No to hop!

DSC00159

DSC00041Sądziłam, że powrót do skakania zajmie mi sporo czasu, że będę powoli oswajać się z samym faktem siedzenia w siodle, wracać do formy, nabierać kondycji i pewności siebie, by po kilku tygodniach jazdy zdecydować się na pierwsze przeszkody. Plany planami, a wyszło jak zwykle, czyli pierwsze skoki zaliczyliśmy z Fifim w sobotę.

Wsiadając na Fabiana po raz pierwszy po mojej ciążowej przerwie, z Lilką śpiącą w wózku na ujeżdżalni, powiedziałam sobie, że nie będę ryzykować, nie będę robić rzeczy, których nie będę pewna. Dziecko zmienia perspektywę. Szczególne takie, które jest ode mnie w stu procentach zależne i dla którego mój wybity palec, złamana ręka czy skręcona kostka mogłyby stanowić o poważnej zmianie komfortu życia. Obiecałam sobie więc, że będę ostrożna i rozsądna, dla siebie i dla Lilki. Dziewięć miesięcy temu skoki z całą pewnością kłóciłyby się z tą ostrożnością i rozsądkiem. Razem z Fabianem mieliśmy wtedy problemy z komunikacją, wracaliśmy do pracy nad podstawami, do odzyskiwania przeze mnie kontroli, kierownicy i hamulców, a do skoków było nam daleko. Fabian był uparty i krnąbrny, a mnie paraliżowały strach i brak pewności siebie. Ale przez te dziewięć miesięcy wiele się zmieniło. Ja się zmieniłam i Fabian się zmienił, więc podczas naszych sobotnich skoków czułam się pewnie, spokojnie i bardzo bezpiecznie.

Cała akcja ze skakaniem wyszła mocno spontanicznie. Mój mąż dzielnie towarzyszący mi na ujeżdżalni w roli opiekuna naszej córki i fotografa w jednym zaproponował, żebym skoczyła jakąś małą przeszkodę i tak z jego błogosławieństwem najechaliśmy z Siwym na pierwszą od bardzo dawna, mikroskopijną stacjonatę. Zaczęliśmy może nie najlepiej, bo przy pierwszym skoku Fifi wybił się przynajmniej dwa razy wyżej niż wymagała tego przeszkoda, ale mnie udało się utrzymać w siodle i nie wpaść w panikę, a Fabian przy kolejnym podejściu do przeszkody nie był już taki nadgorliwy. Zarówno w sobotę, jak w niedzielę skakaliśmy z Fabianem raz po raz te maleńkie stacjonatki, a ja za każdym razem nie mogłam się nadziwić, jak bardzo Siwy zmienił się i dojrzał przez ostatnie dziewięć miesięcy.

Prawdopodobnie pierwszy raz miałam poczucie pełnej kontroli najeżdżając z Fabianem na przeszkodę. Siwy miał zawsze skłonność do nakręcania się. Jak tylko zaczynaliśmy skoki, odpalał wrotki i leciał przed siebie, a mnie ciężko było pozbierać go w łuku, posadzić na zadzie i odpowiednio ustawić do przeszkody. Nie chcę przez to powiedzieć, że nasze dotychczasowe skoki opierały się na zupełnej przypadkowości i widzimisię Fabiana, ale jednak miałam poczucie dużo mniejszej kontroli i dużo większego chaosu. Teraz Fifi jest uważny i skupiony, nie nakręca się, najazd jest spokojny i dzięki temu bardziej precyzyjny. Wreszcie mogę powiedzieć, że siedzę na koniu, który czeka na mnie i na moje sygnały. Drugą wielką zmianą jest fakt, że Fabian zaczął podczas skoków używać mózgu, a nie tylko mięśni. Zaczął mierzyć i myśleć. Doskonale oceniał odległość do przeszkody i wydłużał lub skracał foulę tak, by jak najlepiej wybić się do skoku. A co najważniejsze, mam wrażenie, że Fabian otworzył się na współpracę ze mną i to taką, gdzie ja jestem szefem, nauczył się koncentrować na zadaniu i cieszyć się nim.

Nie wiem, czy to skupienie i spokój Fabiana sprawiły, że i ja byłam zupełnie spokojna, pozbawiona obaw i pewna, a może to ciąża i dłuższa przerwa w jeździe tak na mnie wpłynęły. Wcześniej  bardzo trudno było mi cokolwiek zmienić w sposobie, w jaki najeżdżałam na przeszkody czy w swoim dosiadzie podczas samego skoku. Wydawało mi się, że wszystko dzieje się bardzo szybko i mimo, że w głowie kłębiły mi się wskazówki i poprawki, to ciężko było mi wprowadzić je w życie. Dopiero po skoku uświadamiałam sobie, co należało zrobić lepiej. Efekt był taki, że skoki i praca „na płaskim” były dwoma zupełnie różnymi światami, a wszystko to, co udawało mi się wypracować podczas jazd stricte ujeżdżeniowych czy podczas rozgrzewki zwyczajnie dematerializowało się, kiedy zaczynałam skakać. Teraz było zupełnie inaczej. Miałam wrażenie, że podczas najazdu mam masę czasu na przygotowanie się do skoku i zrobienie wszystkiego jak należy. Byłam spokojna i zrelaksowana. Nawet ten pierwszy umiarkowanie udany skok nie wytrącił mnie z równowagi. Nie rozpraszały mnie ani konie jeżdżące wokół nas, ani ludzie kręcący się na ujeżdżalni, ani potencjalne „straszaki” czające się w krzakach.Te pierwsze mini skoki to oczywiście dopiero początek naszej drogi i pracy nad prawdziwymi skokami dla dużych koni, a nie dla szetlandów, ale po ostatnim weekendzie jestem nastawiona bardzo optymistycznie. Oboje z Fabianem bardzo się zmieniliśmy od czasu, kiedy ostatnio mieliśmy okazję pracować na przeszkodach, nauczyliśmy się koncentracji, spokoju i skupienia, a to w skokach bardzo ważne. Mam nadzieję, że uda nam się zachować takie podejście bez względu na wysokość przeszkód, które przed nami staną.

 

Dodaj komentarz