Dobry Trener

DSC_1020

Jeśli jest jakiś czynnik decydujący o ogólnym rozwoju takiego sobie amatorskiego jeźdźca jak ja, to nie jest to ani fantastyczny koń, ani odpowiednie zasoby finansowe, ani stajnia ze świetną infrastrukturą, tylko oczywiście dobry trener. Można powiedzieć, że model samodzielnej pracy dosyć dobrze przetestowałem na sobie, bo gdzieś tam stosunkowo długo próbowałam z Siwym jeździć bardziej lub mniej sama, a jeśli nawet z pomocą, to mocno chaotyczną. Wydawało mi się przy tym, że idziemy z Fabianem do przodu, a wielu problemów nie da się rozwiązać i już. Bo koń tak ma. Tymczasem pojawienie się Ali i regularna praca z nią udowodniła mi, jak wiele popełniałam błędów i pokazała, jak wiele problemów udało się stopniowo rozwiązywać, kiedy zaczęłam te błędy próbować korygować. Ostatnie miesiące pracy pod okiem Grzegorza jeszcze dobitniej uświadomiły mi, jak wielkie znaczenie ma regularna i sensowna pomoc z ziemi. Pomoc dobrego trenera, który ma doświadczenie, pomysł na rozwiązanie kolejnych problemów, które napotyka się w treningu, ale też na codzienną pracę i pod którego opieką ma się poczucie, że jest się we właściwym miejscu.

No tak, ale co to właściwie znaczy dobry trener? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, podobnie jak nie ma w jeździectwie tylko jednej właściwej drogi do osiągnięcia celu i jednego właściwego sposobu rozwiązania danego problemu. Szkół, metod, sposobów treningu jest cała masa, tym bardziej, że mało który trener podąża jednoznacznie i rygorystycznie za jedną metodą, a znacznie częściej opiera się na różnych swoich doświadczeniach i czerpie z różnych źródeł. Ogólne ramy wyboru odpowiedniego szkoleniowca  określić oczywiście łatwo, zwykle interesuje nas rozwój w kierunku konkretnej dyscypliny i sami jako jeźdźcy mamy swoje pomysły, upodobania i spojrzenie na jeździectwo. Trudno, żeby zapalony naturals zaczął trenować z kimś, kto go na pierwszej jeździe ubierze w ostrogi i munsztuk. Wiadomo, ale dalej sprawa nie jest już taka oczywista. Z całą pewnością najważniejszą kwestią jest doświadczenie.  I to nie tylko w samej jeździe konnej, ale też w byciu nauczycielem, koniec końców niekażdy znakomity zawodnik jest równie znakomitym nauczycielem. Kluczowe jest wyczucie i oko, ale też najzwyczajniej w świecie porządna baza wiedzy, tej teoretycznej, ale i praktycznej. Solidny nauczyciel cały czas się rozwija, szkoli, jeździ, czyta, ogląda i znowu jeździ. Dobry trener to taki, który dostrzega i precyzyjnie określa drobne błędy, który potrafi obrazowo, cierpliwie i precyzyjnie tłumaczyć. Ogromne znaczenie ma też pomysł, bo praca z koniem bardzo rzadko odbywa się książkowo, a co koń (i jeździec!) to zupełnie inny przypadek. Dobry szkoleniowiec musi umieć wychodzić poza schemat, szukać rozwiązań dla danej pary, a nie podążać za schematem. Trener musi mieć pomysł i to nie tylko na rozwiązywanie kolejnych problemów, ale też na pracę nad kolejnymi elementami, na metody i sposoby podnoszenia danej parze poprzeczki, ale też na codzienny trening, który przynosi efekty. Nie ma nic gorszego niż kręcenie się w kółko pod okiem trenera, który nie ma ani pomysłu na zrównoważoną i urozmaiconą jazdę, ani szerszej perspektywy. Właśnie, szersza perspektywa, umiejętność spojrzenia na daną parę nie tylko w kontekście najbliższych 45 minut, to też ważna cecha dobrego trenera. No i jest jeszcze zaangażowanie. Wiadomo, praca jak praca, czasem chce się bardziej a czasem mniej, wszyscy jesteśmy ludźmi, ale w ogólnym rozrachunku trener musi chcieć, albo przynajmniej dobrze to udawać i sumiennie wykonywać swoją pracę, nawet jeśli akurat robi to bez przyjemności.

DSC_1039

Jest jeszcze kwestia specyficznej chemii pomiędzy jeźdźcem a trenerem, po części na takim poziomie czysto ludzkim. Tak się składa, że nie przygotowuję się aktualnie do Olimpiady, więc zwyczajnie nie wyobrażam sobie męczyć się przez godzinę jazdy z osobą, który mnie irytuje, działa mi na nerwy i wytrąca z równowagi. To jest mój czas i nie chciałabym spędzać go pod okiem kogoś, przy kim na wejściu robi mi się słabo. To też nie tak, że z trenerem trzeba się koniecznie bardzo lubić, przybijać sobie po jeździe piątkę i umawiać na wino. Trzeba się szanować i darzyć jakąś elementarną dozą sympatii. Koniec końców to właśnie charakter i sposób bycia –  chociaż jako takie można uznać za nieistotne dla współpracy – przekładają się na metodę i styl pracy trenera, a te mają już ogromne znaczenie dla sukcesu treningu z daną osobą. Są trenerzy łagodnie zachęcający, głaszczący po głowach, poklepujący po plecach i mówiący „świetnie Ci idzie”, nawet jeśli idzie Ci gorzej niż miernie. Są tacy, którzy więcej krzyczą niż mówią, zamiast poklepywać po plecach stoją nad jeźdźcem z batem i jeśli pójdzie mu naprawdę dobrze, to z kwaśną miną mówią „może być”. Są trenerzy, którzy korygują i komentują cały czas, są tacy, którzy podczas jazdy wypowiadają może trzydzieści słów. Są tacy, którzy sygnalizują problem i tacy, którzy obrazowo go tłumaczą. Długo by wymieniać, rzecz w tym, że to jeździec musi czuć się dobrze z daną metodą i stylem. A jeźdźcy też są przecież różni. Jedni przychodzą na trening, żeby cisnąć, inni czerpią z tego frajdę, ale niekoniecznie mają ochotę wylewać z siebie siódme poty, a na głowę dostawać wiadro pomyj. Jedni dobrze pracują pod presją, inni potrzebują łagodnej zachęty. Jedni chcą usłyszeć, jak najwięcej informacji, inni zarzuceni komentarzami gubią sedno. Jedni zadają miliard pytań, inni potrzebują koncentracji i skupienia. I tu też można by wymieniać w nieskończoność. Dla przykładu ja akurat zaliczam się do tej grupy, co wybiera raczej siódme poty i wiadro pomyj, wychodzę z założenia, że nie po to umawiam się na jazdę, żeby trener głaskał mnie po głowie, tylko żeby ze mnie wycisnął najlepszego jeźdźca, jakim w danym momencie potrafię być. Ale równocześnie przy całym swoim nastawieniu na pracę, korygowanie i ciśnięcie, nawet jeśli oznacza to kąśliwe komentarze i zakwasy, zamiast łagodnego zachęcania i miłego patatajania, docieram czasem podczas treningu do takiego momentu, kiedy moja własna presja mnie przerasta. Kiedy sama ze swoimi nerwami, złością na siebie i stresem zaczynam być swoim własnym wrogiem. Mam jednak to szczęście, że jeżdżę pod okiem osoby, która dobrze wie, kiedy akurat przekraczam tę granicę, nerwy i presja biorą górę i nie czas na dociskanie mnie jeszcze mocniej, tylko na przywrócenie na ziemię i pozbieranie do kupy.

