Bądź BIO! czyli pierwsza galopowa publikacja

DSC_4798

Kto wspiera fundację Centaurus i prenumeruje kwartalnik Bądź Bio! ten wie, że w numerze 2/2016 ukazał się mój krótki tekst o Fifim i naszej wspólnej przygodzie. Tym, którzy nie mieli okazji go przeczytać wklejam tekst poniżej i przy okazji zachęcam do prenumerowania kwartalnika i przede wszystkim wspierania Centaurusa. To, co zorganizowali w związku z targiem w Skaryszewie, jak i cała reszta ich małych – wielkich, codziennych zmagań i trudów w walce o poprawę losu koni i o zapewnienie dobrego i spokojnego życia tym, na które czekała już tylko długa droga do Włoch, jest totalnie niesamowite. Jestem dumna, że w jakimś maleńkim stopniu jestem częścią Centaurusowej rodziny.

DSC_4783

Fabian nie jest koniem idealnym w popularnym znaczeniu tego słowa, nie ma pięknej sylwetki, ruchu chwytającego za oko czy sportowych predyspozycji. Jest za to uparty, wrażliwy i lubi stawiać na swoim. Ot, koń jakich wiele – dla wszystkich poza mną, bo dla mnie to właśnie koń idealny, spełnienie wszystkich jeździeckich marzeń. Kocham go za to, jakim wyzwaniem jest dla mnie każdego dnia i jakim jest dla mnie nauczycielem, kocham go za to, że umie stawiać na swoim, ale umie też współpracować. Kocham go za to jaki jest mądry – pełen zwierzęcej mądrości, ciepła i wrażliwości, ale przy tym sprytny i ciekawski. Ale przede wszystkim kocham go za tę miękką szyję, w którą tyle razy się wtulałam, żeby zostawić za sobą wszystkie troski i problemy codzienności, za te rozumne, ufne oczy i uszy, które nieraz słuchały o moich porażkach i sukcesach, za ten grzbiet, na którym nic innego poza tu i teraz się nie liczy. 

Trzeba przyznać, że sporo już razem przeszliśmy, odkąd się poznaliśmy – kilka kryzysów małych i dużych, ale też masę momentów absolutnej radości i pełnej harmonii. Dziś znamy się jak łyse konie i, o ile wieź łączącą konia i człowieka można nazwać przyjaźnią, jesteśmy przyjaciółmi, a przynajmniej dobrymi kumplami. Fabian nauczył mnie więcej niż mogłam się spodziewać i to nie tylko o jeździectwie czy koniach, ale przede wszystkim o mnie samej. Przeżyliśmy razem mnóstwo wspaniałych dni, takich, do których lubię wracać pamięcią, ale jeden ma dla mnie szczególne znaczenie i szczególną wartość. Osiem miesięcy temu urodziłam córeczkę. Na czas ciąży zrezygnowałam z jazdy konnej i chociaż do samego porodu regularnie pojawiałam się w stajni i spędzałam z Fabsem masę czasu, to bałam się, że kiedy Lilka przyjdzie na świat, tego czasu i miejsca na realizację mojej jeździeckiej pasji już nie starczy. Dzień, kiedy pierwszy raz po porodzie i dziewięciu miesiącach przerwy od jazdy znalazłam się w siodle, był absolutnie niezwykły. Nie chodzi tylko o sam fakt siedzenia na koniu po tak długim czasie, chociaż i to było niezłym przeżyciem, ale o poczucie, że moją końską pasję da się połączyć z macierzyństwem. Fifi spisał się zresztą tego dnia na medal, był tak spokojny, miękki i chętny, jakby rozumiał, że ten dzień jest dla mnie ważny, a ja sama jestem trochę onieśmielona całą sytuacją i nie do końca jeszcze w pełni sił. Na jego grzbiecie czułam się, jakbym najzwyczajniej w świecie znalazła się na swoim miejscu, a on niósł mnie pewnie, spokojnie i zupełnie zwyczajnie tak, jakby całym swoim ciałem mówił „Hej, jakoś to będzie, nie spinaj się tak, po prostu bądź tu i teraz”. Od tego dnia wszystko potoczyło się bardzo szybko, a mnie szczęśliwie udało się połączyć bycie mamą z byciem…końską mamą. W stajni bywam jeśli nie codziennie, to kilka razy w tygodniu, nie zawsze żeby wsiadać, czy w ogóle robić cokolwiek, czasem tylko po to, żeby pogłaskać Fabiana po nosie, wręczyć mu jabłko i usłyszeć, że znowu coś narozrabiał. W momentach różnych trudności i problemów, nie tylko jeździeckich, lubię myślami wracać do tej pierwszej naszej wspólnej przejażdżki po porodzie, bo ten dzień to dla mnie dowód na to, że jeśli naprawdę się coś kocha, to nie ma rzeczy niemożliwych.

DSC_4790

Dodaj komentarz