Kupowanie konia cz.I – Poszukiwania

DSC_7022

Kupowanie konia okazało się trudniejsze niż myślałam. Stefan to wprawdzie mój trzeci koń, ale proces szukania, jeżdżenia, sprawdzania i wybierania z całym dobrodziejstwem inwentarza przeżyłam właściwie po raz pierwszy. Fabiana adoptowałam z Fundacji, co jest tematem całkiem innym niż kupowanie konia, a i z Elbrusem, który właściwie znalazł mnie, zanim zaczęłam na dobre rozglądać się za koniem, a co dopiero jeździć i faktycznie oglądać – było mocno niepodręcznikowo. Przez ostatni miesiąc czułam się więc trochę tak, jakbym konia kupowała pierwszy raz i chociaż jest to doświadczenie ważne i bardzo wiele wnoszące na przeróżnych płaszczyznach, to – prawdę mówiąc – cieszę się, że mam je już za sobą.

19424456_685237615009341_1744696443620178604_n

Fabian, fot.: Monika

45339263_968209533378813_5660005020469297152_n

Elbrus, fot.: Paulina Połeć

Faktycznie czynnie zaczęłam szukać konia , kiedy sprzedałam Elbrusa, ale dobrze się do tego momentu przygotowałam. Zaczęłam od określenia swoich wymagań, marzeń, budżetu i możliwości. Wiedziałam, że szukam konia do skoków, między 5 a 9 lat. Powyżej 165cm wzrostu (co po jakimś czasie okazało się nietrafioną estymacją moich potrzeb, ale o tym później). Chciałam, żeby koń był zajeżdżony i skakał już pod siodłem, miał doświadczenie oraz umiejętności proporcjonalne do wieku. Chętnie, gdyby miał już za sobą choćby pierwsze starty. Zależało mi na tym, żeby był to koń bezpieczny z ziemi i w szeroko pojętym obejściu. Konia kupowałam wprawdzie dla siebie, a nie dla córki, ale Lilka często bywa ze mną w stajni i lubi być wśród koni, nie chciałam jej odbierać możliwości obcowania z naszym własnym, kupując takiego, który jest wprawdzie świetnym prospektem sportowym, ale nie wpuszcza ludzi do boksu, gryzie, a na padok najlepiej wyprowadzać go na kolcu.  Wolałam wałacha niż klacz, bo z chłopakami jednak łatwiej mi się dogadać, a po dwóch wałachach jakoś nie wyobrażałam sobie posiadania klaczy, idealnie gdyby był gniady ale były to już raczej marzenia niż wymagania, bo wiadomo, że przy ograniczonym budżecie trzeba iść na kompromisy. Do momentu sprzedaży Elbrusa monitorowałam ogłoszenia i chociaż dzwonić, dopytywać i faktycznie oglądać zaczęłam dopiero po wyjeździe Dużego, to dzięki szeroko pojętemu researchowi, kiedy przyszedł czas na działanie, wiedziałam już nie tylko, czego szukam, ale też które dokładnie konie z wystawionych na sprzedaż mnie interesują. To dobre przygotowanie nieco ułatwiło cały proces, ale nie sprawiło, że stał się prosty, szybki i bezbolesny. Szukanie konia jest bowiem trudne, frustrujące, czasochłonne i bardzo drogie.

49661455_1013833478816418_533640117340864512_n

Pierwszy etap poszukiwań.

