Cavaliada w Warszawie

Jarosąaw Skrzyczyšski (3)

Wyjazd na Cavaliadę był mocno spontaniczną decyzją. Tak naprawdę miałam na ostatni weekend inne, dawno określone plany, które jednak się zmieniły i ostatecznie na dwa tygodnie przed imprezą okazało się, że właściwie mogłabym się na nią wybrać. A że Natalii, czyli mojej towarzyszki tej nieco abstrakcyjnej w założeniach wycieczki, nie trzeba było długo namawiać, żeby nie powiedzieć, że nie trzeba było namawiać jej wcale, to kilka dni po tym jak zaświtał mi w głowie ten spontaniczny pomysł, miałyśmy już bilety. Plan był taki, żeby wsiąść rano w pociąg, zobaczyć wszystkie konkursy skokowe i wrócić do Krakowa, to niestety oznaczało że pociąg do Warszawy miałyśmy o 4:48, ale dla Cavaliady warto poświęcić kilka godzin snu. Jechałyśmy na ostatni finałowy dzień rozgrywek czyli niedzielę. Niedziela na Cavaliadzie to równocześnie najfajniejszy i najmniej fajny dzień. Z jednej strony to dzień finału najważniejszego konkursu czyli Grand Prix, a wiec największe emocje, pełna hala wstrzymująca oddechy podczas kolejnych przejazdów i wszyscy najważniejsi jeźdźcy, którzy znaleźli się na Torwarze na swoich czołowych koniach, to też finały Cavaliady Future czyli konkursów dziecięcych na kucykach, które akurat bardzo lubię. Z drugiej strony niedziela to też tak naprawdę tylko trzy konkursy skoków i finał ujeżdżenia, żadnych pokazów, powożenia, WKKW ani dodatkowych konkurencji charakterystycznych dla Cavaliady – sztafety, Venus vs Mars czy Speed&Music.

urmas raag

Fot.: Cavaliada.pl

To był mój drugi raz na warszawskiej Cavaliadzie. Poprzednio byłam tu dwa lata temu, tyle że wtedy przyjechałyśmy z Agatą we dwie, obie z córkami. Dziewczyny były jeszcze małymi bąblami, Lilka nie miała nawet roku, a w takim składzie ciężko jednak uczestniczyć w wydarzeniu w pełni i tak całkiem na luzie. Tym razem Młoda została z Tatą, a ja mogłam cieszyć się tym eventem w trochę inny sposób niż dwa lata temu.

Cavaliada to jest chyba takie wydarzenie, które na naszym lokalnym podwórku ciężko porównać z jakimkolwiek innym. To nie są tylko zawody, to jest event jeździecki w pełnym tego słowa znaczeniu. Taki, który spełnia wymogi wydarzenia sportowego na najwyższym poziomie, ale który równocześnie jest atrakcją nietylko dla hermetycznego środowiska jeździeckiego i ma z całą pewnością swój ogromny wkład w promocję tego sportu. Na trybunach obok siebie siedzieli ci, którzy jeszcze kilka godzin temu byli w siodle i tacy, którzy nigdy nie siedzieli na koniu i wszyscy tak samo emocjonowali się przejazdami. A było czym. Grand Prix podobnie jak dwa lata temu robiło wrażenie i wywoływało euforię na trybunach. Parkur był trudny i techniczny, a w rozgrywce widowni bielały kłykcie od trzymania kciuków. Jarosław Skrzyczyński pokazał klasę jak zawsze, wytrzymując presję do ostatniej chwili i na ostatniej prostej do ostatniego oksera zachowując zimną krew. Ten gość często ryzykuje i gra va banque, ale nigdy nie leci na łeb na szyję, on ma wszystko przemyślane i przejechane na zimno. To precyzyjnie skalkulowane przytrzymanie i mocne wyjechanie trzech ostatnich fouli było absolutnie godne 1 miejsca.

