Konsultacje z Wojciechem Mickunasem

DSC_1453

W ostatni weekend w Santosie odbyły się konsultacje z Wojciechem Mickunasem. Kolejną z wielu zalet mojej przeprowadzki do tej stajni jest możliwość uczestniczenia w zawodach czy szkoleniach „u siebie”, co jest wielką wygodą i trochę jednak innym doświadczeniem, nawet jeśli bierze się udział w szkoleniu jako wolny słuchacz. I chociaż Santos nie dysponuje może zapleczem do przeprowadzenia poważnych eventow, to infrastruktura stajenna w zupełności wystarcza do takich kameralnych wydarzeń, a dzięki dwóm halom i trzem ujeżdżalniom odbywające się konsultacje nie blokują możliwości w miarę normalnej pracy tym pensjonariuszom, którzy akurat nie biorą udziału w danym szkoleniu. Ale dosyć o zaletach naszej stajni, wracając do samego szkolenia – w konsultacjach z Wojciechem Mickunasem uczestniczyłam już dwukrotnie jako wolny słuchacz (dwa i trzy lata temu), możecie o nich przeczytać tutaj i tutaj. Pamietam, że to wydarzenie zrobiło na mnie spore wrażenie i że pomyślałam wtedy, że bardzo chciałabym wziąć udział w konsultacjach z Panem Wojtkiem razem z Fabianem. Teraz taka możliwość się pojawiła chociaż już nie z Fabianem a z Elbrusem. W pierwszym odruchu zapisałam nas wiec z Dużym na konsultacje, ale szybko zaczęłam się zastanawiać, czy to nie była aby pochopna decyzja. To, co było moim marzeniem ponad trzy lata temu, a dzisiaj było możliwe do realizacji, po chwili zastanowienia okazało się już nie tak strasznie pożądane. I nie chodzi o to, że przez te trzy lata zaczęłam się rozmijać z poglądami Mickunasa, albo co gorsza tak obrosłam w piórka, ze zaczęło mi się wydawać, że na takich konsultacjach niczego się nie nauczę. Nic z tych rzeczy. Przez ostatnie lata zmieniło się jednak moje podejście do kwestii treningu, osoby trenera, szkoleń i konsultacji. O tym szykuje dla Was zresztą osobny tekst. W kontekście udziału w konsultacjach zaczęłam się więc zastanawiać, na ile udział w nich przyniesie nam z Dużym realną korzyść, a nie tylko moją satysfakcję ze zrealizowania kolejnego jeździeckiego marzenia. Koniec końców nie miałam żadnego konkretnego problemu, który chciałabym rozwiązać na szkoleniu, a z którym dotarlibyśmy z Grzegorzem do ściany. Owszem kwestia zatrzymywania się wciąż gdzieś tam nad nami wisi, ale postęp w tym temacie jest tak duży na przestrzeni ostatnich tygodni i mam w tym temacie takie zaufanie do Grześka, że nie chciałabym procesu naszej wspólnej, długotrwałej pracy nad tym problemu zakłócać. Oczywiście można uczestniczyć w konsultacjach bez konkretnego problemu do przepracowania czy konkretnego tematu, ot zwyczajnie  po to, by usłyszeć opinie danego trenera na nasz temat, czy skonfrontować z nim swoją codzienną pracę, dosiad, czy komunikację z koniem. I jest pewna pula trenerów, z którymi chciałabym odbyć trening bez żadnego konkretnego problemu do przepracowania, jeśli tylko miałabym takie możliwości finansowe. Ale w przypadku konsultacji z Wojciechem Mickunasem zaczęłam czysto przyziemnie zastanawiać się, czy większy sens przyniesie mi uczestniczenie w konsultacjach z Elbrusem, czy wydanie pieniędzy na regularne treningi z Grzegorzem i przysłuchiwanie się szkoleniu jako wolny słuchacz. Kiedy postawiłam sama przed sobą sprawę w ten sposób, to decyzja była zaskakująco łatwa.

DSC_1428

Powiedzieć, że uczestniczyłam jako wolny słuchacz w tych konsultacjach to jednak trochę za dużo. Czasy, kiedy mogłam cały dzień spędzać w stajni minęły wraz z narodzinami mojej córki, więc miałam szanse przyglądać się dwóm treningom, a potem na dokładkę pojeździć Dużego, co i tak było rozpustą i miało rację bytu tylko dzięki mojemu Mężowi, który dzielnie zajmował się wtedy młodą. Moja opinia na temat tych konsultacji jest wiec oparta na mocno wybiórczych doświadczeniach . To nie było pierwsze szkolenie z Wojciechem Mickunasem, jakiemu miałam okazje się przyglądać, o tym w którym uczestniczyłam dwa i trzy lata temu możecie przeczytać tutaj i tutaj. Wiedziałam więc, czego mniej więcej się spodziewać, ale byłam równocześnie ciekawa, czy moje wrażenia będą takie same, co poprzednioi czy przyglądając się konsultacjom nie będę jednak żałować, że zrezygnowałam z udziału z koniem. Wybierałyśmy się na szkolenie wspólnie z Agatą, więc coby sprostać oczekiwaniom i moim jako skoczka, i Agaty jako pingwina dobrałyśmy taki moment, żeby trafić na dwie ciekawe pary z obu z tych dyscyplin. Pierwsza była Justyna na Juracie.

Jurata to 7-letnia, nerwowa klacz, która trenuje z Justyną od 1,5 roku. Problemami Pary są: napieranie na lewą wodzę, kopanie w odpowiedzi na łydkę, brak stabilnego oparcia na ręce.

A druga Regina na Unito.

Unito to 8-letni wałach rasy Sp po Rabiatto Z, obecnie w treningu ujeżdżeniowym na poziomie klasy C. Obecne problemy to brak zaangażowania zadu, kłopoty z samoniesieniem się oraz pochylona w przód postawa Jeźdźca. Para uczestniczyła już w konsultacjach z P. Wojciechem Mickunasem we współpracy z P. Anną Lewicką w Minodze.

Te dwa treningi mocno się od siebie różniły, nie tylko dlatego że dotyczyły kompletnie różnych jeźdźców, koni na innym etapie zaawansowania i przede wszystkim różnych dyscyplin, ale też dlatego że dla jednej z par był to pierwszy trening, a dla drugiej kontynuacja pracy pod okiem pana Wojtka. Juratę Trener widział po raz pierwszy, podczas gdy Unito odbył już trening dzień wcześniej oraz uczestniczył w konsultacjach z Mickunasem dwa lata temu. Pierwsze spotkanie danej trójki trener-jeździec-koń zawsze rządzi się swoimi prawami i niestety zwykle spora jego część upływa na wzajemnym zapoznawaniu się. 

DSC_1420

Mimo tych oczywistych różnic dwa treningi, którym miałam okazje się przyglądać, sporo łączyło. Przede wszystkim ciężar uwagi trenera który był w moim odczuciu skierowany w stronę słuchaczy. Prowadzenie konsultacji otwartych dla słuchaczy to spore wyzwanie dla trenera i ciężko jest zachować odpowiedni balans pomiędzy koncentracją na jeźdźcu i na osobach przyglądających się treningowi. Z konsultacji, w których uczestniczyłam pod tym względem najlepiej zrównoważone były te z Gerdem Heuschmannem, widać było, że wszyscy uczestnicy z końmi odbywali bardzo intensywny i skondensowane treningi, że koniec końców to oni grali pierwsze skrzypce, ale i słuchacze mieli możliwość zadawania pytań i wysłuchania szerszego kontekstu wprowadzanego przez trenera. Dużym plusem była też godzina teoretycznego wykładu poprzedzająca szkolenie. Podczas niedzielnego szkolenia z Wojciechem Mickunasem miałam wrażenie, że pierwsze skrzypce grają słuchacze, to na nich bardziej skupiał się trener, sporo czasu poświęcał na zwracanie się do nich, na opowiadanie anegdot czy budowanie szerszego kontekstu wokół pojedynczych uwag kierowanych do jeźdźca. Gdzieś tam brakowało mi większego skupienia na jeźdźcu, bardziej treningowego podejścia. W efekcie miałam wrażenie, że, szczególnie dla Justyny z Juratą, ta godzina mogłaby być intensywniejsza, chociaż oczywiście mówię to z punktu widzenia słuchacza, a być może z siodła wrażenia były zupełnie inne.

