Powoli wracamy do normalności

25(gratis)-kopia

Prawie dwa miesiące temu zarobiłam od Stefana kopniaka w biodro, o czym zresztą pisałam tu na blogu. To był moment krytyczny i punkt zwrotny w naszej relacji i w naszej rekonwalescencyjnej codzienności. Wcześniej dosyć regularnie bywało wprawdzie źle, trudno i bardzo nerwowo, ale nigdy nie zdarzyło się, żeby Stefan w swojej histerii celowo czy przypadkiem zrobił mi krzywdę. Nie da się ukryć, że ta sytuacja podkopała zarówno moje poczucie bezpieczeństwa, jak i pewność siebie, a przede wszystkim uświadomiła mi, że wciąż mamy poważny problem, z którym nie umiem sobie poradzić. Problem, który muszę rozwiązać, bo codzienne spacery to nie tylko szansa na uratowanie resztek zdrowego rozsądku, które Stefanowi zostały, ale przede wszystkim ważny element jego rehabilitacji, więc unikać ich nie mogę, ale równocześnie nie mogę podczas tych spacerów czuć się zagrożona i ryzykować swoje zdrowie. Jednym słowem musiałam stawić czoła problemowi, a nie przed nim uciekać i udawać, że nic się nie stało. Z perspektywy myślę, że to wydarzenie było mi być może potrzebne, by uświadomić sobie, że czas zmienić priorytety, siebie samą i nasze relacje z Blondynem.

DSC_0159

Pierwsze, co zrobiłam, to poproszenie o pomoc. Nie o jednorazową korektę, nie o wzięcie Stefana na spacer zamiast mnie, nie o rzucenie okiem na nas, kiedy spacerujemy, tylko o regularne wsparcie. Przez pierwsze dwa tygodnie od felernej sytuacji trener był ze mną kilka razy w tygodniu, nadzorując nasze spacery. Jego obecność pomagała w bieżących korektach, a mnie dawała poczucie, że w sytuacji krytycznej mam wsparcie, a to poczucie pozwalało mi mierzyć się z histerią Stefana i naszymi chyba już wspólnymi lękami. Zaczęliśmy dzięki tej pomocy stawiać czoła „trudnym” miejscom i sytuacjom zamiast ich unikać, zaczęliśmy przygotowywać się do pracy pod siodłem, eksplorując kolejne strefy, w których Stefan, dotychczas spacerujący tylko po twardym, nie był od trzech miesięcy. A przede wszystkim zaczęliśmy pracować nad naszą relacją. Z dzisiejszej perspektywy wejścia Stefana w kolejny etap rehabilitacji i ponad miesiąca codziennej, konsekwentna pracy nad sobą i nad naszą wzajemną dynamiką, czuję, że wróciliśmy na właściwe tory. Codzienne mierzenie się z własnym brakiem pewności siebie, paniką Stefana i jego nieprzewidywanymi reakcjami nie było łatwe. To był proces i oboje sporo musieliśmy się nauczyć – ja zmienić swoje myślenie i swoje podejście, nauczyć się panować nad emocjami i faktycznie poczuć się szefem, a Stefan respektować moje granice i zasady, ale też w końcu mi zaufać.

