Kurs lonżowania – część druga. Co dwie lonże to nie jedna!

DSC00011 1

DSC00003 3W miniony poniedziałek zakończyłam kurs lonżowania, o którym pisałam już wcześniej. Kurs trwał miesiąc, spotykaliśmy się cztery razy, dwa razy na zajęcia teoretyczne i dwa razy na zajęcia praktyczne. O wrażeniach z części poświęconej pracy na jednej lonży pisałam w poprzednim wpisie, teraz skupię się więc na drugiej połowie kursu, podczas której mierzyliśmy się z lonżowaniem na dwóch lonżach. Ten temat interesował mnie dużo bardziej i z niecierpliwością czekałam na poświęcone mu zajęcia. Dotychczas sama nie pracowałam na dwóch lonżach i chociaż miałam jako takie pojęcie, jak taki trening wygląda, to i w teorii miałam spore luki.

Zajęcia teoretyczne były dla mnie wartościowym wprowadzeniem w temat. Dowiedziałam się, jak prawidłowo wypinać podwójną lonżę, z jakimi patentami ją stosować, czy w jaki sposób przyzwyczajać konia do tego typu pracy. Borykając się z wieloma powracającymi problemami, które mieliśmy i mamy z Fifim na lonży, wielokrotnie zastanawiałam się, czy podwójna lonża nie pomogłaby nam w ich rozwiązaniu, ale zawsze bałam się tego rozwiązania. Bałam się, że nie wiedząc, jak poprawnie stosować podwójną lonżę narobię więcej szkody niż pozytku i przede wszystkim bałam się, że mój brak umiejętności technicznych i doświadczenia może wiązać się ze sporym ryzykiem dla Fabiana. W podwójną lonżę łatwo się zaplątać i łatwo zrobić sobie nią krzywdę, nie odważyłam się więc spróbować. Po zajęciach teoretycznych wracałam do domu z notesem pełnym zapisków i głową puchnącą od nowej wiedzy, ale przede wszystkim ogromnie ciekawa, jak będą wyglądały zajęcia praktyczne i jak poradzę sobie w tym zupełnie nowym zadaniem.

Kropek, z którym pracowałam na podwójnej lonzy.
Kropek, z którym pracowałam na podwójnej lonzy.

Razem z Agatą dostałyśmy do lonżowania tego samego konia. Na Kropku kiedyś jeździłam i zapamiętałam go jako typowego konia do pchania, sympatycznego rekreanta, ale przy tym prawdziwego lenia, byłam więc ciekawa jak zachowa się na lonży, szczególnie, że zgodnie z opinią instruktorki, nigdy nie pracował na dwóch lonżach. Zaczęliśmy od rozgrzewki na jednej lonży, a następnie wypięcia przez grzbiet konia, a nie za zadem, by nie stresować Kropka i przyzwyczaić go do nowej sytuacji. Podstawowym problemem, kiedy przystąpiliśmy do właściwej pracy, było dla mnie ogarnięcie wszystkich elementów naraz. Czułam się jak początkujący adept sztuki jeździeckiej, który potrafi myśleć albo o swoich rękach, albo o nogach, nie mówiąc już o reszcie ciała. Nie spodziewałam się, że zamiana jednej lonży na dwie i bata na dłuższy może spowodować taki chaos. A jednak. Brakowało mi koordynacji, bat mi się plątał i ciężko było utrzymać mi kontakt i tempo. Fakt, że Kropek był trudnym nauczycielem, nie miał ochoty na wysiłek i trzeba było się nieźle nagimnastykować, żeby utrzymać go w danym chodzie. Ale to dobrze, nie chodziło mi przecież o to, by przez godzinę lonżować konia, który będzie wykonywał wszystko jak należy bezwzględu na to, czy moje polecenia są poprawne i czy panuje nad koordynacją pomocy. Sama praca na dwóch lonżach i efekty, które można dzięki niej uzyskać wzbudziły moje ogromne zainteresowanie . Chętnie wypróbuję tę metodę z Fabianem…kiedy sama porządnie się jej nauczę. Fifi to niestety jeszcze gorszy gagatek niż Kropek i z pewnością nie będzie mi ułatwiał zadania, do tego u nas w stajni nie mam do dyspozycji lonżownika, więc muszę być na prawdę pewna swoich umiejętności zanim zapnę Siwego na dwóch lonżach. Na szczęście będę miała szansę poćwiczyć jeszcze z Magią, dla której dwie lonże to chleb powszedni i która w tej materii powinna być doskonałym, bo cierpliwym i wiele znoszącym – nauczycielem.

Po zakończeniu całego kursu mogę z całą pewnością powiedzieć, że nie był to czas stracony. Lonżowanie jest często traktowane trochę po macoszemu, lonżujemy, żeby wybiegać konia, który przez jakiś czas był wyłączony z treningu, wtedy, kiedy nie mamy czasu wsiąść na konia, albo kiedy nie pozwalają na to warunki, ale często lonżujemy trochę bezmyślnie, nie traktując tej formy pracy jak faktycznego treningu. Kurs uświadomił mi jak wiele możemy dzięki lonży wypracować i jak wiele mamy możliwości w obrębie tej formy treningu. Jego ogromnym plusem była część praktyczna. Miałam okazję pracować z nowymi końmi, a to, po tak długim czasie spędzonym na pracy z jednym tylko koniem, było sporym wyzwaniem. A przede wszystkim miałam szansę dostrzec i poprawić wiele swoich błędów, takich, o których nie miałam pojęcia, bo przecież mojej pracy na lonży dotychczas nikt nie korygował. Nie wiem, czy kurs, w którym uczestniczyłam w KJK Mustang będzie powtarzany, ale wszystkim, którzy będą mieli okazję wziąć udział w tego typu wydarzeniu z całego serca to polecam. Lonżowanie to coś więcej niż tylko bezmyślne gonienie konia na długim sznurku, warto więc podejść do niego tak, jak do każdego innego elementu treningu – przyjrzeć się sobie samemu i postarać się wykluczyć swoje błędy, a potem zaplanować świadomy trening.

 

Dodaj komentarz