Kurs Lonżowania

DSC00054

DSC00054Dwa tygodnie temu rozpoczęłam kurs lonżowania w KJK Mustang. Kurs podzielony jest na cztery spotkania, a po poniedziałkowych zajęciach praktycznych z lonżowania na jednej lonży jestem w jego połowie i zamknęłam blok dotyczący pracy z jedną lonżą. Nadszedł więc czas na podsumowanie tej części zajęć!

Kurs przykuł moją uwagę sporą ilością spotkań i faktem, że aż połowa z nich to zajęcia praktyczne, a lonża to przecież jedna z niewielu form pracy z koniem, którą aktualnie mogę faktycznie praktykować a nie tylko oglądać z bezpiecznej odległości. Do tego zgodnie z treścią ogłoszenia bardzo interesująco zapowiadała się jego tematyka: od biomechaniki, przez sposoby wypięcia po wpływ poprawnego lonżowania na pracę konia pod siodłem. Ostatecznie przekonał mnie fakt, że na kurs zapisała się również moja przyjaciółka Agata, właścicielka Magii, a że w grupie zawsze raźniej, postanowiłam za namową mojego Męża również wziąć udział w warsztatach.

Szczerze mówiąc trochę obawiałam się, że po klinice z Gerdem Heuschmannem, która wniosła w moje jeździectwo sporo zmian i przemyśleń na temat stosowania pomocy, patentów i osiągania pozytywnych efektów w pracy z koniem, warsztaty z lonżowania, podczas których analizować będziemy różne formy wypięcia konia, mogą wzbudzić mój sprzeciw. Doszłam jednak do wniosku, że na lonżowaniu generalnie znam się słabo a i taki kurs , podczas którego nie będę się do końca zgadzać z prowadzącym może być równie ciekawym doświadczeniem, co taki podczas którego chłonęłabym każde jego słowo. Już podczas pierwszych zajęć z teorii pracy na jednej lonży przekonałam się, że nie miałam się czym martwić. Obszerny wstęp poświęcony biomechanice konia był najlepszym dowodem na to, że opinie instruktorki prowadzącej kurs nie wzięły się znikąd i nie odbiegają od moich własnych jeździeckich przekonań. Sporo czasu podczas zajęć teoretycznych poświęciliśmy poszczególnym patentom, ich działaniu i efektom (bądź ich kompletnym braku!), jakie można przy ich pomocy osiągnąć. Ja sama pracowałam dotychczas tylko na gumach i wypinaczach. Z wypinaczami miałam nieciekawe doświadczenia, na początku naszej wspólnej przygody Fifi zupełnie nie umiał ich ogarnąć, walczył z nimi i miałam wrażenie, że zamiast pracować i czerpać z tej pracy przyjemność robi sobie nimi krzywdę. Wypinacze wylądowały więc na dnie skrzyni na dłuższy czas. Wróciłam do nich całkiem niedawno, kiedy zawieruszyły mi się gumy i z braku laku postanowiłam spróbować z wypinaczami. Efekty były wspaniałe…jeśli się patrzyło na konia od głowy do kłębu. Siwy pięknie zszedł z głową, zaokrąglił szyję, ale co z tego skoro zad zostawił w stajni, a plecy miał sztywne i krzywe. Zbyt wiele razy przekonałam się, że w jeździectwie wszystkie drogi na skróty prowadzą na manowce, żeby pracować na tym kuszącym, ale bezużytecznym patencie. Drugą pomocą jaką stosuję lonżując Fabiana są gumy. Na nich Fifi chodzi nieźle, chociaż zdarza mu się w akcie sprzeciwu wobec pracy, o którą go proszę, prze całą godzinę lonży strajkować i walczyć z wypięciem, zadzierając głowę do góry i usztywniając kręgosłup. Podczas kursu miałam okazję bliżej zapoznać się z szerszym gronem patentów, które można stosować pracując na lonży. Od tych kompletnie w moim mniemaniu bezużytecznych, jak czambon i gogue, przez ciekawe ale niemożliwe do zastosowania u mojego konia jak pessoa, po te, których dotychczas nie znałam, ale wzbudziły moje zainteresowanie, jak wypinacze trójkątne. Trójkąty zresztą chętnie wypróbowałam na własnym podwórku i rezultaty pracy z Fifim na tym patencie były na prawdę ciekawe.

