Shopping

Testujemy zabawki dla koni

W ostatnich latach na jeździeckim rynku pojawiło się sporo zabawek przeznaczonych do zainstalowania koniowi w boksie, namnożyło się piłek, liktów, patentów zachęcających do szarpania, turlania, wydobywania smakołyków czy dobierania się do ukrytej lizawki. Cały ten asortyment wygląda ciekawie i bogato, a sama idea urozmaicenie życia koniowi, który, chcąc nie chcąc, jakiś tam dłuższy czy krótszy czas spędza w boksie, nudząc się jak mops, bardzo do mnie przemawiała. Tyle że prawdę mówiąc dotychczas nie spotkałam konia, który byłby faktycznie żywo zainteresowany tymi wszystkimi patentami. Pewną pulę zabawek, likitów i kolorowych gadżetów widziałam w boksach, ale raczej smętnie wiszących w kącie, przykrytych warstwą pyłu i kurzu, niż  aktywnie użytkowanych w końskich paszczach. Moje dotychczasowe doświadczenie z własnymi końmi wpisywało się w ten scenariusz. Ani Fabian, ani Elbrus nie wykazywali nawet najmniejszego zainteresowania choćby Likitem, a jedyny boksowy patent, który sprawiał, że Duży z niecierpliwości pochrumkiwał, kiedy widział, że mocuję nowy egzemplarz to Swingers zrobiony z prasowanego siana. Ale myślę, że przemawiało przez niego bardziej łakomstwo, niż chęć zabawy i rozrywki.

DSC_7202

W ostatnim czasie Stefan poszerzył moje jeździeckie horyzonty, będąc żywym dowodem na to, że istnieją jednak konie, które lubią i potrzebują z boksie zabawek, ba, potrzebują ich desperacko. Zanim zainstalowałam blondynowi w boksie pierwszy patent, dał mi jasno do zrozumienia, że taka potrzeba w nim jest i to jest pilna – wciągając do boksu i memlając w paszczy wszystko, co tylko znajdowało się w zasięgu jęzora, a więc ochraniacze transportowe schnące po podróży na szafce obok boksu, stary uwiąz zaczepionego o kraty w roli wieszaka na ochraniacze, derki zawieszone na drążku na drzwiach boksu, a także podrzucając miską w boksie i kradnąc szczotki podczas czyszczenia. Stefan jest jednym słowem prawdziwym paszczakiem z wielką pasją do memlania, podgryzania i podrzucania, a fakt, że jest przy tym wciąż przecież dzieciakiem, tę pasję do zabawy dodatkowo wzmaga. Chcąc nie chcąc w związku z zakupem tego gagatka zostałam jak widać nie tylko testerem produktów do ekspresowego czyszczenia siwków, ale też wszelkiego typu zabawek dla koni. Kilka wersji boksowych czasoumilaczy już ze Stefanem przetestowaliśmy, więc czas na mały przegląd.

PATENT DIY

Na pierwszy ogień, coby zająć paszczaka zanim zamówienia ze sklepów internetowych do nas dotrą – poszedł paten w duchu DIY, czyli połączenie solidnej, gumowej piłki dla psa i starego uwiązu (tego samego, co to go stefan już zmemlał, kiedy służył w roli suszarki na ochraniacze na boksie, wciągnąwszy uprzednio do boksu). To się blondynowi spodobało. Piłkę można podgryzać, podnosić, wystające sznurki żuć i ciągnąć. Zaletą tegoż patentu jest to, że jest cichy i nie tłucze się o kraty boksu uprzykrzając życie innym mieszkańcom stajni. Jak narazie pozostaje też raczej niezniszczalny, pełna, ciężka gumowa piłka nie poddaje się łatwo usilnym staraniom Stefana, który podryza i ciumka ją zawzięcie. Patent daje radę na tyle, że w ostatnim czasie wygrzebałam Blondynowi kolejny lekko nadgryziony zębem czasu uwiąz, dokupiłam solidny psi gryzak i połączyłam tworząc kolejną zabawkę. Psie zabawki, o ile kupi się w miarę solidne, mają ten plus, że są raczej niezniszczalne, a ich oferta jest dużo bogatsza niż ta dla koni, co daje szerokie pole do popisu przy tworzeniu kolejnych zabawek.

