Wyścigi na Błoniach, czyli festiwal organizacyjnych koszmarków.

SONY DSC

SONY DSCW ostatni weekend pokaźny fragment krakowskich Błoni zmienił się w tor wyścigów konnych. To nie pierwsze i nie jedyne duże jeździeckie wydarzenie organizowane na Błoniach lub w centrum miasta, a same wyścigi miały już kilka edycji w poprzednich latach. Wbrew pozorom w Krakowie tego typu imprez jest całkiem sporo, ale jakoś zawsze odczuwam po nich niedosyt i mam wrażenie, że organizacja tych eventów mocno kuleje. Bez bicia przyznaję się, że na tegorocznych wyścigach byłam może godzinę i widziałam tylko dwie gonitwy, więc moja opinia jest mocno subiektywna i jeśli trafiłam na moment chwilowego chaosu, to może być też nieco niesprawiedliwa. Ale prawda jest taka, że większość oglądających te zawody, podobnie jak ja, nie spędzała na Błoniach całego dnia, a jedynie wpadała na chwilę popatrzeć na gonitwę między spacerem a obiadem czy lodami na Rynku.

Impreza trwała dwa dni, chociaż w sobotę nie odbywały się żadne gonitwy, a jedyną atrakcją były dostępne przez cały dzień kucyki i hucuły, na których przejechać mogli się najmłodsi. Właściwym dniem wyścigów była niedziela i wtedy właśnie przytargałam na Błonia odwiedzającą mnie w miniony weekend zupełnie niejeździecką rodzinę. Moi bliscy, chociaż sami z siebie z końmi mają niewiele wspólnego, to chętnie towarzyszą mi zarówno w stajni, jak i podczas tego typu wydarzeń, a mój mąż niedługo zostanie prawdziwym jeździeckim ekspertem, który na koniu siedział całe cztery razy. Trafiliśmy więc na Błonia w składzie jeden jeździec-amator-fanatyk i trójka pozytywnie nastawionych laików. Warto zauważyć, że trafiliśmy na zawody, ponieważ jako jeździec-amator-fanatyk wyczułam pismo nosem w piątek, kiedy organizatorzy rozkładali barierki toru, ale ani w internecie, ani w mieście nie spotkałam wcześniej żadnej reklamy tego wydarzenia, chociaż oczywiście mogło być i tak, że po prostu nie miałam szczęścia. Chciałam obejrzeć gonitwę małopolaków, ale że w internecie funkcjonowało kilka wersji harmonogramu, to trafiliśmy na kłusaki, które biegły przed nimi. Jako że nie byłam nigdy na wyścigach i nie widziałam żadnej gonitwy, to w zasadzie z kłusaków cieszyłam się tak samo, jak z małopolaków. Zajęliśmy miejsce przy barierce na chwilę przed rozpoczęciem gonitwy i ruszyły! Przez kilka minut wyścigu wszystko było pięknie, konie wyglądały zjawiskowo, szczerze mówiąc nigdy nie widziałam na żywo kłusaka, więc zrobiły na mnie spore wrażenie, komentator cały czas opowiadał o tym, co dzieje się na torze, kto zagalopował, a kto wysunął się na prowadzenie i wydawało mi się, że to na prawdę fajna impreza. Ale niestety gonitwa się skończyła i wraz z nią skończył się mój entuzjazm.

Nie staliśmy przy samej mecie, gdzie znajdowało się stanowisko konferansjera, ale dzięki głośnikom doskonale słyszęliśmy, co mówi, a mówił dużo i bez większego ładu i składu. Dowiedzięliśmy się wprawdzie, kto zwyciężył, ale zaraz potem różne osoby zaczęły podawać sobie, czy raczej wyrywać mikrofon i w chaotyczny sposób opowiadać o nagrodach za wcześniej czy też równocześnie przeprowadzone konkursy dla dzieci jeżdżących na hucułach. Padało jedno nazwisko i do tego zwykle przekręcone, potem ktoś wyrywał mikrofon i zaczynał mówić o zmianie nagród. To super, że podczas gonitw odbywały się też zajęcia i konkursy dla dzieci, to ważne, bo przecież takie wydarzenia powinny mieć na celu szerzenie sztuki jeździeckiej i promocję tego sportu, a darmowe przejażdżki dla dzieci zawsze przyciągają całe rodziny. To fajnie, że organizatorzy znaleźli również budżet na nagrody dla dzieci, szkoda tylko, że ich wręczanie odbywało się tak chaotycznie, a sami organizatorzy nie wiedzieli, co mają wręczać, komu ani za co. Na domiar złego nie przyszło im na myśl, by wyłączać mikrofon, kiedy szeptem porozumiewali się między sobą. W tym czasie po torze kręciły się zdenerwowane kłusaki w oczekiwaniu na ogłoszenie oficjalnych wyników gonitwy i wręczenie nagród. Za barierkami kręcili się równie niecierpliwi i zdezorientowani widzowie. Kiedy w końcu organizatorzy ustalili, jakie nagrody dostaną dzieciaki, ściągnęli wszystkich laureatów przekrzykując się i przekręcając ich nazwiska, nadszedł czas na dekoracje kłusaków. Wydawało mi się, że jesteśmy już w domu, szybkie wręczenie nagród, uścisk ręki, zjazd kłusaków z toru i pojawią się małopolaki. Nic bardziej mylnego, zamiast szybkiego wręczenia nagród i gromkich braw, zaczął się kolejny festiwal wyrywania mikrofonu, ustalania szeptem, kto ma wręczyć jaką nagrodę, przedstawiania osób wręczających puchary i przekrzykiwania się nawzajem. W międzyczasie mikrofon wyrywał Pan, który nawoływał dziennikarzy i rzucał zupełnie nieśmieszne żarty na temat transmisji z dekoracji koni. Trwało to wszystko wieki. W końcu konie zjechały z toru i nastała cisza, to znaczy nie do końca cisza, bo oczywiście z głośników leciała muzyka, ale na torze było pusto, a nikt z domorosłych konferansjerów, którzy jeszcze przed chwilą przekazywali sobie mikrofon z rąk do rąk, nie pchał się do poinformowania widowni o dalszym harmonogramie wyścigów. Pewnie gdybym była tam sama, to sterczałabym przy barierce w pełnym słońcu, aż nie wyjechałyby małopolaki, ale nie miałam sumienia trzymać tam mojej kompletnie niejeździeckiej rodziny. Zaczęliśmy więc oddalać się. Małopolaki ruszyły kiedy byliśmy już w samochodzie, ale zaparkowaliśmy jeszcze przy samym torze i zdążyłam dobiec do barierki, kiedy po jej drugiej stronie przebiegały, czy raczej przelatywały małopolaki. Cel został więc osiągnięty, miałam cwałujące konie na wyciągnięcie ręki, pierwszy raz byłam na wyścigach, a miałam okazje doskonale słyszeć, jak dżokeje poganiają i dopingują swoje konie, ale niesmak pozostał i tak.

 Sama idea wyścigów na Błoniach jest świetna, bo to doskonały sposób promocji koni i jeździectwa, a nie tylko samych wyścigów. Zwykli ludzie mają tak, jak ja,na wyciągnięcie ręki konie sportowe i sympatyczne kucyki. Dla dzieci to często pierwsza okazja do spotkania z tymi wspaniałymi zwierzętami i złapania jeździeckiego bakcyla. Ja też zaczynałam od oprowadzanek na poczciwych kucykach, których efektem było zamęczanie rodziców o jazdy w prawdziwej stadninie. Takie imprezy to dla wielu okazja do przekonania się, że jeździectwo jest dla ludzi, że może warto spróbować tego sportu. Chociaż sama nie jestem pasjonatką wyścigów konnych, to uważam, że każda dyscyplina i sposób są dobre, by promować jeździectwo i szacunek do koni wśród laików i amatorów. Tak samo cieszą mnie wyścigi, jak kawalerzyści, skoki czy pokazy naturalu, bylebyśmy zapraszali na widownię nie tylko profesjonalistów i pasjonatów, ale też laików i amatorów tak, by jak najszerzej promować jeździectwo. To dobrze i fajnie, że mieliśmy na Błoniach wyścigi konne, szkoda tylko że gdzieś po drodze zabrakło pomysłu i dobrej organizacji. Konferansjer powinien być jeden, dobrze zorganizowany i poinformowany, jako że rotacja na widowni była ogromna, a przerwy między gonitwami długie powinien wiele razy powtarzać najbliższy plan imprezy tak, by ludzie wiedzieli, czy warto zostać jeszcze 5 minut przy barierce, czy lepiej iść zjeść lody w cieniu, bo nic ciekawego przez 20 minut się nie wydarzy. Rozumiem również, że sponsorzy i patroni są ważni i płacą za to, że ich nazwiska zostaną wypowiedziane do mikrofonu, ale wręczenie nagród nie może zmieniać się w spotkanie kółka wzajemnej adoracji i ciągnąć się jak flaki z olejem. Szkoda, że organizatorzy nie przewidzieli, że większość widzów to będą totalni laicy – spacerowicze i przechodnie, których zainteresuje muzyka lecąca z głośników i zbiegowisko ludzi. Szkoda, że nie przyszło organizatorom do głowy, że takim osobom warto opowiedzieć coś więcej o koniach, samej dyscyplinie i poszczególnych gonitwach, szczególnie, że czasu pomiędzy poszczególnymi biegami było na prawdę sporo. Ja sama chętnie, bym usłyszała coś więcej o kłusakach o tym dlaczego powożący siedzą w taki, a nie inny sposób i z czego zrobiony jest sam wózek, który kłusak ciągnie, a moja nie-jeździecka mama miała jeszcze sto innych pytań. Szkoda, bo właśnie w ten sposób można zainteresować i zachęcić widzów do pierwszej wizyty w stadninie koni i do bliższego poznania tych zwierząt. Brakowało mi też szerszej i lepszej promocji, ale to jestem w stanie zrozumieć, bo budżety są różne i choćby się miało najlepsze chęci i pomysły, to czasem brakuje złotówek na ich realizację. Braki w organizacji to już inna historia. Oczywiście mimo tych organizacyjnych koszmarków z chęcią wybiorę się na kolejną edycję imprezy z nadzieją, że uda się poprawić przynajmniej część z tegorocznych błędów. Czasem mam wrażenie, że jeździectwo jest tylko dla profesjonalistów, a przynajmniej tylko o nich myślą organizatorzy eventów i zawodów, a i sami jeźdźcy i to na każdym poziomie zaawansowania potrafią tworzyć bardzo hermetyczne środowiska, a przecież warto otwierać się na nowych i potencjalnych wielbicieli tego sportu i koni. To wyjdzie tylko na dobre samym koniom, stadninom, instruktorom, trenerom i całej branży, a dobrze zorganizowane wyścigi konne na Błoniach to doskonała okazja do promocji koni i jeździectwa w Krakowie.

 

Dodaj komentarz