Codzienność z rekonwalescentem

DSC_7993

Po trzech tygodniach od kontuzji stwierdzam nieśmiało, że codzienność z rekonwalescentem jest trudniejsza, niż się spodziewałam. Przez 7 lat posiadania koni miałam bardzo dużo szczęścia i ani Fabian, ani Elbrus nie mieli tak naprawdę żadnej kontuzji z prawdziwego zdarzenia. Moje doświadczenie w radzeniu sobie z urazami, powolnym powrotem do formy i niepewnością jest więc żadne, a samo naderwanie ścięgna przez Stefana spadło na mnie totalnie niespodziewanie. Cała ta sytuacja jest więc tak po prawdzie dla nas obojga sporym wyzwaniem. Elementarnym wymogiem rehabilitacji po urazie ścięgna jest areszt boksowy i ruch kontrolowany po twardej nawierzchni. W praktyce oznacza to, że Stefan z bardzo aktywnego trybu życia, codziennego padokowania i w gruncie rzeczy zrównoważonej, ale dosyć intensywnej rutyny treningowej został z dnia na dzień zamknięty w boksie na prawie cały dzień. Ten areszt urozmaicają moje i Natalii wizyty, czyszczenie, masaże, oporządzanie nogi i mniej więcej (z akcentem na więcej) półgodzinne spacery w ręku po drodze między stajnią a padokami. To jednak wciąż około 20 godzin dziennie w boksie. Brzmi strasznie nawet dla mnie, a ja w przeciwieństwie do Stefana wiem dlaczego ten areszt jest nieunikniony.

DSC_7989

Początkowo Blondyn całkiem nieźle znosił tę sytuację. Byłam nawet zaskoczona, że w pierwszym tygodniu byłam w stanie swobodnie spacerować z nim na miękko podszytym kantarze, Stefan grzecznie stał przy chłodzeniu nogi, a wyciągnięty z boksu leniwie wygrzewał się na słonku. Wiadomo, że czasem drgnął albo fuczał, jeśli coś go wystraszyło, albo zaskoczyło, ale jego reakcje nie były ani groźne dla jego naderwanego ścięgna, ani stresujące dla osoby spacerującej z nim. Prawdopodobnie początkowo Stefanowi noga doskwierała z powodu opuchlizny i stanu zapalnego, a to sprawiało, że nie miał specjalnie ochoty na szaleństwa podczas spacerów, a i areszt boksowy i brak pracy był dla niego ot dodatkowym czasem wolnym i odpoczynkiem, a nie frustrującą i męczącą codziennością. Właściwie z dnia na dzień Stefan z miłego kucyka, którego można było podczas spaceru miziać za uchem, zmienił się w chodzącą kulę wściekłości, niespożytej energii i frustracji, która na każdy gest reagowała złością. Blondyn zaczął płoszyć się wszystkiego, każdy dźwięk, ruch powodował jego odskakiwanie, caplowanie i wspinanie się. Nawet jeśli nie płoszył się to, co chwilę pokazywał, jak bardzo roznosi go energia, machał głową, żeby po chwili podskakiwać, próbować podgalopowywać i skakać na boki. Ciężko było utrzymać go w ryzach, a przede wszystkim w stępie. Przy tym wszystkim mocno dawał się we znaki nie tylko jego ewidentny nadmiar energii, ale też frustracja i wściekłość. Stefan – ten miły, łaknący kontaktu z człowiekiem koń, nastawiający szyję do głaskania, szukający kontaktu dzieciak – zaczął podgryzać i podszczypywać i nie były to bynajmniej dziecięce zaczepki. Zaczął na mnie wchodzić, przestał szanować moją przestrzeń, reagował złością na dotyk, był sfrustrowany i w tej frustracji zaczął być agresywny. Do tego doszły też mocno mnie martwiące informacje od stajennych i reszty ekipy, że Stefan w boksie szaleje, bryka i podskakuje. To martwiło mnie nawet bardziej niż jego zachowanie na spacerach, bo o ile na spacerach jestem w stanie nad nim zapanować, o tyle na jego zachowanie w boksie nie mam większego wpływu, a ostatnią rzeczą jaką Stefan powinien robić w ramach swojej rekonwalescencji jest chodzenie na dwóch nogach i bicie rekordów w prędkości przemieszczania się od ściany do ściany. W ten sposób może się okazać, że będę w niego ładować PRP, kwasy, komórki macierzyste i fale uderzeniowe, a mimo wszystkich nowoczesnych terapii świata dziura w ścięgnie jaka była, taka będzie.

DSC_8001

Z każdym dniem frustracja Stefana eskalowała, a oczekiwanie na zamówiony już kantar z łańcuszkiem dłużyło się w nieskończoność. W efekcie Stefan wylądował na spacerach na kolcu. I to było chyba najlepsze, co mogłam zrobić. W normalnych warunkach jestem przeciwniczką patentów i rozwiązań siłowych, kolec brzmiał dla mnie dość dramatycznie, ale uświadomiłam sobie, że to nie są normalne warunki. Jeśli chcę walczyć o powrót Stefana do zdrowia i do sprawności, to nie mogę dopuszczać do sytuacji, kiedy on podskakuje, capluje, bryka i ćwiczy piruety. Fundament jego terapii to oszczędzanie tej nogi i stępowanie po twardej nawierzchni, bez tego nie można myśleć o rekonwalescencji.  To jest teraz priorytet. Nie mogę się bawić w łagodne dyscyplinowanie go, cierpliwe tłumaczenie i oswajanie z nową sytuacją, ryzykując, że w efekcie zacznie się cofać, panikować czy wspinać. Nie mogę się z nim siłować, kiedy roznosi go energia. Nie mogę odczulać go i oswajać na spokojnie ze straszydłami, które w wyniku nadmiaru tej energii widzi na każdym rogu, bo to wiąże się z zagrożeniem, że będzie odskakiwał, galopował w miejscu i ćwiczył chody boczne. Przy tym wszystkim mimo ograniczonych możliwości nie mogę też pozwolić, żeby mi wchodził na głowę i nie szanował mnie. Po pierwsze dlatego, że poradzenie sobie z tymi nawykami, kiedy wrócimy do pracy, będzie ekstremalnie trudne, bo wyląduję z koniem, którego nie dość, że roznosi energia, to który w ogóle nie szanuje człowieka. A po drugie dlatego, że ten brak szacunku i jasnych zasad będzie tylko pogłębiał jego lękowe reakcje na wszystko wokół i dokazywanie na spacerach. Kolec pomógł w rozwiązaniu problemu jego zachowania na spacerach, bo dał mi narzędzie do szybkiej korekty w sytuacjach kryzysowych. Staram się być spokojna i stanowcza. Nie pozwalam na wyprzedzanie mnie, pchanie się i szturchanie. Bardzo stanowczo karcę go głosem za każde złe zachowanie. Staram się rozróżniać sytuacje, kiedy faktycznie się spłoszy i nie karcić go wtedy, tylko uspokajać i wyciszać, od tych kiedy zaczyna dokazywać. Reaguję od razu, kiedy tylko widzę, że zabiera się za dokazywanie, stanowczym „Nie!”, ale jeśli to nie działa, to, tak, używam kolca. Szczęśliwie sygnały, że Stefana zaczyna nosić są jasne, a umiejąc je odczytać, mogę zareagować zawczasu. Paradoksalnie faktyczne użycie kolce zdarza mi się rzadko i zwykle mój głos i postawa wystarczają, żeby Stefan porzucił zamiar brykania i wspinania się, chociaż nieraz widzę, że się przy tym gotuje i złości. Bardzo ważne jest, żebym ja mimo ekscesów Blondyna i choćby mocnej korekty, zaraz wracała do totalnego luzu, bo chociaż Stefan jest aktualnie przepełniony złością i frustracją, wciąż pozostaje tym wrażliwym dzieciakiem, którego nic tak nie stresuje i nakręca jak moje zdenerwowanie. A paradoksalnie w swojej złości i frustracji potrzebuje mojego luzu jeszcze bardziej niż normalnie, bo przecież wynikają one z niezrozumienia tego wszystkiego, co podziało się z jego życiem na przestrzeni ostatnich tygodni.

DSC_7976

Mimo ustalenia granic i zasad, wciąż mamy na naszej trasie ze stajni i z powrotem newralgiczny punkt, który musimy minąć w drodze na nasz spacer w ręku, a potem z powrotem do boksu, gdzie Stefana otchłań totalnie pożera i wciąga. Blondyn wpada na zakręcie w panikę i gotów jest ten fragment trasy przejść na dwóch nogach, albo ćwicząc ciągi w galopie przeplatane zmianami co tempo. I na to miejsce nie ma mocnych, kolec czy nie otchłań jest silniejsza. Szczęśliwie system rozpracowała Natalia, która wspiera mnie w spacerach ze Stefanem, więc boryka się z tymi samymi problemami. Zanim na horyzoncie pojawi się straszny zakręt, należy Stefanowi dać spory kawałek marchewki i kolejny trzymać w pogotowiu. Kolec utrudnia i spowalnia konsumpcję, co zajmuje Blondyna na dłuższą chwilę. Widać i słychać jak nerwowo gryzie, fuka i świeci przy tym białkiem w stronę, skąd otchłań na niego spoziera, ale zajęty memlaniem marchewki nie odskakuje i nie odpala wrotek, a w efekcie udaje się pokonać ten fragment trasy w stępie bez dodatkowych fajerwerków. Jak widać szczęśliwie system jest jednozadaniowy i Stefan może albo jeść, albo się płoszyć. O dziwo korekta zachowań podczas spacerów przełożyła się też i na większy spokój w boksie. Idealnie nie jest, ale rzadziej słyszę o tym, że Stefan w boksie ćwiczył elementy programu Grand Prix przeplatane cyrkowym freestyle’m, a i ja rzadziej jestem świadkiem takich akrobacji. Z całą pewnością w tej poprawie zachowania Stefana i zwiększeniu jego kultury osobistej ma swój udział dieta i suplementacja, które wdrożyłam, a które są nastawione na wyciszanie, tonowanie emocji i nie dostarczanie nadmiaru energii. O tym, co i dlaczego je rekonwalescent, piszę zresztą osobny tekst.