Ogromnie ważne jest przy tym wszystkim zaufanie do trenera. Nie chodzi o to, by wszystkie jego najbardziej abstrakcyjne pomysły przyjmować zupełnie bezrefleksyjnie, ale o to, by znaleźć osobę, której pomysły chce się wdrożyć w trening mimo sceptycznego podejścia. Sama w życiu nie wpadłabym na pomysł przesiadania się z wędzidła na hackamore, podchodziłam do tej koncepcji z dużą rezerwą, ale też z poczuciem, że skoro Grzegorz to proponuje, to warto spróbować i przekonać się, jaki efekt ta zmiana przyniesie. Wiadomo, że zaufanie do trenera buduje się w czasie, nie powstaje z dnia na dzień i dopiero po tygodniach wspólnej pracy, można mieć poczucie, że ma się do danej osoby zaufanie. Nie chodzi przy tym o to, by się zamykać na inne metody i inne rozwiązania niż te proponowane przez osobę, z którą jeździ się na codzień, ale o to, by mieć osobę, która będzie stanowić dla jeźdźca stałe oparcie merytoryczne i regularną, solidną pomoc z ziemi. Żadne weekendowe konsultacje nie rozwiążą wszystkich problemów, żadne nie popchną pracy nad sobą czy współpracy z koniem tak bardzo do przodu, jak solidna, mozolna, regularna praca z trenerem. Wiedzę warto czerpać z różnych źródeł i wciąż twierdzę, że warto czytać, oglądać i słuchać, ile tylko jest się w stanie, ale już do udziału z koniem we wszystkich możliwych konsultacjach podchodzę sceptycznie.

DSC_1022

To tyle z moich luźnych przemyśleń na temat dobrych trenerów. Wiadomo, że w teorii to wszystko brzmi sensownie, a praktyka bywa różna. Często możliwość współpracy z danym trenerem definiuje lokalizacja stajni czy dostępny budżet na końskie wydatki, a samego idealnego trenera nie można sobie zamówić z katalogu, ani skonfigurować w specjalnym programie tak, by spełniał wszystkie oczekiwania. Czasem trzeba iść na kompromis zarówno w kwestii wyboru osoby, pod której opieką się pracuje, jak i częstotliwości i trybu tej pracy. Najważniejsze w tym wszystkim, by znaleźć osobę, do której ma się zaufanie i z którą ma się poczucie, że jest się we właściwym miejscu. I tu zawsze najlepszą miarą wartości współpracy z trenerem jest najzwyczajniej w świecie postęp. Taki, który jest satysfakcjonujący dla danej pary, nie musi być koniecznie epicki i zaskakujący, czasem będzie się odbywał pomału, czasem jego ciężar będzie leżał bardziej po stronie konia, a czasem bardziej po stronie jeźdźca, czasem będzie odbywał się w trybie dwa kroki do przodu i jeden (albo cztery!) do tyłu, ale pod opieką odpowiedniego trenera powinno się mieć wrażenie, że pomalutku, ale jednak idzie się cały czas do przodu na tej czy innej płaszczyźnie, że jest się coraz lepszym jeźdźcem, nawet jeśli nie zaczęło się skakać parkurów 140cm albo jeździć programów małej rudny.

To z zasady nie ma być tekst pochwalny pod adresem osoby, pod której okiem jeżdżę od kwietnia, ani też krytyka kogokolwiek, bo – jak pisałam wcześniej – tak naprawdę w tym problemie liczą się trzy strony – trener, jeździec i koń i to one muszą się ze sobą zgrywać, a to jest kwestia tak dalece indywidualna, że ciężko ją oceniać. Ale też nie sposób nie napomknąć przy okazji tego tekstu, że ostatnie miesiące pracy pod okiem Grzegorza, a już w szczególności ostatnie trzy miesiące pracy z Elbrusem dają poczucie, że treningi prowadzi mi jednak najwłaściwsza osoba.

Dodaj komentarz