Baltica Tour

DSC00244

DSC00270Od koni nie da się uciec. Jestem w połowie moich dwutygodniowych, niejeździeckich wakacji nad morzem, a konie i tak towarzyszą mi właściwie cały czas. Zupełnym przypadkiem tak się złożyło, że obok Wierzchucina, w którym wypoczywam z rodziną, przyjaciółmi i pokaźnym stadkiem psów, mieści się stadnina koni Ciekocinko, gdzie aktualnie odbywa się Baltica Tour.

Baltica Tour to międzynarodowe zawody skokowe organizowane od 2014 roku w dwóch edycjach – wiosennej i letniej, podczas których odbywają się rozgrywki od 1,10 do 1,50 cm. Jako mama czteromiesięcznej szkrabicy nie miałam oczywiście możliwości uczestniczenia w całych zawodach, które trwają prawie ponad tydzień, ale udało mi się wczoraj dotrzeć do Ciekocinka i obejrzeć kilka konkursów, podczas których Lilka najpierw smacznie spała nie przejmując się hałasami, a potem w najlepsze bawiła się balticową czapką.

Była to moja pierwsza wizyta w Ciekocinku i muszę przyznać, że stadnina zrobiła na mnie wielkie wrażenie i w kilka minut uplasowała się na pierwszym miejscu na mojej prywatnej liście najpiękniejszych ośrodków jeździeckich. Stadnina jest częścią kompleksu Pałacu Ciekocinko, w którym mieszczą się również restauracja, hotel i SPA. To malownicze miejsce zostało wyremontowane z poszanowaniem jego charakteru, w efekcie zarówno sam pałac, jak i stajnia oraz reszta budynków nie są przeładowane zdobieniami i charakteryzują się wielkim smakiem, ale przede wszystkim prostotą, na tyle, na ile „prosty” w swoim wyglądzie może być pałac.

Tomasz Bałuk  zanim został właścicielem kompleksu powiedział „Chciałbym żyć w latach dwudziestych ubiegłego stulecia, posiadać duży majątek ziemski (najchętniej na Litwie) i hodować konie” ( źródło Press.pl) i Ciekocinko faktycznie przypomina w swojej prostocie i skromności pokaźny, dwudziestowieczny majątek. Nowe miesza się tam ze starym, jest więc dużo surowego kamienia, grube drewniane belki, proste żelazne okucia, ale i beż piasku na ujeżdżalniach i biel, klasycznych jeździeckich ogrodzeń. Malowniczości temu miejscu dodaje przepiękny park otaczający ośrodek ze swoim równo przystrzyżonym trawnikiem i paroma setkami starych drzew, w tym pięknych lip o pniach, których nie byłabym w stanie objąć. No i jest też hala. Hala, na widok której uginają się kolana, jasna i czysta. Absolutnie najpiękniejsza, jaką widziałam.

Jeszcze zanim zabraliśmy się do oglądania przejazdów, byłam już oczarowana samym ośrodkiem i w pełni usatysfakcjonowana wycieczką, którą sobie zafundowaliśmy. Mimo słabej pogody wybraliśmy się na zawody w piątek z kilku powodów. Razem z Agatą zależało nam na obejrzeniu najwyższych konkursów czyli Gold Tour CSI3*, które odbywały się od czwartku do niedzieli, więc w grę wchodziły te właśnie dni. Bilety w tygodniu były jednak tańsze niż weekendowe i spodziewaliśmy się, że w czwartek i piątek będą na zawodach mniejsze tłumy niż w sobotę czy w niedzielę. Ostatecznie padło na piątek ze względu na najwyższy konkurs czyli 150 cm.

Nie obyło się jednak bez drobnych komplikacji. Najpierw mieliśmy trudność ze znalezieniem list startowych, nie było ich na stronie ani na facebooku, a zależało nam, by nie jechać na ślepo, bo z dwójką małych dzieci wiadomo, że nie da się spędzić na zawodach całego dnia, a jak pisałam, konkurs 150 cm był naszym must see. W czwartek dzwoniłam na zamieszczony na stronie telefon, ale pan, z którym rozmawiałam, nie potrafił mi powiedzieć, ani kiedy, ani gdzie zostaną opublikowane listy startowe. Ostatecznie udał nam się je zlokalizować pod wieczór i zaplanowaliśmy naszą wycieczkę. Rano podczas porannego przeglądu prasy (czytaj Facebooka) dowiedzieliśmy się, że listy startowe zostały zmienione, więc zrewidowaliśmy nieco nasze plany i do Ciekocinka zajechaliśmy po 14 tak, by zobaczyć konkursy 145 i 150 cm, Na miejscu okazało się, że… harmonogram znów się zmienił, a interesujące nas konkursy zostały przesunięte na sobotę w związku ze słabymi warunkami atmosferycznymi i zalaniem jednej z ujeżdżalni. Oczywiście ciężko mieć pretensje do organizatorów, że nie udało im się zamówić słonecznej pogody. Chociaż szkoda – i jest to mój jedyny zarzut – że bilety wstępu, mimo odwołania najciekawszych konkursów, kosztowały weekendowe 25zł, a nie 15zł tak, jak w pozostałe dni robocze.