 

DSC_8005

Po USG potwierdzającym naderwanie ścięgna, sporo osób pocieszało mnie mówiąc, że będziemy mieć ze Stefanem czas, żeby naprawdę dobrze się poznać, zaufać sobie  zbudować relację i ja też pocieszałam się tą wizją. Jak na razie rzeczywistość jest bardzo odległa od tego, co sobie wyobrażałam. Stefana zalewa frustracja i złość i ciężko do niego dotrzeć, jest zamknięty i niechętny, ale liczę, że powoli uda mi się do niego dotrzeć i w tych ekstremalnych warunkach uda nam się znowu znaleźć wspólny język. Nie ukrywam, że ja tę kontuzję Stefana znoszę niewiele lepiej niż on sam. Staram się wierzyć, że Stefan wróci do formy, bo bez tej wiary wszystko, co robię – nowoczesne terapie, codzienność zorganizowana pod wizyty w stajni, troska i obecność – nie miałyby najmniejszego sensu. Ale mam też w środku sporo lęku. A ten lęk podsycają dodatkowo akrobacje Stefana. Każde jego podskoczenie, każde bryknięcie i każda próba wspinania powoduje u mnie palpitacje serca. Mierzenie się z własną frustracją spowodowaną totalnym przewróceniem mojej jeździeckiej codzienności marzeń i planów też nie jest łatwe. Miałam plany, marzenia i cele, ale też zwyczajną treningową codzienność, w której byłam naprawdę szczęśliwa. Widok ludzi wyjeżdżających w teren, pakujących się na zawody, na które przecież miałam jechać, trenujących i skaczących powoduje u mnie takie wewnętrzne ukłucie z jednej strony z powodu żalu, że tego ze Stefanem nie będziemy robić przez najbliższe długie miesiące, a z drugiej strony lęku, o to czy w ogóle kiedykolwiek będziemy jeszcze jeździć do lasu, skakać i pakować się na zawody. Dla nas obojga ta kontuzja jest sporym wyzwaniem, ale myślę, że z czasem oboje do naszej nowej rzeczywistości przywykniemy i mimo wszystko uda nam się wyciągnąć z niej możliwie dużo, znajdując w tej trudnej i frustrującej sytuacji wspólny język.

DSC_8005

1 Comment

  1. Alicja says: Odpowiedz

    Też miałam konia w rekonwalescencji i doskonale rozumiem twoje uczucia. Nam pękł staw i musieliśmy wyciągać odpryski i wszystko z powortem zrastać. Coś co mnie uratowało to fakt że najłatwiej, najszybciej i najefektywniej to zmęczyć konia psychicznie i intelektualnie. Nam pomógł kliker. Robiliśmy 100 zabaw z pudełkiem ,które wziąłam od psów, ustawianie trasy z pachołków ,które musiał dotknąć nosem i wtedy był klik i smakołyk i wiele innych (tak na prawdę cokolwiek wpadło mi do głowy
    tylko aby jego głowę zająć). Mam konia który jest dominujący więc gdy był w areszcie również zaczął pojawiać się problem spłoszeń i bania się świata a do tego odskakiwał na mnie. Spacer bez bata w ręku który bronił mojej przestrzeni był chyba niemożliwy. My radziliśmy sobie tak że bardzo często przesuwałam by zad i przód ode mnie. Dostawał za to pochwałę i zaczęło mu wchodzić w nawyk że robimy coś (w większości płoszyky się) ode mnie a nie taranując mnie lub przygniatając. Podgryzanie i szczypanie leczyliśmy cofaniem co dodatkowo jeszcze wspomagało szanowanie mojej przestrzeni.
    Ogólnie coś co mogę polecić to praca intelektualna konia. Nam dała jakiś miły punkt podczas pięciomiesięcznej rekonwalescencji. Kliker się do tego idealnie nadaje i mi ułatwił wiele. Nie martw się też waszą relacją, z doświadczenia wiem że potem więź jest tylko mocniejsza i znacie sie wiele wiele lepiej
    Powodzenia

Dodaj komentarz