Jak to jest z tymi ostrogami?

DSC_3288

Ostatnio na blogu parokrotnie padło pytanie o moją jazdę w ostrogach, o to dlaczego w ogóle ich używam i czy przy moich umiejętnościach nie robię Dużemu krzywdy. Wywiązała się z tego niezła dyskusja, sporo głosów było mocno krytycznych, o co wcale się nie gniewam, bo tak właśnie wygląda prowadzenie bloga, że czasem jest się obiektem dyskusji i krytyki, a nie tylko głaskania po głowie i pochwał. To zresztą gdzieś tam w ogólnym rozrachunku świadczy o tym, że ci co śledzą bloga faktycznie czytają, oglądają, ale też jeżdżą i mają swoje zdanie. A to mnie tylko cieszy. Mam jednak poczucie, że temat wracał już tyle razy, że nie odnieść się do niego byłoby jednak chowaniem głowy w piasek i uciekaniem przed konfrontacją czy trudnym tematem. Mam przy tym wrażenie, że chociaż oczywiście ani zdjęcia, ani tym bardziej filmy nie kłamią, to czasem są, podobnie zresztą jak to, co widzimy na parkurze, ułamkiem całego obrazu kompletnie wyrwanym z kontekstu, który bardziej zakrzywia prawdę, niż ją oddaje i to może być powodem tego całego zamieszania i dyskusji.

To jak to jest z tymi ostrogami? Zacznijmy od Elbrusa. Duży jest z natury koniem bardziej do tyłu niż do przodu. Dotychczas był jeżdżony przez dobrze zbudowanego, wysokiego jeźdźca, raczej po męsku, na mocnym kontakcie i w mocnej łydce, a przy tym większość swojego życia pracował na ostrogach. Od początku miałam z nim spory problem z utrzymaniem dobrego, równego rytmu, z aktywnym galopem, choćby i zupełnie na luzie. Duży średnio reagował na moją łydkę, w galopie bardziej podskakiwał przodem niż faktycznie galopował. To właśnie równy galop w dobrym tempie i z zachowaniem rytmu był pierwszym i najbardziej elementarnym celem naszej pracy i pierwszym problemem w pracy na przeszkodach i ważną, jeśli nie główną przyczyną odmawiania przez Dużego skoków.

galopem_6041

Głównym obiektem dyskusji było moje działanie ostrogą pomiędzy przeszkodami. Duży wciąż ma tendencję do tracenia rytmu w dystansie . O ile skaczemy sobie na rozgrzewkę małe stacjonatki, to może sobie leniwie patatajać (chociaż i tego staram się unikać), ale kiedy zaczynamy skakać już nieco wyższe przeszkody albo trudniejsze dla nas kombinacje, to Elbrusowe galopy rodem z oddziału geriatrycznego są już nie do przyjęcia, bo z takiego braku rytmu i impulsu Duży nie ma się ani z czego wycofać do przeszkody, ani jak ją pokonać. Jeśli więc w dystansie czuję, że Elbrus gaśnie, przestaje galopować, a zaczyna podskakiwać przodem, to proszę go o utrzymanie dobrego aktywnego galopu, najpierw głosem i łydką, a jeśli to nie zadziała, to ostrogą i batem. Podobnie, jeśli dojeżdżamy do przeszkody i widzę, że odskok nie pasuje, a Duży nie odpowiada na moją prośbę o wydłużenie fouli, to używam ostrogi i bata, bo też na kilka fouli do przeszkody nie mam czasu na prośby i tłumaczenia, że jak mnie nie posłucha, to będziemy się zaraz do oksera wybijać z piątej nogi. Ten scenariusz testowałam już z Fabianem i bardzo dziękuję za taki układ, w którym koń dojeżdża do przeszkody, jak go fantazja poniesie i wybija się wtedy, kiedy poczuje taką potrzebę, bez względu na to, czy ten scenariusz ma szansę powodzenia czy nie. Nauczona doświadczeniem, od Elbrusa wymagam w pracy na przeszkodach komunikacji i szybkich odpowiedzi na moje prośby. Właśnie dlatego na treningi ubieram ostrogi, podczas gdy w samodzielnej, płaskiej pracy, która pozostawia większy margines błędu i problemów komunikacyjnych, radzę sobie bez nich.

Duży pracuje przez godzinę dziennie i przez tę godzinę chciałabym, żeby był ze mną. Skupiony i nastawiony na pracę. Biorę poprawkę na to, że może mieć gorszy dzień, wstać lewym kopytem, może go strzykać, albo może mieć gorsze bio, ale chciałabym, żeby tę godzinę przynajmniej był ze mną, z lepszym lub gorszym wynikiem. To oznacza, że proszę i wymagam, żeby odpowiadał na pomoce, co znowu wiąże się z tym, że jeśli Duży nie odpowiada na łagodne prośby, to używam również bata czy ostróg. I wcale nie uważam, żeby było to podejście niesprawiedliwe, krzywdzące czy agresywne. Egzekwując swoje prośby staram się być zawsze fair wobec Dużego. Zawsze uprzedzać półparadą, jeśli będę o coś prosić, zawsze zaczynać od łagodnej formy – cmoknięcia, czy delikatnej łydki, a dopiero potem wzmacniać nacisk. Staram się zawsze odpuszczać, jak tylko poczuję, że Duży odpowiedział na moje sygnały. I nie robić przy tym głupot – nie dziubać go bezsensu ostrogami, nie zakleszczać się nogami na jego bokach powodując permanentny nacisk, nie szorować piętami po bokach, nie ostukiwać bacikiem, ale też nie wisieć na wodzy, nie poszarpywać, nie pozwalać, żeby emocje i nerwy brały nade mną górę. Używam zarówno ostróg, jak i bata, czasem stanowczo, czasem kilka razy, ale tylko wtedy, kiedy faktycznie czuję, że jest to niezbędne, nigdy nie używam ich jako pierwszych form komunikacji.

DSC_3266

Ostrogi ubieram tylko na treningi, czyli wtedy kiedy skaczemy i pracujemy pod okiem naszego Trenera. Po pierwsze dlatego że w płaskiej pracy mogę sobie pozwolić na większy margines błędu i bardziej spowolnione reakcje Dużego, ale też na spokojnie szlifować i korygować naszą komunikację i swoje działanie pomocy. Po drugie dlatego że mam do naszego Trenera pełne zaufanie nie tylko w kwestii samego treningu, jego intensywności, rodzaju i trybu, ale też w kwestii doboru sprzętu i kontroli użytkowania tego sprzętu. Jestem pewna, że przy całym jego nastawieniu na pracę i na wymagania zarówno ode mnie, jak i od Dużego, prędzej kazałby mi samej skakać przez ustawione dla nas przeszkody, niż pozwolił bezsensu dziubać Dużego ostrogami. I to nie jest żart. Jeśli więc ustalamy, że na treningach jeżdżę w ostrogach, to jestem pewna i spokojna o to, że jest to słuszne, a Elbrusowi nie dzieje się przy tym krzywda.

Osobna sprawa, ze Duży jest kosmicznym wręcz delikatesem w temacie skory i sierści. Obciera się od absolutnie wszystkiego i to raczej mocno, a co gorsza w trybie ultra ekspresowym. Od zapięcia moich czapsów, paska przy oglowiu, od części czanki hacka, zreszta zupełnie nie oddziałujących na skore. Te otarcia powstają błyskawicznie przy najmniejszym ucisku, wiec nie bardzo sobie wyobrażam, żeby regularnie pokopywany ostrogami Elbrus nie miał na bokach żadnego śladu.

Tyle o Elbrusie. Teraz o mnie. Zarówno prowadząc bloga, jak i w życiu całkiem realnym nigdy nie siliłam się na bycie ekspertem i zawsze sądziłam, że w jeździectwie moją największą siłą jest świadomość, że nic nie wiem. Miałam poczucie, że jeśli coś równoważy choćby w ułamku moje liczne jeździeckie wady – gorącą głowę, jednozadaniowość, tendencję do usztywniania się, czy nerwy, to jest to właśnie moje nastawienie na uczenie się, na rozwój, moja pokora i świadomość własnej niewiedzy. Przez wszystkie te lata pracy z Fabianem, a teraz z Elbrusem pycha nigdy nie wzięła nade mną góry, nigdy nie miałam poczucia, że wiem już tyle, żeby występować w roli eksperta. Jestem zresztą raczej typem wiecznie z siebie samej niezadowolonym, takim, który zawsze coś by w sobie poprawił, zawsze czuje głód i zawsze wyraźniej widzi błędy, a nie ogólny choćby i niezły obraz. Jak bardzo jestem z siebie zawsze niezadowolona i jak silne mam poczucie, że wciąż nic nie umiem wiedzą najlepiej mój Mąż i Trener, którzy najczęściej wysłuchują moich żalów i ubolewań nad własną ułomnością. To niezadowolenie ogniskuje zawsze na mnie samej, a nie na koniu. I nade wszystko wiem, że wciąż się uczę i popełniam masę błędów. Nigdy nie twierdziłam, że jest inaczej. Sądziłam, że tu na blogu udaje mi się odzwierciedlać moje spojrzenie na siebie samą i na swoje jeździectwo. Czyli spojrzenie na osobę, która wciąż się uczy i wciąż jest bardzo na początku drogi. Chętnie i zupełnie bez bicia przyznaję się więc, że popełniam błędy, takie, których jestem świadoma i nad którymi pracuję, ale też takie, których nie widzę i nie czuję. Notorycznie zakleszczam w siodle kolana, cofam łydkę, usztywniam barki, zdarza mi się zbyt często używać wewnętrznej wodzy, wychodzić za wcześnie do skoku w wyniku absurdalnego widzenia odległości do przeszkody i popełniać całą masę innych błędów. Przy tym wszystkim mam jednak poczucie względnej świadomości swojego ciała w siodle, to nie jest jeszcze pełna świadomość ani tym bardziej kontrola, bo gdybym je miała, to nie potrzebowałabym  ani trenera, ani żmudnego szlifowania swoich błędów. Ta względna świadomość oznacza dla mnie, że z grubsza jednak panuję nad swoim ciałem, nie poszarpuję, nie pokopuję, nie rzucam się po siodle jak worek ziemniaków, a chociaż nie zawsze jestem w stanie odrazu i bezbłędnie wprowadzić w życie poprawki i korekty Trenera, to umiem nadać dzięki tym uwagom kierunek swojej pracy i szukać rozwiązania problemu, a i samodzielnie przynajmniej z grubsza wyczuć, ze coś robię źle, nawet jeśli nie umiem rozwiązać danego problemu.

