Frustracja – dobra czy zła?

DSC_0690

Jeśli miałabym opisać wszystkie uczucia towarzyszące mi czy kojarzące się z jeździectwem, to musiałabym wystosować tak długi i słodko-patetyczno-grafomański tekst, że bolałyby Was zęby podczas czytania. Ale obok tych wszystkich euforii, satysfakcji i reszty batalionu pozytywnych epitetów znalazłyby się też niepewność, frustracja i niezadowolenie z samej siebie, bo to zdecydowanie uczucia, które towarzyszą mi w jeździectwie na codzień. Jestem bowiem typem wiecznie z siebie niezadowolonym, wiecznie mającym poczucie niedosytu. Nie żebym się po treningach umartwiała i biczowała, ale rozsiodłując konia w boksie nie przybijam sobie piątki i nie mówię „dzisiaj byłaś świetna”. Bardzo często wychodzę z treningu zadowolona z konia, z poczuciem, że zrobiliśmy krok do przodu, ale jednak wciąż towarzyszy mi niedosyt, poczucie, że mogłabym więcej, lepiej, że wciąż mam w zanadrzu całą masę błędów, których jestem przecież świadomo, a których nie udało mi się poprawić. Oczywiście złoszczę się na siebie i noszę w sobie tę ciężką kulę niedosytu i frustracji, ale podobnie jak z innymi towarzyszącymi mi w jeździectwie uczuciami – strachem czy niepewnością – nauczyłam się z tym niezadowoleniem z siebie żyć i czerpać z niego jakąś swoją siłę i impuls do zmiany i pracy nad sobą. Nie wiem, czy gdyby nie ten głód poprawy, to poczucie niezadowolenia z siebie i niedosytu, to wstawałabym codziennie o 5:30, żeby mimo deszczu, paskudnej pogody, zimna i totalnej ciemności jechać do stajni i cisnąć. Oczywiście i z całą pewnością o tak abstrakcyjnej porze zrywa mnie z łóżka przede wszystkim pasja do jeździectwa, po trosze też poczucie, że w stajni mam swój kawałek świata, swoje kilka godzin, kiedy nie jestem mamą, ale frustracja i niedosyt też wiercą mi dziurę w brzuchu.

DSC_0681

Frustracja to w ogóle jest potężna siła pchająca człowieka do zmiany i nie mówię tu tylko o jeździectwie. Mały brzdąc nie zaczyna raczkować czy chodzić, bo z dnia na dzień przeskakuje mu w głowie jakaś przekładka i myśli sobie „od dzisiaj koniec z pełzaniem, czas zacząć przemieszczać się jak człowiek”! Maluch ciśnie, próbuje, pracuje, upada i znowu próbuje właśnie dlatego, że pcha go naprzód frustracja, złość, bo nie może dosięgnąć, dostać się i pójść tam, gdzie by chciał. Jak wielka jest ta frustracja wie tylko ten, kto miał w domu takiego berbecia, co już by chciał, a jeszcze nie umie i w związku z tym wścieka się i ciska gromy. Podobnie jest z mówieniem, u którego źródła leży przecież złość związana z barierą komunikacyjną, złość na mamę, tatę, babcię i resztę świata, co nie rozumieją, że tym razem „yyy-yy” oznacza potrzebę czegoś zupełnie innego niż trzydzieści sekund temu. Ja też podobnie jak mały człowiek staram się swoją jeździecką frustrację przekuć na zmianę, pracę nad sobą i poprawę. To nie jest łatwe i z tym swoim niedosytem musiałam nauczyć się funkcjonować tak, by nie zżerał mnie od środku, nie wyciskał łez po nieudanym treningu i przede wszystkim nie paraliżował. Niedosyt i frustracja są dobre o ile pchają naprzód, do działania, a nie blokują.