DSC_1427

Z całą pewnością sama treść merytoryczna przekazywana przez Mickunasa wciąż pozostawała mi równie bliska, jak trzy lata temu i w tym temacie niewiele się zmieniło, chociaż tym razem nie miałam już poczucia odkrywania Ameryki podczas słuchania jego rad i anegdot. I fajnie. Znaczy, że godziny spędzone przez ostatnie dwa-trzuy lata w siodle, wysłuchane szkolenia, obejrzane przejazdy i przeczytane książki nie poszły w las, a jakaś tam wiedza teoretyczna siedzi w mojej głowie, chociaż nie umie się niestety przełożyć na praktykę. Była to dla mnie wiec bardziej powtórka niż zdobywanie kompletnie nowej wiedzy, ale uczenie się to w dużej mierze wtłaczanie sobie cały czas na nowo tych samych fundamentów, bo czasem ten sam fakt opowiedziany w inny sposób potrafi sprawić, że coś nagle kliknie w głowie i pozwoli zrobić krok naprzód we współpracy z koniem.

DSC_1447

Trener, podobnie jak dwa i trzy lata temu podkreślał, jak ważne jest, by komunikacja z koniem opierała się na precyzyjnych i subtelnych sygnałach. Fajnie to opisał prosząc, by jeździec zrobił takie przejście, do którego sygnału nie zauważą widzowie. Przypominał, że ciągłe działanie łydką, dziubanie czy ciśnięcie tylko i wyłącznie znieczula konia, zamiast uwrażliwiać go na komunikaty wysyłane przez jeźdźca. Przejścia i komunikacja pomiędzy jeźdźcem a koniem była w dużej mierze osią obu treningów, którym miałam okazję się przekonać, komunikacja precyzyjna, zrozumiała dla obu stron, oparta na dialogu. Komunikacja, w której jeździec musi być szybki, ale subtelny w reakcjach. Powinien podążać za koniem, nie spóźniać się. Trener przypominał jak wrażliwymi i czułymi zwierzętami są konie i jak często zapominamy o tym i niedostatecznie wykorzystujemy ten fakt w pracy z nimi. Już równy oddech jest przez nie wyczuwalny, a wypuszczenie oddechu przenoszące środek ciężkości w dół może być sygnałem do przejścia do niższego chodu, jeśli tylko zejdziemy w naszej komunikacji z koniem do takich subtelnych rejestrów.

DSC_1441

Miło było przyjrzeć się prowadzonym przez niego treningom, aczkolwiek wyszłam z nich z poczuciem, że podjęłam dobrą decyzję rezygnując z udziału w szkoleniu z Elbrusem. Myślę, że proporcjonalnie nie wyniosłabym z tych konsultacji więcej niż uczestnicząc w nich jako słuchacz, chociaż żałuję oczywiście, że nie miałam szansy przyjrzeć się wszystkim treningom, bo to zawsze daje szerszą perspektywę i więcej przemyśleń. Gdzieś tam jednak potwierdziłam swoje przypuszczenie, że udział w tym szkoleniu mógłby nie odmienić mojego światopoglądu i nie zrewolucjonizować podejścia do pracy z Dużym, a narazie chcę po prostu spokojnie rzeźbić pod okiem jednej osoby, bo czuję, że jesteśmy na dobrej drodze. Mimo wszystko w głowie zostaje mi po tym szkoleniu trochę myśli i poczucie, że fajnie było skonfrontować swoje dzisiejsze wrażenia z tymi sprzed kilku lat.

Dodaj komentarz