Jeździectwo z wielkim brzuchem

DSC00076

DSC00018 1Od sierpnia nie jeżdżę konno. Brzmi to strasznie i szczerze mówiąc z każdym miesiącem jest coraz trudniejsze do zniesienia. Na początku ciąży podjęłam jednak decyzję, że nie będę wsiadać na Fabiana aż do rozwiązania i twardo się jej trzymam. To była decyzja podjęta ze świadomością, że sama jazda konno nie zagraża ciąży, ale ewentualne upadki już niestety tak, a w naszym wypadku stuprocentowe ich wykluczenie nie było możliwe. Przyznaję, że po tylu miesiącach od naszej ostatniej wspólnej jazdy z Fabianem, jest mi coraz ciężej cierpliwie czekać na to, aż znowu znajdę się w siodle. Ale wiem,że mam też sporo szczęścia, bo udaje mi się ten czas, kiedy nie wsiadam na Siwego, wykorzystać możliwie jak najlepiej.

Dotychczas  przede wszystkim udało mi się w miarę regularnie odwiedzać stajnię. Podglądałam Fabiana podczas treningów z Alą, starając się wyciągnąć z ich wspólnych jazd możliwie dużo wniosków. Myślę, że oboje z Siwym sporo nauczyliśmy się dzięki tej zmianie jeźdźca. Fifi miał okazję pracować z osobą dużo lepiej jeżdżącą niż ja, a ja w tym czasie przyglądając się im z ziemi zauważyłam sporo własnych błędów i rzeczy, nad którymi z pewnością będę pracować, jak tylko znowu znajdę się w siodle. Sporo też pracowałam i bawiłam się z Fabianem z ziemi. Zdecydowanie doceniłam tę formę treningu i dużo się nauczyłam spędzając czas z Fifim bez wsiadania. Pracowaliśmy na lonży, ale z głową, planem i celem treningu, a to pomogło Fabianowi w końcu oswoić tę formę treningu, ale też zwyczajnie się bawiliśmy. Dużo było w tym elementów naturalu, ustawiania hierarchii, gimnastyki i ćwiczeń z komunikacji. To takie elementy, o których często trochę się zapomina i zaniedbuje na rzecz pracy pod siodłem. Pewnie z córką w wózku ciężej mi będzie znaleźć czas na zabawy z Fifim, więc cieszę się, że przez ostatnie kilka miesięcy miał ich sporo.

Starałam się, żeby czas ciąży, który spędzam poza siodłem nie był czasem zupełnego odcięcia od jeździectwa. Paradoksalnie wydaje mi się, że przez ostatnie miesiące nauczyłam się więcej niż kiedykolwiek. Przede wszystkim czytając całą masę jeździeckiej literatury dotyczącej przeróżnych aspektów tego sportu. Nie żałuję żadnej książki, chociaż nie wszystkie zrewolucjonizowały mój jeździecki światopogląd. Z ręką na sercu mogę polecić wszystkim koniarzom, by więcej czytali, bo chociaż teoria praktyki nie zastąpi to może ją wspaniale uzupełnić. Sporo zawdzięczam też przeróżnym warsztatom, w których uczestniczyłam, a było tego trochę przez ostatnie miesiące – od szkolenia z Wojciechem Mickunasem, przez warsztaty z Gerdem Heuschmannem, konsultacje z Sally Amsterdamer po ostatni kurs lonżowania. Mimo że jedynie podczas kursu lonżowania uczestniczyłam w części praktycznej, a podczas pozostałych szkoleń byłam tylko i wyłącznie „wolnym słuchaczem” to z każdego z tych wydarzeń wyniosłam masę wiedzy.

Nie da się jednak ukryć, że im dalej w las, tym łączenie jeździectwa z faktem bycie w ciąży jest trudniejsze. Coraz większy brzuch i coraz słabsza kondycja utrudniają mi lonżowanie czy zabawy z Siwym, szczególnie że warunki atmosferyczne pozostawiają wiele do życzenia i jest albo ślisko, albo mroźne, albo mokro, albo wszystko naraz. Staram się jednak pocieszać, że im jest mi ciężej, tym bliżej jestem powrotu do jazdy, a za tym zdążyłam się już porządnie stęsknić. Z zazdrością patrzę na tych, którzy jeżdżą na swoich koniach i zwyczajnie nie mogę się doczekać, kiedy sama będę mogła wrócić do siodła. Przyznaję, że ta przerwa nie jest łatwa, bo ciężko na tak długi czas zrezygnować z czegoś, co się kocha i co dotychczas stanowiło nieodłączną część prawie każdego dnia. Cieszę się na samą myśl, że już za chwilę stanę przed zupełnie nowym wyzwaniem – połączenia jeździectwa i macierzyństwa!

6 Comment

  1. Witam,
    kilka tygodni temu przypadkiem natknęłam się na pani wpisy i czytam je z dużym zaciekawieniem. Gratuluję „jeździectwa z wielkim brzuchem”. Trzymam kciuki za szczęśliwe rozwiązanie. Jestem pewna, że przy wsparciu najbliższych uda się połączyć macierzyństwo z jeździectwem. Powodzenia pozdrawiam Maja

    1. Kaja says: Odpowiedz

      Bardzo dziękuję, mam nadzieję że uda mi się połączyć jeździectwo i macierzyństwo! Na szczęście Fabian nie boi się ani dzieci, ani wózków. 😉

  2. Kaska says: Odpowiedz

    Witam.Czytam i lacze sie w bolu :P.Jestesmy prawie na tym samym etapie :).Ja tez od sierpnia nie jezdze z w/w powodu.Ale tak jak ty zaczelam wiecej pracowac z ziemi i jest pieknie :).Ale tesknie juz za terenami i moja kobylka chyba tez 😀 .Mnie najciezej kopytka wyczyscic przez wystajacy brzuszek :P.Za to maz sie smieje ze nastepna koniara w rodzinie bedzie :P.Pozdrawiam i oby do konca a potem to juz z g,órki 😀

    1. Kaja says: Odpowiedz

      Kopyta to faktycznie jest chyba największe wyzwanie, chociaż jak Fifi jest mocno zapanierowany, a jako wielbiciel błota jest zawsze, to zaczęłam mieć zadyszkę i przy zwykłym czyszczeniu. ;P Ale do końca już blisko! Pozdrawiam i trzymam kciuki za Twoją przyszłą amazonkę! :)

  3. Ania says: Odpowiedz

    Trzymam kciuki dziewczyny bo połączenie kilku roli w życiu nie jest łatwe. Moja przerwa w jeździectwie była zdecydowanie dłuższa niż 9 miesięcy i trwała 7 lat. Ale teraz mam wielkie szczęście i towarzystwo córki w konnych wyprawach. Czasami trzeba poświęcić trochę życia i cierpliwie poczekać. Prawdziwa pasja zawsze jest w sercu i nie ma szans aby o niej zapomnieć.

    1. Kaja says: Odpowiedz

      <3

Dodaj komentarz