Cena: 30-50pln za piłkę, stary uwiąz, który każdemu jeźdźcowi, gdzieś tam się plącze w szafce, zakładam, że jest gratis.

Wersja pierwsza

Wersja druga

PIŁKA WALDHAUSEN

Drugim gadżetem zainstalowanym w boksie blondyna została klasyczna końska piłka. O dziwo początkowo Stefan podchodził do niej z rezerwą, chociaż należy do koni ciekawskich i odważnie pakujących wszędzie swoje chrapy, trochę ja obwąchał, trącił nosem i zostawił. Ale pokusa i ciekawość były silniejsze, więc po kilku minutach wrócił do tematu i zabrał się do niej konkretniej, a jak tylko zorientował się, że przyjemnie się odbija od krat i jest miękka w sam raz, żeby ją podgryzać, ciumkać i podrzucać, to się do niej całkowicie przekonał. Paszczak najbardziej na świecie lubi właśnie memlać, podgryzać i nosić w paszczy, a do tego piłka nadaje się idealnie. Można ją próbować gryźć, szarpać za sznurek i podrzucać, jednym słowem najlepiej. Wybrałam dla Stefana zwykłą piłkę Waldhausena z grubej gumy, to dużo tańsza wersja niż Jolly Ball. Za wysoką ceną Jolly Balla stoi dużo lepsza jakość i duża odporność na destrukcyjne zamiary i mało subtelne zabawy użytkownika niż „zwykłych” piłek, ale nie wiedząc, czy Stefana taki gadżet w ogóle zainteresuje i też na ile będzie w swojej ewentualnej zabawie radykalny, wolałam na początek kupić mu zwykłą, dużo jednak tańszą, klasyczną piłkę Waldhausena, z nadzieją, że taka wersja mu w zupełności wystarczy. Wystarczyła. Na tydzień. Wniosek z tego jest taki, że na urodziny Stefan dostanie porządnego Jolly Balla.

Cena: 29pln za piłkę Waldhausena, ale warto zaznaczyć, że jej żywot był raczej krótki i po tygodniu znalazłam ją przegryzioną i rzuconą  kąt boksu.

BALL FEEDER

Blondyn dostał też do bosku Ball Feeder Shiresa. I to ze wszystkich patentów jest absolutnie największy hit. To nie jest typowa zabawka czy dyspenser do powieszenia w oknie czy na ścianie boksu, tylko plastikowa, kanciasta piłka do wypełniania smaczkami, działająca na zasadzie psiego konga. Koń musi ją toczyć po boksie, by dostać się do ukrytych w środku przysmaków. Trzeba przyznać, że musi się nieźle napracować, żeby wydobyć ze środka smakołyki – musi zabawkę popychać nosem, aż uda się wysypać przysmak, schrupać i znowu toczyć, aż uda się wysypać kolejny. Ball Feeder zajmuje konia na dłuższy czas i zmusza do większego zaangażowania niż pozostałe gadżety. Stefanowi chwilę zajęło, żeby tę zabawkę rozpracować. Początkowo próbował dostać się do smakowitego wnętrza zawzięcie gryząc boki i usiłując wpakować język do środka, ale ostatecznie zorientował się, że tutaj rozwiązania paszczowo-siłowe się nie sprawdzają, a Ball Feedera trzeba cierpliwie toczyć, aż wypadnie upragniony smaczek. Chociaż piłki nie da się gryźć, memlać, żuć i podrzucać, czyli robić wszystkiego tego, co Stefan lubi najbardziej, to i tak totalnie przypadła mu do gustu i jest zdecydowanie najbardziej trafionym z zakupionych przeze mnie gadżetów. Wypełnionego pachnącymi smaczkami Ball Feedera wrzucam Paszczakowi do boksu po jeździe, a ten zabiera się do niego w oczekiwaniu na wiaderko z wysłodkami i wraca do zabawy po tym jak wchłonie zasłużony posiłek. Do piłki wraca właściwie przez cały czas, kiedy jest w boksie. Popycha nosem, zawzięcie pracując nad wyciągnięciem smaczków, a potem szuka ich w słomie, kopie ją, podgryza i podrzuca. Piłka wygląda na naprawdę solidną i chociaż ślady nieco destrukcyjnych zabaw Stefana widać na niej wyraźnie, to wciąż się nie poddała i nie wygląda na to, żeby Stefan miał ją w najbliższym czasie wykończyć, mimo że pracuje nad nią na prawdę konkretnie. Jest przy tym najlepszym, a dzięki smakowitej zawartości najbardziej motywującym zajęciem. Myślę, że fajnie sprawdzi się tez na zawodach i wyjazdach, zapewniając Paszczakowi zajęcie podczas dłuższego pobytu w boksie w nowym miejscu.