Na szczęście stosunek ceny ( nawet weekendowej) do jakości „usług” zapewnionych przez organizatorów był bardzo atrakcyjny, a na miejscu można było spokojnie spędzić cały dzień z rodziną, nawet jeśli nie wszyscy jej członkowie byliby jeździeckimi zapaleńcami. Na terenie stadniny rozstawiono dwa duże namioty, gdzie można było w rozsądnej cenie napić się kawy czy piwa, albo coś zjeść. W przerwie między konkursami można było usiąść na leżaku, zjeść przekąskę przy stoliku albo przejść się po parku, co z punktu widzenia rodziny z małym dzieckiem i dwoma psami jest bardzo istotne. Jako mama, wprawdzie całkiem małego szkraba, doceniam też pomysł organizatorów na pakiety prezentowe dla dzieci. Każdy mały widz (nawet nasza mała amazonka) dostawał plecaczek z końskimi kolorowankami, karteczkami i naklejkami. Dla małych widzów przewidziano też fajny kącik, z kredkami i flamastrami, więc w razie zagrożenia nudą, kolorowanki można było wykorzystać na miejscu. Super pomysł!

Leżaki, kawa i prezenty dla dzieci to jedno, ale oczywiście najważniejsze były same zawody! Mimo że zamiast przejazdów 150 cm oglądaliśmy 120 cm i 135 cm, to przy tych ostatnich miałam już ciarki. Same konie robiły wrażenie, jak na prawdziwe maszyny przystało, z przyjemnością oglądało się je już na rozprężalni. Zresztą sami zobaczcie!

Wprawdzie w konkursie 120 cm było trochę słabszych przejazdów, siłowych i sztywnych, ale sporo zawodników robiło wrażenie! Fajnie było obejrzeć z bliska przejazdy na takim poziomie, a że 135 cm to wysokość, która mnie przynajmniej trochę już wbija w podłogę, to tym większe wrażenie robiły na mnie pary, które skakały cały parkour z lekkością, precyzją i jakby od niechcenia.

Na filmie możecie obejrzeć przejazd zwycięzcy konkursu 120 cm. Jest moc!

Fajnie, że organizatorzy przewidzieli, że wśród widzów mogą znaleźć się osoby o nieco mniejszej wiedzy w dziedzinie skoków przez przeszkody i z myślą o nich speaker informował o zasadach przeprowadzania poszczególnych konkursów, czy szczególnych sytuacjach w trakcie ich trwania takich, jak choćby rozbudowanie przeszkody przy wyłamaniu i zatrzymanie zegara na czas jej naprawiania. Zresztą na tego typu widzów organizatorzy z pewnością byli przygotowani, bo zawody były doskonale rozreklamowane w okolicy. Plakaty widziałam na każdym rogu w Białogórze, Wierzchucinie i innych okolicznych miasteczkach. Często organizatorzy tego typu imprez zapominają, że mogą we wspaniały sposób promować jeździectwo jako sport, jeśli pomyślą nie tylko o zawodowcach i jeździeckich zapaleńcach, ale i o laikach, turystach i letnikach.

Na stronie ośrodka, właściciele Ciekocinka piszą o sobie: Naszym marzeniem jest przybliżyć sport jeździecki szerokiej publiczności, ukazać jego piękną i dynamiczną stronę, bo wierzymy, że jeździectwo jest zapisane w naszym DNA, jest częścią naszego narodowego genotypu, a tym którzy nie chcą szukać tak głęboko, jest w stanie dostarczyć wielu wzruszeń i emocji na poziomie czystej, sportowej rywalizacji. (Źródło: Ciekocinko) Baltica Tour jest żywym dowodem na to, że w ten właśnie sposób myślą o jeździectwie. Jeśli jesteście gdzieś w okolicy Ciekocinka, wybierzcie się koniecznie na Balticę, a jeśli nie, pomyślcie o tym, by zajrzeć tu na wiosnę, albo w przyszłym roku. Warto! A ja tymczasem zakładam moją czapeczkę i tiszert kupione na pamiątkę podczas zawodów i lecę na plażę, w końcu nie samymi końmi człowiek żyje!

 

 

Dodaj komentarz