Jeździectwo i macierzyństwo

_MG_9060

_MG_9072Pół roku temu, o tej porze odsypiałam właśnie wiele godzin ciężkiego porodu zakończonego cesarskim cięciem. Za kilka godzin miałam pierwszy raz przytulić moją córkę, skoczyć na główkę w basen pełen endorfin i na dobre zacząć najfajniejszą, ale i najtrudniejszą przygodę mojego życia, zwaną potocznie macierzyństwem. O tym, jak szybko po porodzie wróciłam do jazdy konnej, jak wyglądały moje początki w siodle po dziewięciu miesiącach przerwy od treningów i o tym, jaki miałam pomysł i plan na połączenie macierzyństwa z moją pasją możecie poczytać tutaj, we wpisie sprzed kilku miesięcy. Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć, jak to wygląda w praktyce i co mogę powiedzieć, o byciu mamą w siodle z perspektywy ostatnich sześciu miesięcy.

Zacznijmy od tego, że nie ma rzeczy niemożliwych, a jeśli są, to połączenie jeździectwa i macierzyństwa się do nich nie zalicza. Od początku byłam nastawiona mocno optymistycznie, mimo że wiele osób przekonywało mnie, że jak tylko zostanę mamą to Siwy pójdzie w odstawkę, zmienią mi się priorytety, nie będę miała czasu i zrezygnuję z tego jeździeckiego wariactwa. Myślę zresztą, że wielu z tych, którzy nie wypowiadali takiej opinii na głos, w duchu było tego samego zdania. Ja jednak byłam przekonana, że jakoś się uda. Przez całą ciążę przyglądałam się, jak Agata wraca do jazdy po porodzie i nabierałam pewności, że macierzyństwo i własna pasja nie muszą się wykluczać. Pewnie gdyby nie Agata, nie miałabym tyle odwagi, ale idąc za jej przykładem szybko wróciłam do jazdy, wierząc, że trenowanie z małym dzieckiem u boku to kwestia dobrej organizacji i wsparcia bliskich.

Po tych sześciu miesiącach mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że jeżdżę i że nie jest to ani wielki wyczyn, ani wielkie poświęcenie. Korzystam ze wsparcia i pomocy mojego męża, który albo jeździ ze mną i z Lilką do stajni, albo zostaje z nią w domu oraz Agaty, z którą się wymieniamy opieką nad dziewczynkami. Przy tym układzie jestem w siodle przynajmniej trzy razy w tygodniu, jasne, że chciałabym jeździć częściej, ale już te trzy – cztery treningi w tygodniu pozwalają na utrzymanie zarówno mnie samej, jak i Fabiana w jako takiej formie.

Kilka osób pytało mnie, jak udaje mi się łączyć macierzyństwo z jazdą konną. Przez ostatnie pół roku, wypracowałam listę dobrych nawyków, które przy wsparciu i pomocy moich bliskich, umożliwiają mi normalne trenowanie. Staram się być przede wszystkim dobrze zorganizowana, szybko czyszczę, siodłam Siwego i zbieram się na jazdę. Nie tracę czasu na guzdranie się. Utrzymuję też w miarę możliwości porządek w szafce, żeby przed jazdą nie szukać szczotek, kopystki i ochraniaczy, tylko zgarnąć torbę z rzeczami, ogłowie, siodło oraz czaprak i lecieć po Fabiana.

Zwykle nasza jazda z Siwym trwa godzinę, chociaż muszę być elastyczna, bo czasem Lilka strajkuje wcześniej i musimy skończyć, mimo że jesteśmy dopiero w środku pracy. W normalnych warunkach staram się kończyć trening wcześniej, jeśli Siwy jest na prawdę skupiony i wyjątkowo dobrze pracuje, w ramach nagrody za jego starania. Kiedy Lilka zaczyna się niecierpliwić i daje Michałowi albo Agacie już mocno do wiwatu, a Fifi akurat się obija, wydziwia i średnio zasługuje na nagrodę w postaci drastycznie skróconego treningu, mam w zanadrzu małe oszustwo – jedno z ćwiczeń, które w ostatnim czasie wyjątkowo dobrze nam wychodzi – przejście, woltę, ustępowanie od łydki, cokolwiek czego jestem absolutnie pewna, że uda nam się idealnie. Szybko przerzucamy się z Siwym na to ćwiczenie, które wiem, że Fifi wykona dobrze, powtarzamy je kilka razy i kończymy trening z pozytywnym akcentem i powodem do nagrody. Pamietam też, że lepsze jest wrogiem dobrego. Jeśli, coś nam dobrze wychodzi, albo Fifi wreszcie załapie i odpowiednio zareaguje na moje sygnały, to kończę jazdę, a nie cisnę go w nieskończoność, żeby powtórzył ćwiczenie kilka razy, bo w końcu się zatnie i zablokuje, a jeśli do tego Lilka zacznie marudzić, to zamiast skończyć pozytywnym akcentem, skończymy na przepychankach.