Cena: 89pln.

LIKIT

W ramach zapewniania Paszczakowi atrakcji w boksie odgrzebałam też holder do Likita kupiony jeszcze dla Fabiana, a potem z braku zainteresowania zakopany głęboko w skrzynce ze sprzętem rzadko używanym i kupiłam do niego marchewkowy wkład. Paszczak zanim zdążyłam zainstalować całość, ochoczo lizał i skubał Likita. Po zawieszeniu na kracie boksu gadżet wzbudzał jeszcze większy jego entuzjazm, nie dość, że smakuje dobrze i aż chce się go ciumkać, to można chwytać całość za plastikowy uchwyt, podnosić, przestawiać i podgryzać. No właśnie, tu się zaczyna problem.Paszczak ma oczywiście radochę podrzucając Likita i tłukąc nim o kraty boksu, próbując tą alternatywną metodą skonsumować słodką zawartość, ale jego sąsiedzi, reszta pensjonariuszy i ekipy ze mną zresztą włącznie – już niekoniecznie, bo hałas jest przy tym niemiłosierny i ciężko powiedzieć, czy chłopaka cieszy bardziej wyjadanie wkładu czy walenie plastikowym holderem o kraty. Kolejnego Likita będę musiała zainstalować Stefanowi zwyczajnie na sznurku bez uchwytu i najlepiej z dala od krat, żeby zminimalizować efekty dźwiekowe, bo inaczej w szybkim czasie możemy stracić sąsiadów, a przynajmniej ich sympatię. Osobna sprawa, że kolejnego Likita będę musiała Paszczakowi reglamentować. Po doświadczeniu z Fabianem i Elbrusem, u których ta lizawka nie wzbudzała większego zainteresowania niż klasyczna solna kostka zainstalowana na stałe w boksie, nie spodziewałam się, że młody przy okazji swojej hałaśliwej zabawy, skonsumuje Likita w jeden dzień. Kolejne młody będzie więc dostawał nie tylko bez uchwytu, ale raczej na chwilę niż na cały  dzień.

Cena: 26pln za wkład.

Nie mam oczywiście złudzeń, że z koniem sytuacja wygląda podobnie jak z trzylatką, czyli większość zabawek wzbudza największy entuzjazm na początku użytkowania, a z czasem zainteresowanie maleje. Chociaż trzeba przyznać, że w przypadku Ball Feedera zainteresowanie i pasja pozostają niezmienne, to jest to zabawka raczej wyjątkowa. Spodziewam się, że pozostałe gadżety, które Stefan teraz z zapałem żuje, podrzuca i podgryza, za miesiąc mogą coraz częściej obrastać kurzem, a coraz rzadziej być obiektem wesołych zabaw Blondyna. Ta perspektywa nie zniechęca mnie do organizowania mu patentów, które zajmą jego paszczę podczas pobytu w boksie, a jedynie skłania do tego, żeby robić to z głową, a zabawki, które przestaną wzbudzać zainteresowanie zdjąć na jakiś czas i zamienić na inne – szczęśliwie oferta sklepów jest spora, a i pomysłów na patenty DIY jest ogrom, więc z takimi roszadami nie powinno być problemu. Wystarczy stary uwiąz, porządna zabawka dla psa, piłka, kilka jabłek na sznurku – opcji jest wiele, także Paszczak na pewno nie będzie się nudził.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *