Warsztaty z Wojciechem Mickunasem.

DSC00149

DSC00149W poprzednią sobotę miałam okazję przyglądać się warsztatom prowadzonym przez Wojciecha Mickunasa w Ośrodku Rehabilitacji Koni w Hebdowie. Sama stadnina jest malowniczym i pięknie położonym ośrodkiem, w którym panuje rodzinno-przyjacielska atmosfera. Prawdę mówiąc w Hebdowie jest wszystko, co według mnie w tego typu stadninie być powinno. Jest więc koza przy wejściu, urocza gęś, która spaceruje sobie, gdzie jej się podoba i bliżej nieokreślona liczba psów i kotów. Jest też spora, przestronna i czysta stajnia z zadbanymi, dużymi boksami, myjka, siodlarnia, paszarnia, a wszystko zadbane i uporządkowane. Do tego dwie ujeżdżalnie: pierwsza piaskowa pod chmurką i druga nieco mniejsza, ale za to zadaszona. Wszędzie panuje ład i porządek, a do tego w ośrodku panuje przyjazna, rodzinna atmosfera i zwyczajnie miło spędza się tam czas. Ale stajnia stajnią, a najważniejsze były przecież same warsztaty! Dotychczas wydawało mi się, że tego typu wydarzenia były skierowane do jeźdźców z dużo większym doświadczeniem niż moje i szczerze mówiąc trochę bałam się, że będę się podczas takiej kliniki czuła jak przedszkolak na wykładzie z fizyki kwantowej. Tym razem jednak postanowiłam się odważyć, zachęcona zapewnieniami o wąskim gronie znajomych i przyjacielskiej atmosferze. I nie zawiodłam się. W warsztatach brąły udział głównie osoby jeżdżące w Hebdowie, bądź trzymające tam swoje konie, a w wąskiej grupie słuchaczy byli sami znajomi i krewni królika. Dzięki temu warsztaty były pozbawione tej onieśmielającej otoczki wielkiego i profesjonalnego wydarzenia. Całość odbywała się w miłej i normalnej atmosferze, a wspólne jedzenie obiadu i rozmowy z Trenerem przy kawie sprawiły, że warsztaty były jeszcze bardziej kameralne.

DSC00079

Sympatyczna stajenna gęś, która przywitała nas na wejściu.

Mieliśmy okazję przyglądać się treningom siedmiu bardzo różnych par i to właśnie różnorodność tematyki była największą wartością tych warsztatów. Przekrój zaawansowania koni i jeźdźców był ogromny – od rekreacyjnego hucuła przez emerytowanego konia rajdowego, czy zdolnego skoczka do prawdziwych ujeżdżeniowych maszyn. Różne były też problemy, z którymi borykały się poszczególne pary. Trener z każdym z duetów pracował indywidualnie, zaczynając od krótkiej rozmowy i przyjrzenia się samodzielnej pracy jeźdźca. Muszę przyznać, że z początku wydawało mi się, że godzina to zdecydowanie niewystarczający czas, szczególnie dla tych par, z którymi Trener nie miał wcześniej styczność, bo niby jak tu w 60 minut poznać i zrozumieć dany zespół, a do tego jeszcze pomóc odnaleźć i rozwiązać jego problemy. Ale oczywiście myliłam się, po pierwsze warsztaty nie służą rozwiązywaniu problemów za pomocą magicznej różdżki, a jedynie korygują i nadają kierunek dalszej, już samodzielnej pracy jeźdźca i konia. Po drugie dobrze wykorzystana godzina, spędzona efektywnie, na różnych ćwiczeniach i porządnej pracy, to w rzeczywistości bardzo dużo. Podczas pracy z poszczególnymi parami Trener zwracał uwagę na całą masę większych i mniejszych błędów popełnianych przez jeźdźców. Wiele z tych uwag okazało się być przydatne również w pracy z Fifim. Jedną z nich jest z pewnością kwestia rozluźniania żuchwy. To bardzo proste i właściwie raczej elementarne ćwiczenie, z którym Siwy dotychczas nie miał styczności, ale mam nadzieję, że jako sprytna i szybko ucząca się bestia, zaraz zrozumie, o co w nim chodzi i że bez rozluźnienia żuchwy nigdy nie podstawi zadu i nie zacznie pracować efektywnie. Ja sama na pewno wezmę sobie do serca wszystkie uwagi Trenera dotyczące dosiadu i prawidłowej pracy jeźdźca.