Najpierw mamy selekcję ogłoszeń oraz wyszukiwanie koni na sprzedaż, które nie widnieją w popularnych serwisach, a przede wszystkim weryfikację tych ofert i ogłoszeń. Na papierze każdy właściwie koń jest dobrze zapowiadającym się prospektem, łatwym do jazdy, odpowiednim dla każdego jeźdźca, o przyjaznym charakterze i miłym usposobieniu. O każdym można przeczytać, że startuje w danej klasie, ale „jest przygotowany” do tej oczko wyższej, albo ma „możliwości na dużo więcej”. Rzeczywistość jak wiadomo okazuje się różna, a to, że dany koń spełnia moje parametry wieku, wzrostu i ceny, a w ogłoszeniu brzmi obiecująco, wcale nie oznacza, że w rzeczywistości jest w ogóle sens pchać się przez pół Polski, żeby go obejrzeć. Sporym ułatwieniem przy selekcji ogłoszeń są oczywiście filmy. Zdjęcia często przekłamują rzeczywistość, nie tylko dlatego że odpowiednia perspektywa, dobry kadr i obróbka utalentowanego fotografa potrafią dodać koniowi sporo gracji, piękna i możliwości, ale przede wszystkim dlatego że jeden fantastyczny ułamek sekundy, jeden wyjątkowo obszerny, techniczny skok nie świadczy wcale o faktycznych umiejętnościach i możliwościach konia, a przy odpowiedniej selekcji ujęć można z przeciętnego konia zrobić prawdziwą maszynę. Przy filmach tak naginać rzeczywistości się już nie da. Nawet jeśli wybierze się nagrania z wyjątkowo udanego treningu i najlepszych przejazdów na zawodach, to i tak będą one z grubsza miarodajne dla określenia jakości chodów danego konia, jego współpracy z jeźdźcem, usposobienia, techniki skoku i chęci do pracy na przeszkodach. Doskonałym narzędziem do selekcji ogłoszeń jest też oczywiście internet, który pozwala na przyjrzenie się rodzicom i dziadkom kandydata czy jego wynikom z dotychczasowych startów. Niejeden koń opisany jako „treningowo naskakany do 125cm, startujący z powodzeniem na poziomie L, gotowy na P” okazuje się w rzeczywistości owszem pokonywać parkury klasy L, ale z 16 czy 20 punktami karnymi w kieszeni przeplatanymi eliminacjami, albo co lepsze dotychczas startować na tym poziomie w dwóch konkursach. Błogosławieństwem są też social media, szczególnie w przypadku koni sprzedawanych przez osoby prywatne, a nie przez hodowców, pośredników czy zawodników. Sporo można się dowiedzieć zaglądając na instagram czy fb właściciela, choćby o temperamencie, chęci do pracy danego konia, jego zachowaniu w domu i na zawodach. Niekiedy okazuje się, że to co czytamy w ogłoszeniu, niekoniecznie pokrywa się z tym, jak właściciel opisywał konia i pracę z nim, zanim zaczął planować sprzedaż.

Allubet_n_a__2019-01-31_13-43-58_kolano_LM.aup

Sprawdzanie RTG.

Po wstępnej selekcji był czas na telefony i rozmowy z właścicielami, które częstokroć wykluczały kolejne potencjalnie interesujące konie, albo wręcz przeciwnie sprawiały, że tym bardziej byłam danym koniem zainteresowana. A następnie na konsultację TUVa czy zdjęć RTG potencjalnego kandydata z „moją” weterynarz. Tu trzeba zaznaczyć, że w ze względu na ograniczony budżet brałam pod uwagę właściwie wyłącznie konie z dostępnymi do wglądu bardziej lub mniej aktualnymi zdjęciami RTG. Poszukiwanie koni i wyjazdy na ich oglądanie same w sobie nie należą do najtańszych przyjemności, jeśli do tego doliczyć wykonanie kilku TUVów „w ciemno”, mogłoby się okazać, że sporą część mojego budżetu pochłonęłyby same poszukiwania. Dlatego założyłam, że w ogóle biorę pod uwagę konie, które mają jakiekolwiek zdjęcia, u których robiąc docelowe badanie kupno-sprzedaż wiem już z grubsza, czego się spodziewać. W jednym przypadku się złamałam i zaryzykowałam. Niestety – a właściwie na szczęście, bo dzięki temu dotarłam w końcu do Stefana – okazało się, że jednak należało trzymać się pierwotnych założeń, bo konia ostatecznie nie kupiłam. Ale o tym zaraz. Zdjęcia podsyłałam do oceny „mojej” weterynarz, której pomoc w całym procesie szukania i kupowania konia jest nieoceniona. Obejrzała i przegadała ze mną niezliczoną ilość TUVów koni, które potencjalnie brałam pod uwagę, sama zbadała dla mnie dwa, pomagała swoją wiedzą i radą w decyzjach i odbierała wszystkie moje telefony z wątpliwościami i pytaniami, chociaż było ich naprawdę dużo. Jeśli jest jakiś czynnik, który po całym tym doświadczeniu szukania i wybierania konia, określiłabym jako absolutnie niezbędny do dobrego, rozsądnego zakupu to właśnie dobry, doświadczony i zaufany weterynarz. Taki, którego ocenom i radom ufa się w stu procentach. Kiedy już po tych wszystkich researchach, rozmowach i konsultacjach, udało się wyłuskać konie, które chciałam zobaczyć, zaplanowałam pierwszy wyjazd. Byłoby oczywiście zbyt łatwo, gdyby okazało się, że już za pierwszym razem udało mi się znaleźć tego jednego jedynego, więc po wyjeździe, przetrawieniu i przeanalizowaniu doświadczeń z siodła i wrażeń czy kontaktu z ziemi, wróciłam na początek drogi, do ogłoszeń, telefonów i konsultacji, aż do kolejnego wyjazdu. I tak do momentu, kiedy w końcu pojechałam obejrzeć Stefana. I po prostu wiedziałam, że to ten.