4-kopia

Zarobienie od Stefana kopniaka uświadomiło mi, że muszę zmienić priorytety. Dotychczas moim najważniejszym celem było zapewnienie Stefanowi jak najlepszych warunków rehabilitacji. Kopnięcie zdjęło ze mnie ciśnienie, żeby rekonwalescencja przebiegała w każdej minucie książkowo, a przypomniało, jak bardzo ważne jest to, bym z tym koniem czuła się bezpiecznie. Postanowiłam przestać przedkładać bezpieczeństwo jego nogi ponad wszystko, w tym ponad własne zdrowie, a zacząć wracać do normalności. Mierzyć się ze strachami i lękami, a nie przed nimi uciekać, dyscyplinować, nawet jeśli to wywoła cofanie się, wspinanie albo kolejne odskoki. Jeśli w wyniku takiej sytuacji Stefan pogłębi albo odnowi kontuzję, to… trudno. Widocznie tak musiało być. Odpuściłam sobie. Powiedziałam sobie, że zrobię wszystko, żeby Stefan wyzdrowiał, że z niczym nie będę się spieszyć, niczego nie będę odpuszczać, będę czekać z wsiadaniem tyle, ile będzie trzeba, codziennie spacerować, zawijać, biegać, rozgrzewać i suplementować, zrobię każdy zabieg, który będzie trzeba i będę Blondyna wdrażać do pracy ze zdrowym rozsądkiem, ale przy tym wszystkimjego kontuzja nie może wziąć góry nad naszą relacją i nad moją głową. Odpowiedzialność za jego rehabilitację nie może mnie spalać. Zaczęliśmy stawiać czoła lękom, powoli, ale konsekwentnie. Przestaliśmy unikać miejsc, które Stefana stresują, a zaczęliśmy je oswajać. Początki były ciężkie, Stefan panikował, odskakiwał, nadymał się i wspinał, ale bez względu na to, co robił, dreptaliśmy dalej. A ja starałam się nie myśleć o jego ścięgnie przy każdej kolejnej histerycznej reakcji na  szeleszczące liście, otwierane drzwi czy konia wychodzącego ze stajni. Zaczęłam rygorystycznie wymagać szanowania mojej przestrzeni, w efekcie Stefan również odskakiwał, cofał się w panice, buntował i robił rzeczy, których robić nie powinien, ale znów starałam się nie myśleć o jego nodze i ewentualnych konsekwencjach mojej stanowczości. Starałam się przestać myśleć „co będzie?”. Co będzie, kiedy wejdziemy na halę? Co będzie, kiedy założę mu siodło? Co będzie, kiedy wyjdziemy na spacer podczas rozładunku transportu słomy? Co będzie, kiedy te bawiące się psy przebiegną mu za zadem? Co będzie, kiedy konie zaczną wariować na padokach? Po prostu robiłam to, co było do zrobienia, a swoje własne lęki formowałam w ciężką kulę i trzymałam gdzieś w podbrzuszu, nie pozwalając, by zawładnęły moim ciałem i moimi myślami. Czasem okazywało się łatwo i bezstresowo, jak z ubraniem siodła, a czasem ciężko i ekstremalnie, jak z pierwszym wejściem na halę, ale koniec końców za każdym razem udawało się zrealizować cel. Przestałam się też histerycznie martwić za innych. Wydaje się, że po 4 miesiącach spacerowania i lewitacji Stefana, wszyscy już wiedzą, że jest kontuzjowany i że znosi to ciężko, więc bywa nieprzewidywalny i niebezpieczny w reakcjach. Wciąż jednak ostrzegam i proszę o miejsce, chociaż czasem robię to kilkanaście razy podczas jednego spaceru, ale przestałam martwić się za innych. Jeśli ktoś mimo mojego ostrzeżenia nie odwołuje orbitującego za nami psa, albo sam przebiega tuż obok Stefana, to nie mogę za niego przewidywać reakcji Blondyna, minimalizować strat i martwić się na zapas.