DSC_0652

Bardzo długo poczucie niezadowolenia z siebie mnie paraliżowało, ile łez wypłakałam jeżdżąc na Fabsie i napotykając kolejne kryzysy w tej współpracy – wie tylko mój mąż. Jestem typem, który łatwo nie odpuszcza i nie poddaje się nawet, kiedy ma naprawdę pod górkę, więc nigdy ta złość nie doprowadziła mnie do wahania, czy aby tego wszystkiego nie rzucić w cholerę, ale przyznaję, że wielokrotnie była dla mnie powodem zniechęcenia i żalu. Nauczyłam się jednak czerpać z tego mojego niedosytu siłę i inspirację do dalszej pracy nad sobą. Nie umartwiam się po treningu, ale mielę w głowie swoje błędy i niedociągnięcia, oglądam filmiki, analizuję, szukam inspiracji i czytam. Zamęczam mojego męża opowieściami o tym, co muszę poprawić, co mi nie wyszło, co mnie złości. Na koniec staram się swoje błędy z ostatniego treningu sprowadzić do trzech czy czterech punktów, które mam gdzieś z tyłu głowy podczas kolejnego treningu. To muszą być naprawdę skondensowane i wyselekcjonowane zdania, tak żebym jeżdżąc faktycznie miała je w głowie, nie może być ich też za dużo, bo o tylu rzeczach nie jestem w stanie myśleć, równocześnie jeżdżąc, słuchając trenera i korygując bieżące tematy. Wiele z błędów, o których staram się pamiętać przewija się oczywiście na wielu treningach. I tak najczęściej powracające punkty, z którymi wracam na halę to nie zakleszczaj kolan, barki luźno, nie przesiadaj się do środka na zakrętach i wreszcie czekaj na skok, dojedź do końca. Chociaż akurat jutro będę powtarzać w głowie jak mantrę wyjedź dobrze zakręt.

DSC_0676

Swój niedosyt po treningach kompensuję też teorią czyli czytając, szukając i najzwyczajniej w świecie oglądając przejazdy. Książki, artykuły, teksty i szeroko pojęta wiedza teoretyczna to jest taki aspekt wykształcenia jeźdźca, który jest często niedoceniany. Wiadomo, że chciałoby się odrazu wszystko osiągnąć w siodle, ale nie zawsze tak się da, a sporo jest literatury, która potrafi otworzyć oczy i pomóc w rozwiązaniu danego problemu. Nawet w przypadku frustracji takich jak moje, które w dużej mierze wynikają z rozbieżności pomiędzy tym, co wiem, a tym co robię, bo właśnie o to złoszczę się na siebie najbardziej – o to, że popełniam błędy, o których wiem, że są błędami. To nie jest tak, że po treningu mnie ściska, bo nie wiem dlaczego coś mi się nie udało, nie umiem czegoś zrobić i wściekam się na cały świat. We mnie się gotuje, bo doskonale wiem, co robię źle, a i tak w kluczowym momencie ciało, przyzwyczajenie i bezmyślność biorą nade mną górę. Nawet w sytuacjach zmagania się z własnymi nawykami i – nie da się tego ująć łagodniej – własną głupotą, teoria potrafi podpowiedzieć jakiś drobny patent, porównanie, które pomogą w przestawieniu czegoś w mojej głowie. I tak bardzo często wracam do „Harmonii jeźdźca i konia” Sally Swift bo to skarbnica jeździeckich metafor w przystępnej wersji, wracam do notesu pełnego moich własnych notatek z różnych szkoleń, szczególnie tego z Gerdem Heuschmannem, wracam do „Jeździectwa. Skoki przez przeszkody” Anthony’ego Paalmana, bo to taka trochę skokowa Biblia i do wielu innych pozycji mniej lub bardziej przydatnych w danym momencie. Sporo na smutki, żale i złości też oglądam i to najzwyczajniej w świecie przejazdów. Jest kilku takich zawodników, którzy totalnie mnie inspirują i oglądanie efektów ich ciężkiej pracy pomaga przekuć moją własną złość na samą siebie w pęd naprzód. Podobno to ci niepewni, głodni postępu, wiecznie niedość dobrzy pracują mocniej, ciężej i sumienniej, bo gdzieś tam gonią ich własne ambicje i wewnętrzne ssanie. Wiecznie podnoszą sobie poprzeczkę, cisną i szlifują, a w efekcie odnoszą większe sukcesy (czymkolwiek on jest dla danej osoby) niż ci zadowoleni z siebie i pewni własnych możliwości. A przynajmniej tak sobie mówię.

DSC_0648

Dodaj komentarz