50979293_1022984447901321_358127627409555456_n

W drodze do kolejnego konia.

Oglądanie i próbowanie koni było sporym wyzwaniem, ale tego akurat się spodziewałam. Nie mam doświadczenia jazdy na wielu koniach. Przez ostatnie 7 lat, nie licząc jakiś incydentalnych przypadków, jeździłam na dwóch koniach – na Fabianie i Elbrusie. A tu nagle co tydzień wsiadam na innego, o innych gabarytach, budowie, temperamencie i stopniu wyszkolenia. Podczas tych kilkudziesięciu minut w siodle musiałam nie tylko się przyzwyczaić do tego zupełnie nowego uczucia, ale też zgrać z koniem, dogadać i sprawdzić go na wielu płaszczyznach. Ocenić jakie są jego umiejętności, jak reaguje na łydkę, jak skacze, jaki ma temperament, jak mi się z nim pracuje, czy jest nastawiony na dialog z człowiekiem czy raczej niechętny, jaki jest z charakteru – zacięty, pogodny, introwertyk, leń, łobuz, ambitny, wesołek a może choleryk? Wreszcie ocenić, na ile się z tym koniem zgrywam, na ile go czuję, czy to jest taki typ, jakiego szukam, czy zwyczajnie dobrze się z nim dogaduję. Co więcej tej jeździe przyglądało się zwykle kilka osób, a wśród nich właściciel albo aktualny jeździec konia, co raczej nie ułatwiało sytuacji. Ważna była też ocena z ziemi – eksterieru, budowy konia, umięśnienia, chodu, kopyt, nóg, ale też jego zachowania i wreszcie tego, czy zwyczajnie czuję z nim jakiś rodzaj chemii.

DSC_7021

Blisko decyzji o zakupie byłam przed Stefanem dwa razy. Najpierw przy pierwszej próbnej jeździe, która była dla mnie bardzo trudna, a nerwy zdecydowanie mnie pokonały, ale koń wydawał się fajny. Z perspektywy obejrzenia kolejnych widzę, że dużo lepiej mi się jeździło i dogadywało z innymi, ale wtedy wydawał się naprawdę fajny. Po przespaniu się z tą decyzją, zrezygnowałam z niego ze względu na…wzrost. Pierwotnie 165cm było moją dolną granica i wydawało się wystarczające, a tyle właśnie mierzył w kłębie ten koń. Chcąc nie chcąc ze swoim 176 i  raczej długimi nogami, w siodle wyglądałam jak na kucyku, a przeskok z gabarytów Elbrusa na sporo jednak niższego konia był dla mnie zbyt duży. Przed Stefanem był jeszcze koń, na którego po próbnej jeździe byłam zdecydowana na tyle, by dojść do etapu badań. Był zupełnie inny niż Allubet, dużo mniej elektryczny i wrażliwy, dużo mniej kontaktowy i nastawiony na człowieka, pod siodłem też zupełnie inny, ale ujął mnie i skakał z naprawdę wielkim sercem. To był ten jeden koń, którego zdecydowałam się obejrzeć, mimo braku zdjęć RTG. Zrobiłam TUVa i z żalem, ale zrezygnowałam. Robiąc badania nie szukałam konia idealnego, bo ideałów nie ma i wiele koni ma jakiś drobny uszczerbek z którym bez problemu i bez żadnych dolegliwości funkcjonuje, ale który rzutuje na ocenę zdjęć. Byłam gotowa na zakup konia o nieidealnym TUVie, ale stając przed wynikiem badania kupno-sprzedaż tego kandydata musiałam po kolejnych telefonach i rozmowach z weterynarzem, ale też konsultacjach z innymi osobami, ostatecznie powiedzieć sobie na jakie ryzyko jestem gotowa się zdecydować. Koniec końców z ewentualnymi problemami zdrowotnymi, zabiegami i kontuzjami zostanę potem ja, a nie reszta świata. W tym przypadku z żalem, ale zrezygnowałam. Z perspektywy bardzo się cieszę, że tak się potoczyło, bo w ten sposób w niedługim czasie trafiłam na Stefana. A o tym, jak to było z Allubetem, jak na niego trafiłam, jak wyglądała próbna jazda na nim i decyzja o zakupie oraz co właściwie wyniosłam z całego doświadczenia poszukiwania i kupowania konia – w kolejnym tekście.

 

Dodaj komentarz