Szkolenie z Gerdem Heuschmannem.

Źródło: http://www.pferdepunkt.com/
Źródło: http://www.facebook.com/GerdHeuschmannszkoleniawPolsce
Źródło: http://www.facebook.com/GerdHeuschmannszkoleniawPolsce

W ostatnim tygodniu miałam okazję wziąć udział w szkoleniu z Gerdem Heuschmannem w Grodźcu. Dotychczas jedyna klinika, której miałam szansę się przyglądać to sierpniowe warsztaty z Wojciechem Mickunasem w Hebdowie. Wcześniej unikałam tego typu wydarzeń, bo trochę mnie onieśmielały i wydawało mi się, że ja –  jeździecki przedszkolak – na takiej poważnej klinice będę pasować do reszty towarzystwa jak wół do karety. Na szczęście warsztaty w Hebdowie mnie ośmieliły i kiedy usłyszałam o szkoleniu z Gerdem Heuschmannem, to pomyślałam, że to serce zabiło mi szybciej. Zresztą mąż namawiał mnie, żebym pojechała, a i z naszej stajni uzbierała się niezła delegacja, więc nie miałam wyjścia – pojechałam!

Szkolenie odbywało się w pięknym ośrodku Metpol w Grodźcu koło Opola i trwało dwa dni. W środę rozpoczęliśmy od wykładu teoretycznego, który wprowadził nas w nadrzędne tematy wszystkich treningów, które zaraz mieliśmy oglądać, czyli kwestie równowagi, rozluźnienia i harmonii pomiędzy jeźdźcem a koniem. Podczas tego wstępu Doktor starał się przybliżyć nam w ogromnym skrócie swoją opinię na temat tego, jak wyglądać powinna, zgodnie z jego doświadczeniem, współpraca między jeźdźcem a koniem, która nie krzywdzi tego drugiego. Przede wszystkim starał się zwrócić naszą uwagę na źródło większości problemów u koni (zaczynając od płochliwości a kończąc na trudnościach z wykonywaniem poszczególnych figur ujeżdżeniowych), na źródło, które, jak to ujął doktor, „w 95% przypadków siedzi w siodle”. O wykładzie mogę powiedzieć właściwie tylko jedno – że był za krótki. Czułam po nim ogromny niedosyt i żałowałam, że organizatorzy przewidzieli na wstęp teoretyczny tylko godzinę, chociaż rozumiałam, że przecież głównym założeniem kliniki są treningi z jeźdźcami i ich końmi. Na szczęście Gerd Heuschmann ma ogromne doświadczenie w prowadzeniu szkoleń, którym towarzyszy głodna wrażeń i informacji widownia, więc podczas każdego z treningów starał się  przemycać możliwie najwięcej ogólnych informacji i porad skierowanych właśnie do słuchaczy, a mój wykładowy niedosyt został w ostatecznym rozrachunku zaspokojony.

Źródło: http://www.oregondressage.com/
Źródło: http://www.oregondressage.com/

Przez dwa dni szkolenia mieliśmy okazję obserwować treningi dziesięciu par, większość z nich oglądaliśmy dwukrotnie. Pierwszy dzień był więc dniem zaskoczenia, dniem poznawania jeźdźców, koni i ich wspólnych problemów i dniem poznawania samego Gerda Heuschmanna, jego metod treningowych i pomysłów na rozwiązywanie konkretnych problemów. Ogromną zaletą warsztatów było zróżnicowanie wśród par, które mieliśmy okazję oglądać. Byli skoczkowie, ujeżdżeniowcy i wszechstronni, były konie skaczące 130 cm, ujeżdżeniowe maszyny i konie porekreacyjne. Bardzo różne były też ich problemy, chociaż paradoksalnie po dwóch dniach szkolenia powiedzieć można, że większość z nich rozwiązać można stosując się do tych samych zasad – delikatnej ręki, pewnego, a przy tym subtelnego dosiadu i aktywnej, używanej świadomie łydki, kierując się przy tym poszanowaniem dla biomechaniki i budowy konia. Przyznaję się bez bicia, że ogromnym zaskoczeniem było dla mnie to, że problemy na każdym poziomie zaawansowania rozwiązać można po prostu jeżdżąc dobrze. Doktor sam żartował zresztą, że właściwie można by nagrać, a następnie puszczać podczas kolejnych treningów kilka zdań w rodzaju: „długa szyja!”; „siedź głęboko i ciężko!”, „ręce wyżej!; czy „wewnętrzna łydka!”, zamiast zapraszać go na warsztaty. Ale to oczywiście nieprawda, wiedza, doświadczenie i oko trenera tej klasy, co Gerd Heuschmann są dla jeźdźca pomocą, którą ciężko porównać z czymś innym. Podczas tego szkolenia miałam okazję przekonać się, jak bardzo jeździecka praktyka Doktora jest zakorzeniona właśnie w jego wiedzy, w czerpaniu z bardzo różnych źródeł – od klasycznego jeździectwa, czy biomechaniki, do doświadczeń amerykańskich kowbojów. Doktor praktycznie cały czas odwoływał się do książek czy cytował wypowiedzi najróżniejszych trenerów i jeźdźców. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że dobry jeździec powinien cały czas nie tylko jeździć, ale i rozwijać się teoretycznie, czytać i podglądać, bo tylko w ten sposób wykształci w sobie intuicję opartą o wiedzę i doświadczenie.