Na zdjęciu Cekin, z którym miałam okazję pracować na lonży podczas kursu.
Na zdjęciu Cekin, z którym miałam okazję pracować na lonży podczas kursu.

Ogromną zaletą kursu jest mała grupa uczestników i charakter bardziej zbliżony do warsztatów czy otwartej dyskusji niż do wykładu. Sporo czasu poświęciliśmy na rozmawianie o problemach w pracy na lonży i pod siodłem, z którymi spotkaliśmy się trenując z naszymi końmi, o możliwościach ich rozwiązania przy wykorzystaniu właśnie lonży i pracy z ziemi. Po pierwszych teoretycznych zajęciach wróciłam do domu z głową pełną pomysłów, a to chyba najlepiej świadczy o wartości kursu. Część praktyczna była oczywiście jeszcze ciekawsza! Jako że w kursie bierzemy udział we dwie z Agatą, to miałam okazję sama lonżować jednego konia i przyglądać się jej pracy z drugim zupełnie innym koniem. Ja dostałam bodajże ośmioletniego kuca (na którym zresztą miałam okazję kilka lat temu jeździć), a Agata trzyletniego konia achałtekińskiego. Były to więc dwa zupełnie różne przypadki i dwa zupełnie różne sposoby pracy. Mój Cekin, jak na kuca przystało, nie był szczególnie zadowolony perspektywą wysiłku fizycznego, więc trochę musiałam się z nim natrudzić, ale był równocześnie doskonałym przykładem, jak prawidłowe dopasowanie i używanie patentu, a także mądra praca lonżującego, pomagają koniowi prawidłowo pracować bez usztywniania się. Achałtekin Agaty jako zupełny świeżak wymagał trochę innego podejścia i mogłyśmy dzięki niemu zobaczyć, w jaki sposób powinno się prawidłowo lonżować młodego konia, czego od niego wymagać i kiedy odpuścić. Sporym wyzwaniem było lonżowanie konia zupełnie innego niż Fabian. Przez ostatnie dwa lata łam okazję pracować na długim sznurku tylko z Siwym i  przyzwyczaiłam się do jego zachowań, reakcji i wybryków, nauczyłam się rozmawiać z nim, uspokajać go i motywować do pracy. Zwykłe mówienie do Cekina wydawało mi się jakieś trochę śmieszne i niezręczne, zupełnie inaczej niż mówienie do Fabiana, któremu podczas czyszczenia potrafię streścić cały swój dzień. Cekin skutecznie wybił mnie z mojej rutyny, do której nieświadomie przywykłam lonżując swojego konia. Pierwszy raz mojej pracy na lonży przyglądał się też trener tak, jak wiele razy różni trenerzy przyglądali się mojej pracy w siodle i to pomogło mi dostrzec wiele technicznych błędów, które popełniałam dotychczas lonżując konia.

Jestem dokładnie w połowie kursu i mogę już teraz spokojnie powiedzieć, że nie była to strata czasu ani pieniędzy. Dowiedziałam się kilku zupełnie dla mnie nowych rzeczy i z całą pewnością miałam okazję spojrzeć na pracę na lonży świeżym okiem i jeśli nie skorygować, to przynajmniej zauważyć trochę swoich błędów. Jutro czeka mnie kolejne spotkanie, tym razem teoria pracy na dwóch lonżach, a za tydzień praktyka. Jestem bardzo ciekawa, czego się podczas tej części kursu nauczę, szczególnie że dwie lonże to dla mnie absolutna czarna magia. Za dwa tygodnie  z całą pewnością wrócę na bloga z wrażeniami po całym kursie!

Dodaj komentarz