Nagradzać czy nie nagradzać?

Windows Phone_20140302_011-kopia

Windows Phone_20140302_011-kopiaKwestia nagradzania konia smakołykami w trakcie pracy mocno dzieli sympatyków jeździectwa. Jedni twierdzą, że psuje to relacje między koniem a jeźdźcem, ustawia człowieka niżej w hierarchii (w końcu który koń alfa rozdaje plebsowi smakołyki), a do tego sprawia, że koń później domaga się tych przysmaków i nieproszony zaczyna trącać człowieka nosem i szarpać za kieszenie. Inni uważają, że smakołyki ułatwiają komunikację z koniem, są dobrą nagroda i jasnym sygnałem, że dane ćwiczenie koń wykonał poprawnie. Ja osobiście jestem zwolenniczką tej drugiej teorii i smakołyki towarzyszą nam w treningu od początku, chociaż nie zawsze towarzyszyły nam w siodle. Kiedy zaczynaliśmy się poznawać,ćwicząc z ziemi, na lonży i w ręku, smakołyki pomagały mi zasygnalizować Fabianowi, że wykonał dane zadanie poprawnie, pomagały oswoić lęki podczas odczulania na różne przedmioty, były dobrą i zrozumiałą dla obu stron nagrodą, więc zawsze miałam ze sobą pełne kieszenie marchewek pokrojonych na kawałki.

Kiedy zaczęliśmy pracę pod siodłem przestałam upychać smakołyki po kieszeniach, a nagroda w postaci pochwały, pogłaskania i chwili rozluźnienia zawsze była wystarczająca. Trzeba jednak w tym miejscu zaznaczyć, że Fifi jest koniem mocno rozpieszczanym i odkąd jest ze mną nigdy nikt mu nie szczędził smakołyków, a mnie właściwie nie zdarza się wejść do stajni bez torby pełnej marchewek, buraków, albo suchego chleba (szczególnie, że ten ostatni suszy dla mnie cała rodzina, a i w pracy dosyć często zdarza mi się wrócić ze spotkania i znaleźć u siebie na biurku nową porcję chleba). Przysmaki Fifi dostawał zawsze w dużych ilościach przed i po treningu, ale po prostu nie zabierałam ich ze sobą na samą jazdę, do czasu kiedy nie wpadłam na pomysł, że mogą pomóc nam rozwiązać niektóre problemy.

Fifi dosyć długo był zwolennikiem teorii, że w obie strony należy galopować na lewą nogę. W zasadzie był zwolennikiem tej teorii dużo dłużej niż nakazuje przyzwoitość. Temat poprawnego zagalopowania na prawą nogę był przeze mnie trochę zaniedbany, bo uczyliśmy się razem tylu rzeczy, tyle było przed nami i wciąż kwestia tego głupiego zagalopowania odchodziła na dalszy plan. W końcu doszłam do wniosku, że dość już i to wstyd, że wciąż mamy z tym problem, że Fifi rozwija się nierówno i że czas najwyższy poprawić ten błąd. Jednym słowem postanowiłam, że musimy ten problem przepracować i rozwiązać. Zaczęliśmy ćwiczenia w oparciu o oczywistą metodę – próbujemy do skutku, a kiedy w końcu się uda, kończymy ćwiczenie i się relaksujemy, ale miałam wrażenie, że mój brak umiejętności sprawiał, że sygnał „super, o to chodziło!” nie był tak wyraźny, jak bym chciała. Jakoś zawsze coś mnie wybijało z rytmu i zamiast natychmiast po zagalopowaniu ze złej nogi i przejściu do kłusa dawać sygnał do zagalopowania raz jeszcze, ja potrzebowałam kilku kroków kłusa, żeby się ogarnąć. W ten sposób Fifi jeśli zagalopował ze złej nogi przechodził na chwilę do kłusa, a jeśli z dobrej galopował dalej, chociaż oczywiście po pełnym kółku przechodziliśmy do stępa, głaskałam go, chwaliłam i dawałam długą wodzę. Ćwiczyliśmy i ćwiczyliśmy, a ja wciąż miałam wrażenie, że Fifi nie jest przekonany, o co chodzi z tym galopem w prawo i dlaczego wciąż się zatrzymujemy, skoro on zagalopował i chce galopować dalej. Oświeciło mnie, kiedy jeździłam z koleżanką, która trenuje ujeżdżenie i to na dużo wyższym poziomie niż my trenujemy cokolwiek, a swojego konia nagradza za dobrze wykonane ćwiczenie czy figurę właśnie przysmakiem. Uświadomiłam sobie, że dla konia to prosty sygnał, jasny, zrozumiały, celny i oczywisty. Zrobiłeś coś na prawdę dobrze – dostajesz smakołyk, który jest też okazją do chwili rozluźnienia na dłuższej wodzy, a wzmocniony jeszcze pochwałą i poklepaniem po szyi jest komunikatem, który z pewnością nie zostanie mylnie zrozumiany. Zaczęliśmy więc pracować nad galopem w prawo posiłkując się marchewkowymi nagrodami i to pomogło, Fifi nagradzany smakołykiem po każdym dobrym zagalopowaniu zrozumiał, o co w tym wszystkim chodzi. Wprawdzie wciąż zdarza mu się pomylić, szczególnie jeśli ja nie działam pomocami dostatecznie wyraźnie, albo źle balansuje ciałem, ale generalnie można powiedzieć, że rozwiązaliśmy ten problem.

DSC00013-3

Mimo że problem z poprawnym zagalopowaniem mamy już za sobą, to smakołyki zostały z nami na stałe i zawsze mam w kieszeni kilka nagród za ekstra pracę. Staram się oczywiście nie przesadzać, żeby Łobuz nie oczekiwał przysmaku co kilka kroków,chociaż już teraz bywa nieco bezczelny domagając się go po każdym dobrze wykonanym ćwiczeniu. Co więcej doskonale wie, kiedy zrobił coś dobrze i kiedy należy mu się nagroda (w takich sytuacjach zatrzymuje się do stój i trąca mnie nosem do skutku), ale wybaczam mu to, jako że upomina się wtedy, kiedy rzeczywiście zasłuży na pochwałę.

Zwykle w roli nagrody w trakcie pracy występowała pokrojona na mniejsze kawałki marchewka albo kawałki chleba, ale te drugi kruszyły mi się w kieszeniach, a pierwsze były mocno niewygodne. Nie byłam jednak przekonana do sklepowych smakołyków, uważałam je za zbędny wydatek, szczególnie że Fabian kilka razy częstowany przez kogoś w stajni takim przysmakiem niebardzo wiedział, co z nim zrobić. Podczas ostatnich zakupów zdecydowałam się jednak wypróbować raz jeszcze sklepowe smakołyki i kupiłam paczkę St. Hippolyt Lobs. Fabian absolutnie zwariował na ich punkcie i natychmiast orientuje się, że mam je w kieszeni. Nie kruszą się, nie łamią, nie są za duże do trzymania w kieszeni i BARDZO smakują Siwemu, a ich cena nie powala na kolana. Z ziemi, podczas czyszczenia, przed i po jeździe Fabian wciąż wcina kilogramy marchwi, buraków i suchego chleba, a ziołowo-trawiaste przysmaki zostawiamy na treningi, ale myślę, że paczka St Hippolyt Lobs na stałe zamieszka w mojej stajennej szafce. Wszystkim, którzy nagradzają konie smakołykami w trakcie treningu i tym, którzy rozpieszczają je przed i po jeździe z ręką na sercu polecam te przysmaki. Wszystkie konie z naszej stajni je uwielbiają i odrazu wyciągają w moją stronę nosy, kiedy mam je w kieszeni, a Fifi musi się nieźle nakwiczeć i naszczurzyć, żeby obronić mnie, a dokładnie moją kieszeń pełną smakołyków przed żarłocznym stadem.

Nie wiem, czy nagradzanie konia przysmakami w trakcie treningu jest dobre czy złe, nie wiem nawet, czy da się to jednoznacznie i kategorycznie ocenić. Jak ze wszystkim w jeździectwie w dużej mierze zależy to od konia, jego charakteru, nastawienia i relacji z jeźdźcem. Nam smakołyki pomagają, Fifi dzięki nim wiele się nauczył, a mnie umożliwiły jasne zasygnalizowanie mu, że to właśnie o to mi chodziło. Z czystym sumieniem mogę polecić każdemu wypróbowanie tej metody ze swoim koniem i sprawdzenie, czy przynosi oczekiwane rezultaty.

Dodaj komentarz