Bluzy dla prawdziwych jeźdźców.

DSC00261

DSC00270W moim życiu pozajeździeckim jestem absolutnie niereformowalną zakupoholiczką, do czego przyznaję się bez bicia. Z takim samym zapałem i intensywnością robię zakupy w nagrodę, na pocieszenie i zupełnie bez powodu. Nie ma budżetu, który stanowił by dla mnie wyzwanie. Słowem jestem przypadkiem raczej beznadziejnym. Moja miłość do zakupów oczywiście bardzo szybko zaraziła również moje jeździeckie ja, chociaż cieszę się, że nabawiłam się tej jeździeckiej choroby zakupowej dopiero w dorosłym życiu. Jako dziecko bez wstydu i zażenowania siadałam na koniu w wyciągniętych leginsach, starych dresach albo lekko nadwyrężonej bluzie. Rękawiczki miałam jedne aż do ich kompletnego wytarcia, a czapsy, sztyblety i toczek dostałam w ramach długo wyczekiwanych prezentów. Strój nie definiował mojej pasji, ominął mnie szał na śliczne brzyczesy, tęczowe koszulki polo i różowe baciki. W końcu liczyły się konie, a nie ciuchy, więc z pewną dozą wyższości patrzyłam na wszystkie pięknie wyglądające dziewczynki, które w tych swoich ślicznych strojach wpadały w panikę w ciągu kilku minut od znalezienia się w siodle. Jestem wdzięczna moim rodzicom i moim dziadkom (bez których nie jeździłabym konno), że nauczyli mnie, że wygląd i pieniądze nie są ważne, ważna jest pasja, a ona czasem wymaga poświęceń i ciężkiej pracy.

W dorosłym życiu nie uchroniłam się jednak od tego jeździeckiego zakupoholizmu, więc kiedy znajduję się w sklepie jeździeckim ja mam motylki w brzuchu, a mój mąż palpitacje serca. W końcu większość asortymentu jest bardzo pięknie wykończona, kusi feerią kolorów, a każdy przedmiot wydaje się być absolutnie niezbędny, ale jeździectwo to dosyć drogi sport, więc staram się być na zakupach względnie rozsądna i nie kupować wszystkiego, co przykuje mój wzrok (chociaż zapewne mój mąż ma na ten temat inną opinię). Wielokrotnie przekonałam się, że sprzęt jeździecki musi być porządny, więc staram się kupować mniej rzeczy, ale o lepszej jakości. Staram się też nie kupować mnóstwa gadżetów, które po kilku tygodniach od zakupu będą mi zalegać w szafce, wyjątkiem są tu może czapraki, których mam nieco więcej, niż rozsądek nakazuje, ale taka już moja słabość. Drugą moją słabością obok czapraków są rzeczy wykonywane przez małe firmy, czy indywidualnych projektantów. Z wielkim zapałem i zaciekawieniem wyszukuję w internecie ludzi, którzy postanowili swoją jeździecką pasję połączyć z biznesem, a przy tym mają talent i fajne pomysły. Mocno kibicuje wszystkim, którzy szyją piękne czapraki, projektują tiszerty i sprzedają bluzy jeździeckie.

Jedną z takich marek jest True Rider. Jest to stosunkowo młoda firma, która ma na swoim koncie jedną kolekcję, w skład której wchodzą dwa modele bluz w dwóch wersjach kolorystycznych (szary i granat) z nadrukiem będącym swoistym manifestem marki: „Rainy days are only for True Rider”. Bluzy są bardzo klasyczne i w pewien sposób nawiązują do jeździeckiego designu. Oczywiście głównym powodem mojego zakupu szarej, rozpinanej bluzy był fajny nadruk i fakt, że jest ona zwyczajnie ładna, ale w dużej mierze urzekła mnie też filozofia marki. True Rider jasno określa się jako marka stworzona dla ludzi z pasją,dla tych, którzy zawsze znajdują czas na bycie w stajni i dla wszystkich, którzy na pierwszym miejscu stawiają dobro konia. Podoba mi się, że to marka, która nie mówi tylko o ładnych ubraniach i ładnym designie, ale też o wielkiej pasji. Sami zresztą najlepiej mówią o tym, kim są i kto jest ich Klientem:

True Rider może być każdy, kto jest zawodowym jeźdźcem, ale traktuje konie z szacunkiem. Każdy, kto choć nie jeździ na zawody, to ciężko trenuje, kto czerpie przyjemność ze zwykłej jazdy w terenie, kto poświęca swój czas i uczy innych tajników jazdy konnej, komu najwięcej przyjemności sprawa same obcowanie z koniem i dbanie o niego. True Rider to też nastolatka, która zamiast w każdej wolniej chwili bawić się na imprezach, woli większość czasu spędzić na koniach. To także wszystkie zapracowane matki, ojcowie, właściciele firm i ich pracownicy, których pasją jest jazda konna, a nawet osoby, które dopiero zaczynają poznawać koński świat.

/True Rider/

Wiele marek skupia się na zawodnikach i to do nich się zwraca opowiadając o jeździectwie jak z obrazka, o pięknych koniach z idealnie zaplecioną grzywą i jeźdźcach w białych bryczesach i wypastowanych oficerkach. Mało która marka opowiada o jeździectwie od kuchni, o treningach w deszczu, wiecznie zabłoconych sztybletach, o zimnie, o braku czasu i tej wielkiej miłości, która każe wciąż wracać do stajni, nawet jeśli dzień wcześniej odmarzły mi palce u stóp, mój koń na pastwisku bawi się ze mną w berka, a naszą współpracę pod siodłem widzi jako leniwe snucie się po ujeżdżalni poprzedzone serią energicznych baranów. True Rider swoją filozofią marki i hasłem na projektach opowiada o takim właśnie jeździectwie i tym właśnie mnie urzekli.

Bluza z pewnością będzie mi długo służyła, a pewnie im więcej przejdzie ze mną treningów w siodle, im bardziej będzie znoszona i przetarta, tym bardziej prawdziwe będzie zamieszczone na niej hasło. Narazie testowałam ją zarówno w stajni, jak i w zupełnie niejeździeckich miejscach i wszędzie prezentowała się dumnie. Z niecierpliwością czekam na kolejne projekty True Rider i liczę, że jeszcze w te wakacje będę miała szansę jeździć w jakieś bardziej letniej odsłonie ich kolekcji. Bardzo im kibicuję, bo jestem pewna, że taką markę muszą tworzyć ludzie z pasją.

 

3 Comment

  1. […] Sanokowska, sama z siebie, bez żadnej prośby z naszej strony, opisała naszą odzież na swoim blogu. Naprawdę znakomicie ujęła dokładnie to, co chcemy przekazać naszą marką! Tak więc mimo że […]

  2. Arentum says: Odpowiedz

    Jeśli lubisz piękne czapraki- koniecznie sprawdź GRODI na facebooku. Na pewno polubisz!

    1. Kaja says: Odpowiedz

      Już lubię! 😉 Wzory są przepiękne! :)

Dodaj komentarz