Jeśli ma się ograniczona ilośę czasu ważny jest tez plan. Jedyne treningi, na które nie przychodzę z listą ćwiczeń w głowie to treningi z Ala, bo na nich w 100% zdaję się na nią i wiem, że to ona przychodzi z głowa pełna pomysłów i dokładnym harmonogramem. Kiedy jeździmy sami, to planuj, wymyślam i wyznaczam nam cele, tak żebyśmy nie snuli się bezsensu po ujeżdżalni albo nie biegali tylko w kółko. Plan jest ważny.

 

Równie ważna jak plan jest koncentracja. Staram w siodle być skupiona tylko i wyłącznie na „tu i teraz”. Czasem to trudne, bo mam teraz sporo na głowie, ale staram się wykorzystać czas spędzany ma czyszczeniu i szykowaniu siwego na takie przejście myślami w tryb „trening”, wyłączenie wszystkich domowych czy rodzinnych trudności i zmartwień. Skoro nie mam tylu okazji do jazdy, ile mi się marzy, to tych które mam, nie tracę na bujanie w obłokach i przenoszenie swoich nerwów na Siwego. Koń po prostu zawsze wie, jeśli jeździec się denerwuje i nie jest skoncentrowany. Mieliśmy zresztą z Fabianem niedawno taka jazdę z Ala, kiedy nie mogłam się skupić. Mieliśmy skakać pojedyncza małą stacjonatę, nie ma nic prostszego, a Fifi albo brał zapas, jak do dwa razy wyższej przeszkody, albo kombinował jeszcze bardziej niż ma w zwyczaju na co dzień i koniec końców nic sensownego z tego treningu nie wyszło.

Odkąd jestem mamą moja jeździecka pasja nabrała rumieńców i nieco innego dla mnie znaczenia. Czas spędzony w siodle to dla mnie taki wentyl bezpieczeństwa. Pozwala mi sie zmęczyć i wypocić wszystkie troski i zmartwienia. Ale to nie wszystko. Prawda o macierzyństwie jest taka, ze to jest ogromnie trudna rola. Pojawienie się dziecka wywraca świat do góry nogami, zmienia priorytety i układ sił. Przed narodzinami Lilki moje życie kręciło się wokół mnie, moich potrzeb, marzeń i obowiązków, mojej pracy i moich przyjemności. Teraz kręci się wokół mojej córki. Kobieta, która zostaje mamą trochę przestaje być sobą . Wiele mam, chociaż dałoby się za swoje dzieci pokroić w plasterki, to na co dzień miewa chwile słabości, tracą cierpliwość, złoszczą się i irytują na dziecko płaczące bez powodu druga godzinę,  męża, który siedzi sobie w pracy i resztę świata. Karmią swojego robaka poświeceniem dla rodziny i gdzieś w środku są pełne goryczy i złości. Ja mam swój wentyl bezpieczeństwa. Swoją godzinę w siodle, kiedy nie jestem mamą, jestem sobą, tylko i wyłącznie. Po tej godzinie zasiadam z Siwego z naładowanymi bateriami, z uśmiechem i energia. I wiecie co? Przez te sześć miesięcy ani razu sie nie zdenerwowałam, ani razu nie straciłam cierpliwości. Wszystkie nocne pobudki, problemy z usypianiem, płacze, krzyki i plucie w dal marchewką, wszytko to odreagowuję i zostawiam w siodle. Jestem przekonana, że własna pasja i własny kawałek świata, robią ze mnie lepsza mamę, cierpliwsza, bardziej uśmiechniętą i spokojniejszą.
W moim świecie macierzyństwo i jazda konna się uzupełniają, a nie wykluczają. Macierzyństwo mnie zmieniło, sprawiło ze jestem bardziej skoncentrowana, więcej od siebie wymagam. Ale też doceniam każdą nasza jazdę z Siwym i z każdej staram się wynieść dla nas jakąś naukę, nie odpuszczać i zawsze kończyć trening zadowolona. Dla mojego macierzyństwa jeździectwo to wentyl bezpieczeństwa, krótka odskocznia od bycia mamą, po której wracam zrelaksowana i stęskniona za moją najfajniejsza córka na świecie!
  

 

 

 

Dodaj komentarz