W związku z tym, że pary biorące udział w warsztatach i ich problemy były bardzo różnorodne, to i rozstrzał uwag i porad Trenera był wielki, ale przez cały dzień przewijały się i powracały dwa tematy. Pierwszym z nich jest kwestia bycia liderem, Trener wielokrotnie podkreślał, jak ważne jest, by być dla konia przywódcą i to nie tylko w siodle, ale również z ziemi, na pastwisku i w boksie. Jeździec jako szef powinien więc przede wszystkim decydować o kierunku i tempie ruchu konia, wszyscy wiemy, jak wiele koni, na czele z moim Siwym, próbuje przywództwo na tej płaszczyźnie podważyć. Metod jest wiele, od prób wywiezienia i wyłamywania, przez odmawianie przejścia do wyższego chodu, do buntu i brykania, ale każda z nich oznacza, że koń swojego jeźdźca nie do końca uznaje za szefa. Trener zwracał uwagę, by w takich sytuacjach zawsze próbować do skutku i nie odpuszczać, ale podkreślał przy tym, że nie tylko w siodle jeździec kształtuje swoje przywództwo. Każda chwila spędzona z koniem ma wpływ na relację z nim i ustalanie hierarchii, a to, by być dla konia szefem nie tylko ułatwia współpracę z nim pod siodłem, ale też zapewnia jemu samemu komfort i poczucie bezpieczeństwa. Konie ze swej natury przyzwyczajone są do funkcjonowania w stadzie, w konkretnej i jasno określonej hierarchii, gdzie doświadczona i mądra klacz podejmuje za nie większość decyzji i zapewnia im bezpieczeństwo. Koń, któremu człowiek gwarantuje taki spokój i bezpieczeństwo, jest rozluźniony i zrelaksowany, nie musi przejmować się niebezpieczeństwem i drapieżnikami, bo tym wszystkim zajmuje się za niego człowiek. Wielu jeźdźców niesłusznie broni się i obawia  bycia liderem, myląc je z postawą agresywną, biciem i wymuszeniem. Bycie przywódcą wymaga stanowczości, ale i łagodności, która pozwala zdobyć zaufanie konia, a nie agresji.

Drugim tematem powtarzającym się podczas wielu treningów była subtelność. Trener wielokrotnie podkreślał, jak bardzo czułymi i wrażliwymi zwierzętami są konie. To właśnie te ich cechy pozwalały im przetrwać i unikać zagrożenia przez tysiące lat życia na wolności, wielu jeźdźców jednak zapomina o tym w swojej codziennej pracy, używając zbyt mocnych i agresywnych pomocy – szarpiąc za wodzę i kopiąc konia łydkami. Koń, który szanuje swojego jeźdźca i rozumie wysyłane przez niego sygnały, chętnie wykonuje je przy najsubtelniejszym bodźcu. Przykład? Aby przejść do stępa wystarczy wypuścić powietrze i tym samym głębiej usiąść w siodle. Nie trzeba przykładać łydek, ani tym bardziej szarpać za wodze. Brzmi co najmniej nieprawdopodobnie, ale widziałam to na własne oczy. Zeby jednak koń zaczął reagować na takie subtelne sygnały, to trzeba go tego najpierw nauczyć odpowiednio stopniując bodźce, zamiast kopać i szarpać konia, kiedy nie zareaguje po pierwszym sygnale. Aby uświadomić nam, jak doskonałymi obserwatorami są konie i jak dobrze potrafią odczytywać nawet te sygnały, które wysyłamy nieświadomie, Trener przytoczył nam historię o tym, jak którejś zimy lonżował swojego konia. Koń pracował na lonży, by zachować formę mimo warunków, które nie pozwalały na trening w siodle. Miał chodzić 50 kółek kłusa w każdą stronę i już po kilku tygodniach przy 49 kółku sam zmieniał kierunek zanim Trener zdążył w jakikolwiek sposób poprosić o tę zmianę. Koń oczywiście nie umiał liczyć, ale za to umiał odczytywać nawet najdrobniejsze sygnały, które Trener wysyłał nieświadomie.

Warsztaty z Wojciechem Mickunasem były dla mnie niezwykłym i bardzo ciekawym doświadczeniem, a po 10 godzinach oglądania treningów głowa puchła mi od świeżo zdobytej wiedzy i własnych przemyśleń. To był też po prostu bardzo miły dzień, spędzony w trochę rodzinnej, domowej atmosferze z ludźmi o wielkiej pasji. Mimo że z większością poznałam się tego samego dnia, to jedząc obiad przy jednym stole mieliśmy całą masę wspólnych, jeździeckich tematów. Mam nadzieję, że w przyszłości będę miała okazję wrócić do Hebdowa na warsztaty, najchętniej w towarzystwie Siwego rozbójnika.

Dodaj komentarz