszkodach. I odkryłam, że mam czas. Wcześniej miałam wrażenie, że w podczas skoków wszystko dzieje się błyskawicznie a ja nie mam czasu ani możliwości wpłynięcia w jakikolwiek sposób na to, co się dzieje. Teraz wydaje mi się, że mam tego czasu całkiem dużo. Na analizę sytuacji, podjęcie decyzji i na korektę. Nagle okazało się, że nawet w szeregu na jedną foulę jest miejsce na poprawkę w zależności od tego, jak wskoczymy w pierwszy człon szeregu, o ile oczywiście zachowam spokój, kontrolę i zimną krew. Okazało się też, że przy takiej czujnej i świadomej jeździe jestem w stanie przy kolejnym skoku wprowadzić korektę Trenera, a przynajmniej spróbować to zrobić. Ostatnie tygodnie naszych treningów to dla mnie przede wszystkim poczucie, że z każdą jazdą odkrywam coś nowego i robię kolejny maleńki krok w naszej współpracy i komunikacji z Dużym. Kolejne wielkie wyzwanie, to zapanowanie nad nerwami, kiedy mam na hali widzów i więcej koni, ale o tym innym razem.

DSC_2933

6 Comment

  1. Wszystko zaczyna się i kończy na głowie. Ja ostatnio przez to zawaliłam zawody, bo nerwy wzięły górę. To jest najtrudniejsze do przepracowania, ale jak już kliknie to efekty są super, nam w domu udaje się już prawie Wszystko, na rozprężalni też. Małymi krokami do przodu, świadomość problemu to połowa sukcesu :-)

    1. Kaja says: Odpowiedz

      Zdecydowanie! Stres i nerwy to chyba największy wróg jeźdźca, trzeba umieć się wyłączyć na zewnętrzne bodźce i być „tu i teraz” tylko z koniem. Wiadomo, że na zawodach jest najtrudniej, ale podziwiam, że w domu i na rozprężalni umiesz się już skoncentrować, na zawodach też pewnie w końcu kliknie! u mnie to jeszcze tak nie działa, ale sztuka czyni mistrza, więc liczę, że i mnie w końcu wyłączy się ten stres i nauczę się panować nad nerwami. W tym sezonie będe miała okazję spróbować zmierzyć się z tym wyzwaniem i na zawodach. 😉

  2. Maria says: Odpowiedz

    Sory ale już jakiś czas temu rzuciło mi się to w oczy. Czy naprawdę potrzebujesz zakładać ostrogi aż tak wysoko jeśli twoja łydka jest niestabilna i z każdym krokiem lata sobie swobodnie po boku konia?