DSC_3309

To wszystko znaczy, że z całą pewnością zdarza mi się popełniać błędy, zdarza mi się działać zbyt mocno, w zły sposób albo w złym momencie, ale daleka jestem w tym działaniu od bezmyślnego kopania Dużego ostrogami. Zresztą nie muszę się opierać tu tylko na własnych wrażeniach. Właśnie dlatego, ze wiem, ze nic nie wiem, jeżdżę pod okiem Trenera. Po to, by się rozwijać, uczyć się i być lepszym jeźdźcem, ale też by nie musieć opierać się tylko na własnych często przecież mylnych odczuciach, by nie popełniać głupich błędów i podchodzić do naszej wspólnej pracy z Elbrusem w sposób zrównoważony.

Dobro Dużego jest dla mnie zawsze priorytetem. Koń nie jest dla mnie tylko narzędziem do realizacji własnych ambicji czy własnej pasji, jest dla mnie partnerem, wobec którego zawsze staram się być fair, ale też zwierzakiem i przyjacielem o którego dbam najlepiej jak potrafię. Kto mnie zna, ten wie, że jestem tym człowiekiem, który jest w stajni codziennie, nie tylko po to, by jeździć, ale też po to by lonżować, spacerować, zabierać Dużego na trawę, zalewać mu wysłodki, smarować kopyta i po prostu być. Jestem tym człowiekiem, który wstaje o 5:30, żeby spacerować z koniem z grudą i aresztem boksowym, który nawet chwili nie zastanawia się, czy kupić suplement czy mieszankę poleconą przez weterynarza czy kowala, który codziennie szykuje Dużemu porcje bardziej pożywną niż własne śniadanie, który nie ma może 15 czapraków, ale ma za to pokaźną jeździecką bibliotekę i który nigdy nie pozwala, żeby jego ambicje czy chęci brały górę nad zrównoważonym treningiem. W tym podejściu jest oczywiście miejsce na margines jeździeckich błędów, pomyłek i grzechów,  ale nie ma miejsca na bardziej lub mniej świadome bezsensowne dźganie ostrogami. Tego jestem więcej niż pewna.

Przez to wszystko chcę tak naprawdę w kwestii tej burzy o ostrogi powiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze, że z cała pewnością nie robię Dużemu krzywdy, bo jego dobro zawsze jest dla mnie priorytetem. Po drugie, że nie jestem jeździecka alfą i omega i nigdy nie siliłam się na taką rolę, mam świadomość, że wciąż się uczę i popełniam błędy, czasem mniejsze a czasem większe, jeśli wiec coś robię źle, to przyjmuje to z pokorą i zawsze chętnie wysłuchuje uwag innych, szczególnie takich, które mogą mi pomoc zostać lepszym jeźdźcem. Po trzecie, że właśnie dlatego że wiem, jak bardzo wiele przede mną nauki, swoją prace opieram na wsparciu i opiece Trenera. Jego zdanie jako osoby która, przy całej swojej wiedzy czy  doświadczeniu, zwyczajnie też widzi nas z Dużym cztery razy w tygodniu na żywo, będzie dla mnie zawsze nadrzędne wobec innych porad.

To oczywiście nie oznacza, że czytelnicy bloga nie maja prawa do opinii innej niż moja własna – na temat mojego użycia ostróg, stylu jazdy, trybu pracy, doboru sprzętu, decyzji treningowych czy jakichkolwiek innych. Takie jest prawo czytelnika, a ja w gruncie rzeczy cieszę się, że Galopem jest płaszczyzną wymiany zdań, opinii i doświadczeń, nawet jeśli tym razem te opinie są nieco bardziej krytyczne.

galopem_4573

Dodaj komentarz