DSC_0144

Bardzo ważnym było dla mnie uświadomienie sobie, że faktycznie chcę i czuję się szefem w tej relacji, odnalezienie w sobie pewności siebie i zaufania do swoich możliwości. Ugruntowanie w sobie poczucie, że czego Stefan nie zrobi, to dam sobie z tym radę i nie ma nic, co mogłoby odebrać mi tę pewność siebie i spokój o to, że sama sobie poradzę. Pomoc była ważna, ale równie ważne było dla mnie samodzielne mierzenie się z trudnymi sytuacjami z przeświadczeniem, że to ja jestem tutaj szefem. Jak naiwnie by to nie brzmiało, bardzo pomogło mi uświadomienie sobie, że przez ostatnie miesiące stawiłam czoła takiej ilości wybuchów i ataków histerii Stefana, że tyle razy mnie na spacerach przeorał, zmielił i wypluł, a mimo to koniec końców to ja odprowadzałam go do boksu, a nie on mnie, a potem zbierałam siebie i swoje nerwy do kupy i wracałam za kilka godzin na kolejny spacer. Że po prostu nic nie może mnie już zaskoczyć, że każda z tych sytuacji, bez względu na to, czy sobie z nią dałam radę bez problemu, czy Stefan w którymś momencie przejął kontrolę, liczy się do mojego bagażu doświadczeń i każda robi ze mnie silniejszego i bardziej precyzyjnego w reakcjach lidera. A nawet jeśli Stefan po raz kolejny eksploduje i przejmie kontrolę, to liczy się to, jak szybko i sprawnie opanuję sytuację i będzie to kolejne doświadczenie do kolekcji, a nie dowód mojej słabości. Jak banalnie, by to mnie brzmiało, pierwszym krokiem było zbudowanie zaufania do siebie samej i odnalezienie w sobie pewności siebie i poczucia nie tyle, że dam radę, ale że już daję. Budowanie relacji i wzajemnego zaufania z Blondynem było dopiero kolejnym krokiem.

18

Ostatnim, ale bardzo ważnym dla mnie elementem było uświadomienie sobie, że oboje ze Stefanem po prostu musimy dać sobie kredyt zaufania, nawet jeśli w tej trudnej sytuacji nie jesteśmy siebie nawzajem pewni. Ja muszę zaryzykować i zaufać mu, że nie zrobi nic głupiego, jeśli postoję z nim chwilę na trawie, albo wejdę na halę, gdzie może być potencjalnie strasznie, a przy tym nierówno, więc jeśli się spłoszy, to może uszkodzić nogę, a on musi zaryzykować i zaufać mnie, że jeśli zabieram go na chwilę na trawę albo na halę, to znaczy, że może być tam bezpieczny i wilki go w tym miejscu nie pożrą. To było dla nas obojga trudne. Ze Stefanem nie tylko zrozumiałam, ale też poczułam to, co nie jest żadną nowością – że to właśnie te trudne, nerwowe, histeryczne w reakcjach konie najbardziej potrzebują człowieka, który im zaufa i tym zaufaniem doda pewności siebie i zbuduje poczucie bezpieczeństwa. Bez mojego zaufania Stefan choćby podporządkowany i zdyscyplinowany, nie znajdzie w sobie luzu i spokoju. Przypomniałam sobie też słowa Małgorzaty Morsztyn z ostatnich konsultacji, które akurat nie dotyczyły Stefana tylko zupełnie innego konia, ale są bardzo uniwersalnym przesłaniem i mnie w tej konkretnej sytuacji pomogły coś zmienić w swojej głowie. Gosia Morsztyn przy okazji treningu dosyć trudnego i specyficznego konia powiedziała takie zdanie, które brzmieć może trochę naiwnie czy magicznie – żebyśmy zawsze pamiętali, że konie czują i rozumieją, co o nich mówimy i myślimy, że nie da się osiągnąć sukcesu mówiąc do konia ze złością i przeklinając go od najgorszych, że trzeba naszą postawą, myślami i słowami dodawać im pewności siebie i budować porozumienie. Przy okazji rozmyślań o zaufaniu do Stefana i podejmowaniu ryzyka, ten moment ze szkolenia, który utkwił mi w głowie, pomógł mi uświadomić sobie, że muszę w swojej głowie zmienić myślenie o Stefanie, że muszę sobie przypomnieć, że pod tą sfrustrowaną, nerwową i niepewną skorupą wciąż jest dzieciak – energiczny, ale ufny, otwarty i łagodny, który mnie w sobie rozkochał przy pierwszym spotkaniu, na tyle, by do jego hodowcy dzwonić, zanim na dobre dojechałam do autostrady i że to tego dzieciaka muszę w nim widzieć, a nie frustrata i nerwusa, w którego zmieniła go kontuzja. Że ja muszę w niego wierzyć i przy całym utrzymywaniu żelaznej dyscypliny, myśleć o nim, jak o normalnym koniu. Takim, jakim przecież jest. I zawsze pamiętać, że jeśli chce się mieć normalnego konia, to trzeba traktować swojego konia normalnie. Takie proste i oczywiste, a jednak w ferworze nerwów, kontuzji i stresu, tak łatwo o tym zapomnieć.