    1. Kaja says: Odpowiedz

      Nie ma za co przepraszać! 😉 Jak się publikuje w internecie swoje zdjęcia i teksty, to trzeba się liczyć z tym, że każdy może komentować i oceniać, to co się umieszcza na blogu, a te oceny i komentarze mogą nie zawsze być miłe i pochwalne. Więc ja się absolutnie nie gniewam. Temat ostróg poruszył już ostatnio ktoś na FB. Nie wiem, czy uczestniczyłaś w tamtej dyskusji. Myślę, że tam z grubsza wyjaśniłam sytuację, ale chętnie wyjaśnię i tutaj. W ostrogach jeżdżę tylko i wyłącznie pod okiem naszego Trenera zgodnie z jego zaleceniem, a że mam do niego pełne zaufanie w kwestii naszego treningu, trybu pracy i doboru sprzętu, to ufam mu również w kwestii ostróg. Wiem, że nie jest to osoba, która wybiera drogi na skróty i pozwala, by aspiracje i ambicje jeźdźca przysłaniały dobro zwierzęcia, wiem też, że nie pozwoliłby mi na bezsensowne dziubanie Elbrusa ostrogami przy niestabilnej łydce. Osobna sprawa, że Duży w temacie skórnym jest totalnym delikatesem, więc przy takiej niestabilnej łydce, kłującej go ostrogami byłby podziurawiony po bokach. Ale do rzeczy. Duży jest koniem specyficznym, ze swoim konkretnym bagażem doświadczeń. Koniem bardziej do tyłu niż do przodu, jeżdżonym przez ostatnie lata przez wysokiego, silnego mężczyznę, zawsze na ostrogach. Już sam fakt, że jestem w stanie bez problemu porozumiewać się z nim bez ostróg w płaskiej pracy, jest dla mnie małym-wielkim sukcesem. W pracy na przeszkodach ostrogi są tą dodatkową pomocą czasem niezbędną, żeby szybko i precyzyjnie przekazać komunikat. Tak, używam ich, podobnie jak używam bata, jeśli łagodniejsza forma, głosowa czy delikatną łydką prośby o wzmocnienie tempa czy wydłużenie wykroku nie działa. Staram się być zawsze fair wobec Dużego karcąc go czy egzekwując swoje polecenia, nigdy nie działam z zaskoczenia, zawsze uprzedzam półparadą i łagodną prośbą i zawsze odpuszczam jak tylko Duży odpowie. Przy tym wszystkim nigdy nie twierdziłam, że moje umiejętności są duże i satysfakcjonujące, nigdy nie aspirowałam do miana znawcy czy eksperta, zawsze podkreślam, że „wciąż się uczę” i „wciąż czuję niedosyt”, że nigdy własciwie nie jestem w pełni z siebie zadowolona. Mam nadzieję, że taki wydźwięk ma też mój blog. Więc zgadzam się z tym, że nie zawsze działam tak precyzyjnie jak bym chciała i owszem, popełniam błędy.Chociaż pewnie sama nie powiedziałabym o swoich łydkach, że są „niestabilne i z każdym krokiem latają sobie swobodnie po boku konia”, to przyznaję, że w tej dziedzinie też popełniam błędy. Co do położenia ostrogi, to wytłumaczenie jest proste i bardzo przyziemne – mam zniszczone i uszkodzone przy zamku czapsy (Pascuello, bardzo nie polecam!). Ostrogi zsuwają się z nich całkiem w dół, a zamek odpina. Przy takim ułożeniu całość z grubsza się trzyma. Czeka mnie oczywiście zakup nowych, aczkolwiek budżet na wydatki jeździeckie, czy jakiekolwiek inne moje przyjemności pochłonęły ostatnio suplementy Dużego, Ungulat i treningi. Więc czapsy muszą niestety poczekać. Mam nadzieję, że wyjaśniłam sprawę. :)

  3. Agnes says: Odpowiedz

    Jak czytam co piszesz, to mam dokładnie tak jakbym sama mogła to napisać. Ścinanie zakrętów po przeszkodzie gdzie kon już ładuje na pamięć do następnej po najmniejszym możliwym łuku to norma. Teraz przed kazdym parkuem staram sie robic sobie pełną wizualizację całego toru, gdzie chcę zrobic zakręty i wyobrażam sobie poprawnie wykonany skok i ostatnio zauważam jakąś poprawę. Niestety ciagle mam problem z tym zeby aktywnie zadziałać łydkami przed samym skokiem. Chyba jestem na tym etapie jak piszesz, ze jeszcze nie potrafię tego skoordynować i liczę na to, że kon sam podejmie decyzję. I niestety szczerze boję się wyższych przeszkód. Jezdze na arabku i chociaz wiem ze pod moją trenerka skacze takie przeszkody to mi się to na razie wydaje niemożliwe.

    1. Kaja says: Odpowiedz

      Wizualizowanie przeszkód jest super metodą, Michel Roberts też to poleca jako formę przygotowania do przejazdu na zawodach. Ja w ramach pracy nad ścinaniem zakrętów staram się cały czas myśleć o trasie, o tym gdzie dokładnie chcę jechać. Z wysokością przeszkód to jest chyba indywidualne strasznie, mnie się lepiej skacze te ciut wyższe (jak na nas oczywiście) przeszkody, Duży jest wtedy lepszy, odskok lepiej mi pasuje, a ja nie kombinuje bezsensu, tylko wycofuję się i czekam na skok. Fakt, że na wszystkie te problemy, na nieaktywną łydkę i stres najlepiej działa chyba po prostu jeżdżenie. Na to przynajmniej liczę, że coś mi w końcu kliknie w głowie i zacznie lepiej działać. 😉 Trzymam za Was kciuki! <3

Dodaj komentarz