Źródło: http://www.pferdepunkt.com/
Źródło: http://www.pferdepunkt.com/

W szkoleniu brało udział sporo jeźdźców, którzy z Gerdem współpracują regularnie i widać było po nich przede wszystkim wielką świadomości własnego ciała, na którą Doktor kładzie duży nacisk. To byli oczywiście jeźdźcy wysokiej klasy, ale też jeźdźcy z otwartymi głowami, którzy potrafili podczas swoich treningów osiągać na prawdę fantastyczne rezultaty ze swoimi końmi. Ale byli też i tacy, którzy na szkoleniu z Gerdem Heuschmannem byli po raz pierwszy i to także były wyjątkowo interesujące pary. Efekty, które udało im się osiągnąć w zaledwie dwa dni pracy, czyli de facto dwie godziny były na prawdę niezwykłe. Jedna z tych par, która szczególne zapadła mi w pamięć, Karina i jej koń o tym samym imieniu, właśnie po raz pierwszy pracowała z Doktorem. Klacz była typowym trudnym koniem, po przeszłości w rekreacji, z różnymi łopatkami i problemem z kopytem, wjechała na halę sztywna, zestresowana i spięta. Dzięki pracy Gerda i swojej właścicielki, która przez te dwa dni wykazała się ogromną otwartością, chęcią do zmian i pracy nad sobą, klacz w czwartek wyjeżdżała z hali z długą, luźną szyją, grzbietem wyższym o kilka centymetrów i spokojną głową. Ta para zrobiła na mnie największe wrażenie, trochę dlatego że była to przemiana w rodzaju „od zera do bohatera”, trochę dlatego że w tej klaczy odnajdywałam po części mojego Fabiana (i jako jedyna też była siwa!), a trochę dlatego że  mnie jako właścicielkę samych schroniskowych kundli zarówno wśród psów jak i koni, takie historie o koniach bardzo zwykłych, ale przez swoich właścicieli bardzo kochanych mimo tej zwykłości, zwyczajnie biorą za serce.

Źródło: http://www.poniesinsideout.com/
Źródło: http://www.poniesinsideout.com/

Na niektóre spośród koni biorących udział w szkoleniu Doktor wsiadał sam. Podglądanie Gerda w pracy z poszczególnymi końmi, było doświadczeniem niezwykłym. Po pierwsze ze względu na efekty, które udawało mu się osiągnąć w na prawdę krótkim czasie. Doktor nigdy nie spędzał w siodle całej godziny treningu, jego celem było nie tylko rozluźnienie konia, ale i pokazanie jeźdźcowi, jak dalej prawidłowo z takim rozluźnionym koniem pracować. Po drugie był to chyba najlepszy przykład na to, że sprzęt w jeździectwie nie jest tak strasznie ważny i chociaż dopasowane do konia i jeźdźca siodło bardzo ułatwia pracę, to i dziewięćdziesięciokilogramowy facet może wspaniale współpracować z koniem siedząc w siodle czterdziestokilogramowej, filigranowej dziewczyny. Złej baletnicy… wiadomo! Pewnym zaskoczeniem było dla mnie to, że współpraca Doktora z koniem nie zawsze wygląda tak „ładnie”, jak się tego spodziewałam, ale jak sam tłumaczył, większość jego pracy z koniem pod siodłem podczas tego typu szkoleń ma wartość edukacyjna a nie gimnastyczną. Zresztą najlepszym świadectwem tej pracy są same konie, z których zsiada Gerd – rozluźnione, zrelaksowane i chętne do pracy.

Źródło: http://sardinienhorse.de/
Źródło: http://sardinienhorse.de/

Dwa dni warsztatów były dla mnie wspaniałym doświadczeniem. Konie i jeźdźcy, których miałam okazję obserwować zmieniali się w trakcie ich trwania nie do poznania, a sam Doktor był doskonałym prowadzącym, który potrafił podzielić swoją uwagę sprawiedliwie pomiędzy jeźdźców a słuchaczy, cierpliwie odpowiadał na każde pytanie i przede wszystkim przekazał nam ogrom wiedzy. Dla mnie chyba największą wartość mają wszystkie wskazówki praktyczne, techniczne „triki” i ćwiczenia, które skrzętnie zapisywałam w swoim szkoleniowym notatniku. Wiele spośród nich z pewnością wykorzystam, kiedy wrócę do pracy w siodle. Po tych dwóch dniach wracałam do domu z głową puchnącą od wiedzy, odmarzniętymi stopami, książką z autografem Gerda, zeszytem pełnym notatek i masą pomysłów na to, jak najlepiej pracować z Fifim tak, żebyśmy byli oboje szczęśliwi i zrelaksowani.

Wygląda na to, że i podczas ciąży można się rozwijać jako jeździec, chociaż na razie od strony teoretycznej. Wszystkim tym, których udało mi się zachęcić do udziału w szkoleniu z Gerdem Heuschmannem i to zarówno z koniem (co jest od kilku dni moim nowym marzeniem numer 1!), jak i w roli wolnego słuchacza, podpowiadam, że kolejne warsztaty odbędą się 11-12.03.2015r. Ja wtedy będę już bardziej przypominać wieloryba niż amazonkę, a walizkę będę pakować do szpitala, a nie na szkolenie, ale mam nadzieję, że następne mnie już nie ominie!

Niestety podczas treningów na hali nie można było robić zdjęć, a tych, które wykonywał fotograf zapewniony przez organizatora, nie udało mi się jeszcze uzyskać, ale liczę, że możliwie szybko uda mi się uzupełnić relację o zdjęcia.

 

Dodaj komentarz