DSC_0236

Moment uświadomienia sobie (po raz kolejny zresztą!), że zmiana musi się zacząć w mojej głowie i w moich myślach, a potem wdrażanie tego nowego podejścia do rzeczywistości i zbieranie jego efektów był, choć zabrzmi to może naiwnie, ważniejszą lekcją niż wszystkie inne, które dotychczas przeżyłam z tym koniem. Zmiana nie nastąpiła z dnia na dzień, a i w rezultacie Stefan nie zmienił się w potulnego baranka, ale zrelaksował się, wrzucił na luz, zaufał mi. Zaczął być ze mną, a nie obok mnie. Zaczęliśmy spacerować na zwykłym kantarze bez żadnych dodatkowych patentów, a Stefan zaczął skupiać się na mnie, przestał tak strasznie histerycznie reagować na wszystko wokół, wciąż jest czuły, ale nie jest już chodzącym oczekiwaniem na eksplozję. Na pewno sporym ułatwieniem był fakt wdrożenia w naszą codzienność kłusa w ręku, który dał Stefanowi możliwość pozbycia się przynajmniej ułamka nadprogramowej energii i frustracji, a mnie dał możliwość pracy z nim i szlifowania naszego układu na szerszym polu. Ostatnie tygodnie i stopniowy powrót do pracy pod siodłem też zdecydowanie zrobiły swoje i to na kilku płaszczyznach. Raz, że Stefan kłusując 10, a potem 15 minut czy 20 minut, a w perspektywie stopniowo więcej, ma jeszcze więcej możliwości spuszczania ciśnienia, szczególnie dokładając do tego akrobacje, które uskutecznia w trakcie tych „treningów”. Zresztą te 20 minut kłusa przy jego kondycji potrafi go może nie wymęczyć, ale jednak całkiem ruszyć. A dwa, że pracując pięć razy w tygodniu pod siodłem z jeźdźcem, który nie daje sobie w kaszę dmuchać i mimo usilnych prób detronizacji, nie tylko wciąż trzyma się w siodle, ale zupełnie go to nie stresuje, na pełnym luzie robi swoje i ani na chwilę nie traci kontroli, Stefan uczy się na nowo na kolejnej płaszczyźnie relacji z człowiekiem, więc i w kontakcie ze mną nabrał ogłady. Przez ostatnie tygodnie nauczyłam się bardzo dużo o sobie samej, o koniach i jeździectwie. Nabrałam zaufania do siebie i swoich możliwości. Stefan też się zmienił, a raczej wrócił. Jeszcze wprawdzie nie całkiem, ale już widzę go coraz więcej i częściej takim, jakim był cztery miesiące temu, kiedy nie budziłam się i nie zasypiałam z myślą o zginaczu powierzchownym. Gdzieś tam głęboko czuję się nawet dumna, że przez ostatnie tygodnie było ciężko, czasem nawet bardzo, a jednak udało nam się razem wrócić do względnej normalności. To oczywiście nie oznacza, że mogę osiąść na laurach i uznać, że mój koń został nawrócony i oto jest już całkiem normalnym kucykiem z wysokim poziomem kultury osobistej. Jest lepiej, o wiele lepiej, sporo sobie wyjaśniliśmy, ale nie zapominam, że każdy dzień to kolejna cegiełka i kolejne doświadczenia, które mogą działać na korzyść naszej relacji, albo przeciwko niej. Staram się więc i pilnuję, żeby każdy dzień był punkcikiem dorzucanym do konta normalności  i zdrowych układów.

Dodaj komentarz