Gorszy dzień

DSC00104

DSC00087Każdemu zdarza się mieć gorszy dzień. Taki, kiedy, mimo najlepszych chęci, coś ciągle nie wychodzi, na nic nie ma się ochoty, ciężko jest się skupić i wydaje się, że nic się nie uda. Taki gorszy dzień potrafi nieźle zaleźć za skórę i przerwać długą serię dobrych dni, kiedy uśmiech nie schodzi z twarzy, a samo siedzenie w siodle dodaje skrzydeł. Razem z Fabianem mamy za sobą niezliczoną ilość gorszych dni. Z tej perspektywy mogę śmiało powiedzieć, że radzenie sobie z nimi jest dla jeźdźca sporym wyzwaniem i sprawdzianem. Już samo dostrzeżenie problemu nie jest łatwe, a jeździec często zamiast zastanowić się nad przyczynami i rozwiązaniem problemu spadku motywacji czy formy, popada w frustracje, złości się i próbuje iść na skróty, a to nigdy nie jest dobra decyzja.

Konie nie są maszynami i głupotą jest wymagać od nich, by zawsze zachowywały się identycznie, były chętne do pracy i skupione, podobnie jak ludzie miewają lepsze i gorsze dni. Lekarstwem na słabszy dzień konia jest przede wszystkim cierpliwość jeźdźca. Kiedy koń się buntuje, wydziwia i odmawia wykonywania zadań zwykle nie sprawiających mu kłopotu, a nie wynika to z problemów zdrowotnych, kontuzji, czy bólu, powinno się być – zgodnie z zaleceniami wielu trenerów o stokroć mądrzejszych niż ja – spokojnym i stanowczym. Cierpliwie i bez zbędnych emocji powtarzać ćwiczenie, aż uda się nakłonić konia do współpracy i tym samym przełamie się złą passę. W treningu odpoczynek, chwila oddechu czy zakończenie pracy stanowią nagrodę dla konia, więc logicznym jest, że poddanie się i odpuszczenie byłoby nagrodą za niepożądane zachowanie i zachętą do jego powtarzania. Wielu z tych mądrych trenerów radzi też jednak, by koniowi odpuścić, kiedy raz na jakiś czas zdarzy mu się gorszy dzień. Koń nie jest w końcu maszyną, a żywą istotą, która ma prawo od czasu do czasu być bardziej rozkojarzona, przemęczona, mało zmotywowana czy zwyczajnie wstać z łóżka złym kopytem.

Mówi się, że psychicznie koń jest na poziomie intelektualnym dwulatka i chyba faktycznie warto go w ten sposób traktować – jak dziecko, z którym czasem lepiej zwyczajnie się nie kłócić, wrócić do tematu następnego dnia i odnieść stuprocentowy sukces edukacyjny. Nie jestem zwolennikiem odpuszczania koniowi za każdym razem, kiedy ma muchy w nosie i nie chce mu się ćwiczyć, ale czasem powtarzanie w kółko prowadzi tylko i wyłącznie do wzajemnych frustracji i poirytowania, a dzień luzu potrafi dla odmiany zdziałać cuda. Trzeba dużo wyczucia, by wiedzieć, kiedy konia przycisnąć, a kiedy mu odpuścić. Im dłużej jeździec pracuje z koniem, im więcej spędza z nim czasu, tym więcej o nim wie. A kiedy już zje z koniem beczkę soli i pozna go od podszewki, dużo łatwiej jest mu ocenić sytuację i zorientować się, czy to zwykłe fochy, a koń robi sobie z niego jaja, czy zmęczenie – fizyczne lub psychiczne, albo chwilowy brak motywacji i skoncentrowania.

Fabianowi oczywiście też zdarzają się gorsze dni. Znamy się już całkiem dobrze, a ja przez te trzy lata zdążyłam się nauczyć rozpoznawania, kiedy Siwy wydziwia się i robi mnie w (nomen omen) konia, a kiedy jest zmęczony, a dzień luzu pozwoli mu wrócić do formy, zacząć trening z pustą głową i skupić się na pracy. Fifi nauczył mnie, że chociaż pomysł na trening i jego plan są ważne, to trzeba być elastycznym i otwartym na różne sytuacje. Zdecydowanie wolę czasem zmienić swoje założenia i zamiast zaplanowanego treningu zrobić Siwemu zupełnie rozluźniającą jazdę albo całkiem odpuścić, a do pracy wrócić na następny dzień, niż z nim walczyć, wściekać się na siebie na wzajem i w efekcie zrobić krok w tył zamiast do przodu, odbierając przy tym przyjemność z treningu i sobie, i jemu.

Jeździec podobnie jak koń, albo i częściej niż on, miewa swoje gorsze dni. Takie, kiedy nie potrafi się skupić, wszystko go rozprasza i nic mu nie wychodzi, jak należy. Często w takich sytuacjach zrzuca winę na konia, złości się, a z ujeżdżalni wraca sfrustrowany i niezadowolony. Sobie także trzeba pozwolić od czasu do czasu na gorszy dzień i zwyczajnie odpuścić. Odkąd jestem mamą staram się unikać takich sytuacji. Moje jeżdżenie konno wymaga sporej organizacji, więc kiedy już wsiadam na Fabiana, staram się mieć pustą głowę, czerpać z naszego treningu garściami. Zresztą nasze treningi mają być dla mnie okazją do naładowania baterii, a nie do frustracji i złości. Niestety jakbym się nie starała, wciąż zdarza mi się znaleźć w siodle, kiedy jestem rozkojarzona, albo podenerwowana. Ostatnio zaliczyłam z Fabianem dwa takie treningi z rzędu, kiedy wszystko mnie rozpraszało i irytowało, przeszkadzały mi konie na ujeżdżalni, a zamiast skupiać się na Siwym, myślałam o wszystkim wokół. Siadając w siodle nastawiałam się na skakanie mini szeregu gimnastycznego, a zamiast tego zrobiliśmy z Siwym krótszy trening i skończyliśmy na rozluźnieniu. Najgorsze co może zrobić zdekoncentrowany i podenerwowany jeździec, to cisnąć dalej i wściekać się na konia, że nic się nie udaje, zamiast zastanowić się i zrozumieć, że problem leży w nim samym. Po dwóch jazdach, które wyglądały zupełnie inaczej niż sobie zaplanowałam, kiedy musiałam przyznać się przed sobą, że dzisiaj zwyczajnie mi nie idzie, zaliczyliśmy z Fabianem wspaniały trening, taki, podczas którego udaje się wszystko i po którym wraca się do domu jak na skrzydłach.

Jest bardzo ważne, by jeździec przede wszystkim dostrzegał problem i był elastyczny. Kiedy podczas treningu nic nie wychodzi tak, jak powinno, a zamiast fajnej współpracy, rozluźnienia i przyjemności z jazdy, przeżywamy pasmo porażek, warto się na chwilę zatrzymać i zastanowić, w czym tkwi problem i czy faktycznie koń jest wszystkiemu winny. A potem podjąć decyzję, jak poradzić sobie z problemem i liczyć, że następnego dnia jazda znów będzie tylko i wyłącznie przyjemnością.

 

 

Dodaj komentarz