Jarosąaw Skrzyczyšski Dekoracja

Fot.: Cavaliada.pl

Na finałach Małej rundy i Cavaliady Future nie wstrzymywałam może tak oddechu, jak przy Grand Prix, ale to też były emocjonujące konkursy, które świetnie się oglądało. Jak zwykle organizatorzy udźwignęli też logistykę tego rozrastającego się z każdym rokiem wydarzenia. Wszystko było świetnie przygotowane, wielkie brawa należą się z pewnością wolontariuszom, dzięki którym przejazdy odbywały się bardzo płynnie, kolejne konkursy nie miały opóźnień, wejście na imprezę trwało kilka sekund, a samo wydarzenie było świetnie przygotowane. Nie muszę tu już wspominać o zapleczu logistycznym, fajnie że można było napić się kawy, zjeść obiad, super, że jak zawsze oprócz zawodów odbywały się targi. Ja sama zakupów nie zrobiłam (nie licząc obiecanego Młodej nowego konika do stajni), ale ja też jestem typem, co w zasadzie zawsze woli trening, a nowy czaprak czy bryczesy przelicza szybko w głowie na ilość treningów i równie szybko rezygnuje z zakupu, o ile nie jest faktycznie niezbędny. Niemniej jednak fajnie przyjrzeć się ofercie poszczególnych sklepów, nowościom na rynku, oglądać, dotykać i poznawać nowe marki. W pamięć zapadło mi szczególnie jedno stoisko i do tego sklepu pewnie prędzej czy później zmięknę i wrócę. Farys Design to klasyczna, ale oryginalna i bardzo jeździecka biżuteria. Konsekwentna w stylistyce i bardzo prosta.

28516315_607252842949020_4769422453715318132_o

Fot.: Farys Design

Nie sposób nie wspomnieć też o świetnej organizacji konkursów. Nie zawiodły wprowadzenia i komentarze Szymona Taranta. Komentarze były w dużej mierze skierowane do widzów znających się z grubsza na rzeczy, ale nie zabrakło nigdy słów wprowadzenia i wytłumaczenia dla tych, którzy jeździectwem na codzień się nie pasjonują, a na Cavaliadę trafili z rodziną w ramach pomysłu ciekawego spędzania weekendu. Konferansjerka nigdy nie była nachalna, nigdy żenująca, ani wiejąca nudą. Prowadzący fajnie budował napięcie i ciekawie wprowadzał zawodników. Świetnym pomysłem, którego nie pamiętam sprzed dwóch lat, ale mogło być tak że przed samymi konkursami brykałam z młodą na zewnątrz, żeby możliwie długo wytrzymała na trybunach podczas samych przejazdów – było przechodzenie parkuru i komentowanie go przed rozpoczęciem konkursu. W przypadku Grand Prix to był ciekawy i bardzo naładowany konkretnymi informacjami o odległościach, możliwościach najazdu i stopniu trudności danych kombinacji wstęp. Myślę że szczególnie ważny i pomocny dla tych mniej zaawansowanych widzów, ale równocześnie ciekawy dla tych nieco bardziej siedzących w temacie.

kristops neretnieks

Fot.: Cavaliada.pl

Cavaliada to chyba jedyne zawody jeździeckie, które w pełni wykorzystują potencjał tego widowiskowego sportu i podchodzą do organizacji wydarzenia w bardzo nowoczesny sposób. To jest promocja nie tylko samego sportu, ale tez jakiegoś konkretnego lifestyle’u. Przyglądając się temu wydarzeniu nie sposób nie dostrzec, że sport sensu stricte to tylko jeden z aspektów Cavaliady. To tez przestrzeń spotkania i szeroko pojętego jeździeckiego networkingu. Na Cavaliadzie jak nigdzie indziej można zreszta spotkać przekrój całego jeździeckiego środowiska od dziewczynek jeżdżących w szkółce, ciągnących za rękaw na trybuny lekko znudzonych ojców po czynnych zawodników obserwujących na parkurze swoich dobrych znajomych. Fajnie że możemy wszyscy spotkać się w jednym miejscu. Wielkie brawa należą się organizatorom, którzy konsekwentnie realizują model zawodów różnorodnych, przeplatania klasycznych „poważnych” konkursów tymi widowiskowymi i nieco mniej typowymi. Model takiego nieco mniej ortodoksyjnego podejścia do zawodów. No i jest jeszcze kwestia dotarcia i wykorzystania mediów. Tych tradycyjnych z transmisją w NC+, ale i nowych mediów, z mediami społecznościowymi na czele, relacjami na FB, wykorzystaniem nośnego hashtaga #WEARECAVALIADA, wywiadami i po prostu rzetelnym prowadzeniem wszystkich kanałów społecznościowych.

Fantastycznie było wziąć udział w tym wydarzeniu, chociaż wyjazd przed 5 i powrót wieczorem był raczej wysokim saltem. Klimatu tej imprezy nie da się porównać z żadną inną. Mam nadzieje, że w grudniu uda mi się wybrać do Poznania, bo to właśnie te zawody uchodzą za zorganizowane z największym rozmachem w całym cyklu Cavaliada Tour. Plan już jest!

Jarosąaw Skrzyczyšski (4)

Fot.: Cavaliada.pl

Dodaj komentarz